Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Mimo dzwonienia w uszach Rand wychwycił okrzyki Iluminatorów dobiegające z budynku. Pobiegł chwiejnym krokiem i wpadł na ścieżkę. W połowie drogi potknął się o coś, zauważył, że to poła płaszcza. Zagarnął ją i biegł dalej. Noc przeszywały krzyki Iluminatorów.
Loial podskakiwał niecierpliwie w miejscu, obok otwartych drzwi. Był sam.
— Gdzie jest Selene? — spytał zdenerwowanym głosem Rand.
— Zawróciła, Rand. Usiłowałem ją złapać, ale wyślizgnęła mi się z rąk.
Rand obrócił się w stronę, z której dobiegała wrzawa. Ledwie mógł odróżnić treść okrzyków z powodu nieustającego szumu wypełniającego mu uszy. Płomienie rozjaśniały mrok.
— Wiadra z piaskiem! Natychmiast przynieść wiadra z piaskiem!
— To katastrofa! Katastrofa!
— Kilku pobiegło tędy!
Loial chwycił Randa za ramię.
— Nie możesz jej pomóc, Rand. Na pewno nie, jeśli sam dasz się złapać. Musimy uciekać.
Na końcu ścieżki pojawiła się jakaś postać, cień na tle łuny płomieni, która pokazywała ich ręką.
— Chodź, Rand!
Rand pozwolił się pociągnąć za drzwi, w ciemność. Pożar, który zostawili za sobą, teraz zbladł, stając się jedynie blaskiem rozjaśniającym noc. Zbliżyli się za to do świateł podgrodzia. Rand nieomal zapragnął zobaczyć następne trolloki, kogoś, z kim mógłby walczyć. Jednakże tylko nocny, lekki wiatr marszczył trawę.
— Usiłowałem ją zatrzymać — tłumaczył się Loial.
Zapadło dłuższe milczenie.
— Naprawdę nic nie mogliśmy zrobić. Mogli nas też złapać.
Rand westchnął.
— Wiem, Loial. Zrobiłeś, co mogłeś. — Cofnął się o kilka kroków, wpatrując się w łunę. Wyraźnie przyblakła, Iluminatorzy z pewnością skutecznie gasili płomienie.
— Muszę jej jakoś pomóc.
„Jak? Saidin? Moc?”
Zadygotał.
— Muszę.
Minęli oświetlone ulice podgrodzia, pogrążeni w milczeniu, które odcinało ich od otaczającej ich wesołości.
Gdy zaszli pod „Obronę Muru Smoka”, karczmarz podał Randowi tacę z zapieczętowanym pergaminem.
Rand wziął go i zagapił się na białą pieczęć. Półksiężyc i gwiazdy.
— Kto to zostawił? Kiedy?
— Jakaś staruszka, mój panie. Niespełna kwadrans temu. Służka, ale nie powiedziała, z jakiego domu. — Cuale uśmiechnął się, jakby zapraszał do poufnych zwierzeń.
— Dziękuję — odparł Rand, nadal wpatrzony w pieczęć.
Karczmarz odprowadzał ich czujnym spojrzeniem, gdy udawali się na górę.
Na widok Randa i Loiala wchodzących do izby, Hurin wyjął fajkę z ust. Ułożył swój krótki miecz i łamacz mieczy na stole i polerował je naoliwioną szmatką.
— Długoś zabawił u barda, mój panie. Czy on dobrze się miewa?
Rand wzdrygnął się.
— Co? Thom? Tak, on... — Rozerwał pieczęć kciukiem i zaczął czytać.
„Zawsze, gdy mi się wydaje, że wiem, co masz zamiar zrobić, robisz coś innego. Jesteś niebezpiecznym człowiekiem. Może niebawem znowu będziemy razem. Pamiętaj o Rogu. Pamiętaj o sławie. I pamiętaj o mnie, bo zawsze będziesz mój”.
I tym razem pod spodem nie było żadnego podpisu, tyle że list napisała ta sama dłoń, zamaszystymi pociągnięciami pióra.
— Czy wszystkie kobiety są szalone? — zapytał Rand, kierując to pytanie w sufit.
Hurin wzruszył ramionami. Rund zwalił się na drugie krzesło, to, które wielkością pasowało do ogira, stopy zadyndały ponad podłogą, ale nie zważał na to. Wpatrywał się w okrytą kocem szkatułę wystającą spod łoża Loiala.
„Pamiętaj o sławie”.
— Niech Ingtar już wreszcie przyjedzie.
28
Nowy wątek wzoru
Podczas jazdy Perrin z niepokojem przyglądał się Sztyletowi Zabójcy Rodu. Droga nadal pięła się w górę, jakby miała się tak wznosić w nieskończoność, choć jego zdaniem do grzbietu przełęczy nie mogło już być daleko. Po jednej stronie szlaku teren opadał stromo do płytkiego górskiego strumienia, pieniącego się na ostro zakończonych skałach, z drugiej strony góry wzbijały się ku niebu szeregiem strzępiastych szczytów, przywodzących na myśl zamarzłe wodospady. Sam szlak biegł między głazami, czasem wielkości ludzkiej głowy, niekiedy tak dużymi jak fura. Nie trzeba było szczególnych umiejętności, by móc się wśród nich ukryć.
Wilki powiedziały, że w górach są ludzie. Perrin zastanawiał się, czy to Sprzymierzeńcy Ciemności z grupy towarzyszącej Fainowi. Wilki tego nie wiedziały, a może ich to nie obchodziło. Wiedziały jedynie, że gdzieś w przedzie są Wykoślawieni. Nadal mieli szmat drogi przed sobą, mimo że Ingtar bezlitośnie poganiał kolumnę. Perrin spostrzegł, że Uno lustruje otaczające ich góry podobnie uważnie jak on.
Mat, z łukiem przewieszonym przez plecy, jechał z pozoru beztroski, żonglując trzema kolorowymi piłeczkami, ale był teraz o wiele bledszy niż przedtem. Verin badała go dwa, a czasem i trzy razy dziennie, marszcząc przy tym czoło. Perrin przekonany był, że przynajmniej raz próbowała uzdrawiania, nie spowodowała jednak żadnej poprawy, którą umiałby zauważyć. W każdym razie zdawała się pochłonięta czymś, o czym nie mówiła.
„Rand” — pomyślał Perrin, spoglądając na plecy Aes Sedai. Zawsze jechała na czele kolumny, obok Ingtara, i zawsze domagała się, by jechali jeszcze szybciej niż shienarański lord pozwalał.
„Jakimś sposobem dowiedziała się o Randzie”.
W głowie migotały mu wizje przesyłane przez wilki — kamienne chłopskie domostwa i usadowione na tarasach wioski, wszystko za górami. Wilki nie postrzegały ich inaczej niż wzgórza albo łąki, tylko odnosiły przy nich wrażenie, że to zanieczyszczona ziemia. Przez moment czuł, że dzieli z nimi żal, wspomniawszy miejsca, które dwunodzy dawno temu opuścili, przypomniawszy sobie chyży pęd powietrza wśród drzew i trzask przerywanych ścięgien w uścisku szczęk, udaremniający jeleniowi ucieczkę i... Z wysiłkiem wyparł wilki ze swoich myśli.
„Te Aes Sedai jeszcze zniszczą nas wszystkich”.
Ingtar zwolnił konia, chcąc zrównać się z Perrinem. Półksiężyc na hełmie Shienaranina czasami jawił się oczom Perrina jako rogi trolloka.
— Powtórz jeszcze raz, co powiedziały wilki — poprosił spokojnym głosem Ingtar.
— Mówiłem ci to już dziesięć razy — burknął Perrin.
— Powtórz jeszcze raz! Wszystko, co mogłem przeoczyć, wszystko, co mogłoby mi dopomóc w odnalezieniu Rogu... — Ingtar wciągnął powietrze do płuc i wolno je wypuścił. — Muszę odnaleźć Róg Valere, Perrin. Powtórz mi raz jeszcze.
Po tylu powtórkach Perrin nie musiał już niczego układać w myślach. Wyrzucił to z siebie beznamiętnym głosem.
— Ktoś, albo coś, zaatakował Sprzymierzeńców Ciemności w nocy i zabił te trolloki, które znaleźliśmy. — Żołądek przestał mu się wreszcie przewracać na to wspomnienie, bo kruki i sępy z natury pożywiają się niechlujnie. — Wilki nazywają tego kogoś albo to coś Zabójcą Cienia. Moim zdaniem to człowiek, ale one nie chciały podejść bliżej, aby sprawdzić. One nie boją się Zabójcy Cienia, on przepełnia je raczej zgrozą. Mówią, że trolloki podążają teraz w ślad za Zabójcą Cienia. Twierdzą też, że jest z nimi Fain — na samą myśl o zapachu Faina jeszcze po tak długim czasie wykrzywiały mu się usta — więc muszą też być pozostali Sprzymierzeńcy Ciemności.
— Zabójca Cienia — mruknął Ingtar. — Istota wywodząca się od Czarnego, tak jak Myrddraal? W Ugorze widywałem stwory, które dałoby się nazwać Zabójcami Cienia, jednakże... Czy nie zauważyły jeszcze czegoś?
— Nie chciały podchodzić blisko. To nie był pomor. Powiedziałem ci, one zabiłyby pomora jeszcze prędzej niż trolloka, nawet gdyby miały utracić połowę stada. Ingtar, te wilki, które widziały, przekazały to innym, które z kolei podawały to następnym, aż w końcu wiadomość dotarła do mnie. Mogę ci tylko powiedzieć to, co przekazały, a ponieważ podawano to tyle razy... — Pozwolił słowom zamrzeć, jako że przyłączył się do nich Uno.