Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Śledczy! — rzucił z pogardą Bornhald.
Earwin i Wuan należeli do tych, których musiał oddać pod rozkazy śledczych. Już przedtem miał możność zaobserwować, jaką taktyką posługują się śledczy, niemniej jednak po raz pierwszy widział na własne oczy dziecięce ciała.
— Skoro lord kapitan tak twierdzi. — Muadh wymówił to takim tonem, jakby całym sercem się z nim zgadzał. — Odciąć ich — powiedział zmęczonym głosem Bornhald. — Odciąć i powiadomić wieśniaków, że nie będzie więcej egzekucji.
„Chyba że jakiś dureń postanowi wykazać się swoją odwagą, ponieważ będzie na niego patrzyła jego kobieta, a ja będę musiał uczynić zeń przykład dla innych”.
Zsiadł z konia, znowu przypatrując się więźniom, natomiast Muadh oddalił się pośpiesznie, wołając, by szykowano drabiny i noże. Miał już dosyć rozmyślania o gorliwości śledczych, całą duszą pragnął w ogóle przestać myśleć o śledczych.
— Oni specjalnie nie garną się do walki, lordzie kapitanie — powiedział Byar — ani ci z Tarabonu, ani ci ostatni, pozostali przy życiu z Arad Doman. Kąsają niczym osaczone szczury, ale uciekają, jak tylko ktoś ich ukąsi w odwecie.
— Sprawdźmy, jak postępować z najeźdźcami, Byar, zanim obejrzymy tych ludzi, zrozumiane?
Na obliczach jeńców odznaczały się ślady pogromu, który przeżyli tu jeszcze przed przybyciem jego ludzi.
— Każ Muadhowi wybrać jednego z nich dla mnie.
Sama twarz Muadha wystarczyła, by zmiękczyć opór większości ludzi.
— Najlepiej niech to będzie oficer. Taki, który wygląda dość inteligentnie, by mógł powiedzieć to, co widział bez upiększeń, a przy tym młody, o jeszcze nie w pełni ukształtowanym charakterze. Każ Muadhowi, by nie obchodził się zbyt łagodnie, zrozumiane? Niech ten człowiek uwierzy, że za moimi zamiarami kryją się gorsze rzeczy, niż mu się kiedykolwiek śniły i zgotuję mu je, o ile nie przekona mnie, bym postąpił inaczej.
Cisnął wodze w ręce jednego z Synów i wszedł do karczmy.
O dziwo, karczmarz był na miejscu, płaszczący się, spocony, brudna koszula opinała mu brzuch tak ciasno, że zdobiący ją pas czerwonego haftu wyglądał, jakby zaraz miał pęknąć z głośnym trzaskiem. Bornhald odprawił go machnięciem ręki, kobiet i grupki dzieci tłoczących się w drzwiach byłby nawet nie zauważył, gdyby tłusty karczmarz ich stamtąd nie przepędził.
Ściągnął rękawice i usadowił się przy jednym ze stołów. Niewiele wiedział o najeźdźcach, inaczej nazywanych obcymi. Nieomal wszyscy tak ich nazywali, ci którzy nie pletli, o Arturze Hawkwingu, co im ślina na język przyniosła. Wiedział, że oni sami przedstawiają się jako Seanchanie, albo Hailene. Znał w dostatecznym stopniu Dawną Mowę, by wiedzieć, że to oznacza Tych Którzy Przybyli Wcześniej albo Zwiastunów. Przedstawiali się także jako Rhyagelle, Ci Którzy Wracają, mówili także o Corenne, Powrocie. Było tego dość, by omal nie uwierzył w opowieści o powrocie armii Artura Hawkwinga. Nikt nie wiedział, skąd się wzięli Seanchanie, prócz tego, że przybyli na statkach. Prośby Bornhalda o informacje skierowane do Ludu Morza przyjmowano milczeniem. Amador nie przepadał za Atha’an Miere i odwzajemniano mu tym samym. Wszystko, co wiedział o Seanchanach pochodziło od takich ludzi, jak ci na zewnątrz karczmy. Złamana, pokonana tłuszcza, która z rozszerzonymi oczyma, zlana potem, opowiadała o wojownikach, którzy do bitwy przybyli na grzbietach potworów, u boku których walczyły potwory i którzy sprowadzili Aes Sedai, by wyrywały ziemię spod stóp ich wrogów.
Słysząc łomot ciężkich butów w drzwiach, uzbroił twarz w wilczy grymas, jednakże Byarowi nie towarzyszył Wuadh. Synem Światłości, który stał obok niego, z rękoma założonymi na plecach i hełmem pod pachą, okazał się Jeral, o którym Bornhald sądził, że jest z dala od nich o sto mil. Młodzieniec miał na zbroję narzucony płaszcz skrojony zgodnie z modą panującą w Arad Doman, oblamowany błękitem, nie zaś płaszcz Synów.
— Muadh rozmawia w tej chwili z jakimś młodym człowiekiem — powiedział Byar. — Syn Jeral przybył właśnie z posłaniem.
Bornhald gestem zezwolił Jeralowi przemówić.
Młodzieniec nie wyzbył się sztywnej postawy.
— Wyrazy szacunku od Jaichima Carridina — zaczął, patrząc prosto przed siebie — który kieruje Ręką Światłości w...
— Niepotrzebne mi wyrazy szacunku śledczych — warknął Bornhald i zobaczył zdziwienie na twarzy posłańca. Jeral był jeszcze młody. Zresztą Byar również wyglądał na zmieszanego. — Sam mi przekażesz wiadomość od niego, zrozumiane? Nie słowo w słowo, chyba że tego zażądam. Po prostu powiedz mi, czego on chce.
Syn, gotów recytować, przełknął ślinę, nim zaczął.
— Lordzie kapitanie, on... powiada, że prowadzisz za wielu ludzi nazbyt blisko Głowy Tomana. Twierdzi, że trzeba wyplenić Sprzymierzeńców Ciemności z Równiny Almoth, a ty, wybacz mi lordzie kapitanie, masz natychmiast zawracać i ruszać do samego serca równiny.
Stał sztywny, wyczekujący.
Bornhald przypatrzył mu się dokładnie. Twarz Jerala, jak również jego płaszcz i wysokie buty, pokrywał kurz równiny.
— Idź i znajdź sobie coś do zjedzenia — powiedział mu Bornhald. — W jednym z domów powinna być jakaś woda, jeśli chcesz się umyć. Wróć do mnie za godzinę. Dam ci wtedy odwrotną wiadomość.
Odprawił młodzieńca gestem ręki.
— Śledczy mogą mieć rację, lordzie kapitanie — powiedział Byar po wyjściu Jerala. — Po całej równinie rozsianych jest wiele wiosek i Sprzymierzeńcy Ciemności...
Bornhald wszedł mu w słowo, uderzając dłonią o stół.
— Jacy Sprzymierzeńcy Ciemności? W żadnej z wiosek, które on nakazał przejąć, nie widziałem nic prócz chłopów i rzemieślników, zamartwiających się, że spalimy im ich bydło, a także kilka starych kobiet doglądających chorych.
Twarz Byara mogła być przykładem na brak wyrazu i zawsze było mu pilniej szukać Sprzymierzeńców Ciemności niż Bornhaldowi.
— A te dzieci, Byar? Czyżby tutejsze dzieci były Sprzymierzeńcami Ciemności?
— Za grzechy matki odpowiadają dzieci w piątym pokoleniu — zacytował Byar — a za grzechy ojca w dziesiątym.
Wyraźnie jednak się zmieszał. Nawet Byar w życiu nie zabił dziecka.
— Czy ci nie przyszło do głowy, Byar, by się zastanowić, dlaczego Carridin zabrał nam sztandary a płaszcze ludziom, których prowadzą śledczy? Nawet sami śledczy zdjęli biel. To daje do myślenia, nieprawdaż?
— Musi mieć swoje powody — wolno odparł Byar. — Śledczy zawsze mają swoje powody, mimo że nie zawsze o nich mówią nam pozostałym.
Bornhald przypomniał sobie, że Byar jest dobrym żołnierzem.
— Synowie na północy noszą tarabońskie płaszcze, Byat, a ci na południu domańskie. Nie podoba mi się, czymś to pachnie. Są tutaj Sprzymierzeńcy Ciemności, ale w Falme, nie na równinie. Gdy Jeral wyruszy w drogę, nie ma jechać w pojedynkę. Posłania mają dotrzeć do wszystkich zgrupowań Synów, które wiadomo, jak znaleźć. Chcę poprowadzić legion na Głowę Tomana, Byar, i sprawdzić o co chodzi tym prawdziwym Sprzymierzeńcom Ciemności, Seanchanom.
Byar wyglądał na zakłopotanego, lecz zanim zdążył coś powiedzieć, pojawił się Muadh z jednym z jeńców. Spocony młody mężczyzna w powyginanym, strojnym napierśniku, ciskał ukradkowe spojrzenia w stronę szpetnej twarzy Muadha.
Bornhald wyciągnął sztylet i zaczął czyścić nim sobie paznokcie. Nigdy nie udało mu się pojąć, dlaczego niektórych wprawiało to w zdenerwowanie, niemniej stale uciekał się do tego wybiegu. Mimo dobrodusznego uśmiechu brudna twarz więźnia zbielała.