Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Żebyś nie zobaczył mojej twarzy.
– Nie sądzę, żeby mnie zdumiała. Jesteś w stanie przyjąć dowolną postać?
– Oczywiście. Ale lepiej, żebyś jej nie widział. Teraz moje pytanie. Kiedy zrozumiałeś?
– Co zrozumiałem? – zaśmiałem się. – Po co miałbyś zadawać pytania, Obojętny? Przecież dla ciebie nie ma tajemnic, prawda? Możesz otrzymać odpowiedź na dowolne pytanie…
– Znam odpowiedzi tylko wtedy, gdy pytania sami niepotrzebne… Padłem na kolana, na gładki jak szkło lód, na topniejące jak lód szkło i zapytałem:
– Obojętny, co to jest? Sen, halucynacja, rzeczywistość?
– Tak bardzo potrzebujesz odpowiedzi?
– Tak!
– To sen. Ale nie traktuj go jak majaczenia. Sen to tylko inna strona życia. Strona poza czasem i przestrzenią.
– I ty możesz w niego ingerować.
– Mogę. Mam bardzo mało możliwości – sen, majaki, hiperprzejście tunelowe. Tylko te chwile, gdy nie wierzysz w rzeczywistość tego, co się dzieje. Gdy nie ma punktów orientacyjnych, gdy prawda i kłamstwo są jak dwa odbicia w zwierciadle świadomości. Gdy jesteś wolny.
– Jestem wolny wtedy, gdy rozumiem, co się dzieje. – Oderwałem dłonie od twarzy, palce były lodowate. Krótkie porywy wiatru ciskały we mnie czarny śnieżny pył. Za plecami niczym bezcielesny cień, niczym bezlitosny konwojent stał Obojętny. – Nic mi nie opowiadaj – powiedziałem. – Ale jeśli sam zgadnę, potwierdzisz?
– Tak.
– Za setki, tysiące, miliony lat cywilizacja Fangów zdobędzie absolutną kontrolę nad czasem i przestrzenią. Tak?
Cisza. Zaśmiałem się.
– Otóż to. Tak właśnie myślałem. Za setki i miliony lat cywilizacje i ludzi, i Fangów zdobędą potęgę absolutną. Tak?
– Tak.
– Przeciwieństwa się przyciągają, nieprawdaż, Obojętny? – Wstałem, wystawiając twarz pod zimne uderzenia wiatru. – Ludzie, Fangowie, co za różnica, jeśli nie będzie ciał… i planet, na których można żyć. Po prostu wszechpotężny rozum. Nes… ten Fang, z którym walczyłem na Klenie, nie kłamał. Jesteście ich potomkami. I jednocześnie naszymi.
– Tak.
– A więc wojny nie będzie – powiedziałem. – Nie może być, w przeciwnym razie zniszczymy się nawzajem.
– Wojna będzie. Zginie Ziemia i Fang. Zginie większość ludności planet. Resztki cywilizacji powrócą do czasów barbarzyństwa. Dopiero po milionach lat jedni i drudzy znowu się spotkają… i odnajdą możliwość współpracy.
– Więc to jest możliwe?
– Wszystko jest możliwe.
– I możemy nie walczyć?
Przerwa… i obojętny głos Obojętnego:
– W rzeczywistości, w której ja istnieję, wojna była.
Skrzywiłem się.
– Nie jesteś lepszy od Siewców, Obojętny. Tak samo pewny niezmienności przeszłości i tak samo dążący do zachowania jej.
– Ja nie dążę, Siergiej. Jest mi wszystko jedno. Można zmienić przeszłość i wtedy wojny nie będzie.
– I ciebie też! – krzyknąłem wściekły. – Nie pojawisz się w ogóle!
– Dlaczego? Pojawię się jako efekt pokojowej współpracy ludzi i Fangów. Być może nawet o kilka milionów lat wcześniej…
Milczałem. Zrozumiałem – wreszcie zrozumiałem, z kim rozmawiam.
– Co tobą kieruje? – wyszeptałem. – Co?
– Nuda. Wiem wszystko i mogę wszystko. Dla mnie nie ma celów, bo są realizowane w momencie pojawienia się. Nie ma tajemnic, bo znam odpowiedzi zaraz po sformułowaniu pytania. Nie ma odległości i czasu, bo jestem wszędzie i zawsze.
– Żal mi cię, Boże – powiedziałem, odwracając się do nieruchomej postaci okrytej bezdenną ciemnością. – Żal mi cię.
– Teraz już wiesz – powiedział Obojętny.
– Tam na płaskowyżu koło jeziora Hejora to też byłeś ty – wyszeptałem. – Wszyscy, którzy tam byli, to ty… i Dańka z Ziemi to też ty. I moi wrogowie… Pokaż się!
Raczej poczułem, niż zobaczyłem, jak na wargach Obojętnego pojawił się uśmiech.
– Niech stanie się jasność – powiedział poważnie.
Niebo wybuchło białym płomieniem. Kolorowe cienie tańczyły na szklanej równinie.
Zobaczyłem twarz Obojętnego.
Twarz Boga.
Miliony twarzy. Shorrey Manhem, władca Gyar. Vaich, palijski wampir. Dańka z Ziemi. Mój przyjaciel Dos z XX wieku. Były sierżant wojsk imperatorskich, Ernado. Imperator Tara, imperatorowa Tara. Pirat Redrak Sholtry. Księżniczka. Tjer z planety Kleń. Fang o imieniu Nes. I miliony milionów twarzy, których nigdy nie widziałem i których zwyczajnie nie zdążę zobaczyć, bez względu na to, jak długo będę żył. I twarz zawsze patrząca na mnie ze szkła, z cienkiej warstewki amalgamatu…
– Jesteśmy twoimi marionetkami? – Nie było we mnie strachu ani urazy. Tylko lekki wstręt.
– Nie.
– Poczekaj – wyszeptałem. – Już zrozumiałem. Potrzebujesz tego, czego nie może dać ci siła. Potrzebujesz zapału walki i bólu przegranej. Radości i smutku. Miłości i przyjaźni. Wszystkiego, czego jesteś pozbawiony.
– Tak.
– Życie i śmierć… jesteś pozbawiony wszystkiego. Żyjesz, dopóki my żyjemy. Nieważne, jak żyjemy. Więzień obozu koncentracyjnego czy milioner na pokładzie swojego jachtu, co za różnica. Spijasz nasze emocje, kochasz naszą miłością, nienawidzisz naszą nienawiścią. Jesteś tylko kliszą wychwytującą nasze uśmiechy i łzy, lustrem odbijającą cudze świece. Jesteś Bogiem.
Śmiałem się, stojąc w zimnym lśnieniu pośród szklanego morza.
– Biedny Boże! Jesteś tylko naszym cieniem. Wszystko możesz i niczego nie tworzysz. Nie czujesz takiej potrzeby. Jesteś słabszy od Siewców, którzy odważyli się nagiąć czas. Jesteś słabszy ode mnie, który postąpiłem wbrew swojemu losowi. Po co w ogóle zjawiasz się przed nami, Boże? Po co mówisz, po co przyjmujesz ludzkie oblicze? Dojadaj resztki naszych emocji, grzej się w cieple naszych uczuć. Śpij w swojej pajęczynie!
– Mogę ingerować.
Przestałem się śmiać. Patrzyłem na cień, który był wszystkim i niczym, nagle rozumiejąc: ten obojętny Bóg, jedyny, o wielu obliczach, który już wtrącił się do mojego losu, pozbawił mnie tego, czego sam jest pozbawiony – uczuć.
Obojętny podszedł bliżej. Jego twarz była teraz moją twarzą. Gwiżdżę na to. Sam zdecyduję, kto jest prawdziwy, a kto jest cieniem.
Nie ma Boga bez człowieka.
– Jest pewna chwila, Siergiej. Nie da się jej zmierzyć twoimi jednostkami czasu, ale ona jest. Gdy człowiek, w którego świadomości żyję, ginie, gdy ja uświadamiam sobie siebie… jest chwila, gdy już mogę wszystko, a jeszcze nie oduczyłem się pragnąć. Jestem cieniem ludzkich emocji, masz rację. Ale jeszcze mogę działać, nawet jeśli za chwilę stracę zainteresowanie.
– A więc, gdy zostałem pozbawiony miłości…
– Chwila, gdy w kwarkowym rozpadzie ginął pilot statku przechwytującego Fangów. Był rozumny, a jego świadomość rysowała cię jako geniusza śmierci. Bezlitosnego zabójcę, dzielnego obrońcę swojej planety. On zachwycał się tobą, Siergiej. Po swojemu oczywiście. Widział w tobie pięknego wroga, a to dla Fangów najważniejsze.
Osłupiałem. Nocne koszmary, majaki, brednie. Genialne przebłyski i wyrzuty sumienia. Czym to zostało opłacone? Śmiercią tych, którzy nas znali? Ostatnią myślą umierającego? Czemu w takim razie zabójcy nie padali porażeni wolą Boga – posłusznego Boga, spełniającego wolę umierającego? Może dlatego, że mimo wszystko bardziej kochamy, niż nienawidzimy? I ostatnia nasza myśl biegnie do tych, którzy są nam bliscy, a nie do tych, których nienawidzimy…
– I kto opłacił twoją wizytę u mnie, Obojętny? – zapytałem. – Wróg czy przyjaciel?
– Czasem wróg może ofiarować więcej niż przyjaciel – rzekł obojętnie Obojętny. – Ale… przyszedłem tu z woli przyjaciela, Res-Or-Mjen. Przyszedłem z woli przyjaciela, bliski-mi-płci-męskiej…