Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
— Nuże, młody człowieku, opowiadaj wszystko, co wiesz o tych obcych, tak? Jeśli uznasz, że musisz się zastanowić nad swoimi słowami, odeślę cię z powrotem do Syna Muadha, żebyś je sobie przemyślał.
Więzień spojrzał szybko rozwartymi szeroko oczyma na Muadha. Po chwili słowa zaczęły wylewać się z niego prawdziwą rzeką.
Głębokie fale wód oceanu Aryth wprawiały „Spray” w gwałtowne kołysanie, jednak kapitan Domon utrzymywał równowagę na szeroko rozstawionych stopach i przyłożywszy długą tubę ze szkłem powiększającym do oka, obserwował ścigający ich wielki statek. Ścigał ich i stopniowo doganiał. Wiatr popychający „Spray” nie był ani specjalnie przyjazny ani też najsilniejszy, natomiast tam, gdzie ten drogi statek pruł dziobem wzburzone fale, przekształcając je w zwałowiska piany, nie mógł dąć lepiej. Na wschodzie majaczył zarys wybrzeża Głowy Tomana, ciemne klify i wąskie łachy piasku. Wcześniej nie zadbał, by „Spray” wypłynęła głębiej w morze i teraz obawiał się, że przyjdzie mu za to zapłacić.
— Obcy, kapitanie? — Głos Yarina wydobywał się z trudem i jakby przedzierał się przez coś. — Czy to statek obcych?
Domon opuścił szkło powiększające, miał jednak wrażenie, że oko wciąż wypełnia mu całkowicie wysoki, jakby kwadratowy statek wyposażony w dziwaczne, żebrowane żagle.
— Seanchanie — odparł i usłyszał tylko jęk Yarina. Zabębnił tłustymi palcami po relingu, po czym rozkazał sternikowi: — Steruj do brzegu. Ten statek nie odważy się wpłynąć na płytkie wody, a „Spray” da radę po nich żeglować.
Yarin wydał krzykiem komendy i członkowie załogi pobiegli wciągać maszty, natomiast sternik przechylił rumpel, nakierowując dziób w stronę wybrzeża. „Spray” zaczęła płynąć wolniej, ustawiona teraz pod wiatr, Domon był jednak pewien, że zdąży dotrzeć na płytsze wody, zanim dogoni ich tamten statek.
„Nawet gdyby miała pełne ładownie, i tak dałaby radę utrzymać się na płyciznach, podczas gdy temu wielkiemu kadłubowi to się nigdy nie uda”.
Łódź miała teraz nieco mniejsze zanurzenie niż w drodze do Tanchico. Jej ładunek zmniejszył się o trzecią część, to znaczy fajerwerki, które zabrał w tamtą stronę i sprzedał w wioskach rybackich na wybrzeżu Głowy Tomana, jednakże srebru, które spłynęło w zamian za ten towar, towarzyszyły niepokojące wieści. Ludzie opowiadali o wizytach wysokich, kanciastych statków najeźdźców. Gdy statki Seanchan zarzuciły kotwice, wieśniaków, którzy organizowali się do obrony domostw, trafił piorun, a tymczasem małe łódki wciąż dowoziły najeźdźców do brzegu i ziemia stawała w ogniu pod ich stopami. Domonowi wydawało się, że opowiadają jakieś brednie, dopóki nie pokazano mu sczerniałej ziemi i to w zbyt wielu wioskach, by dalej wątpić w te opowieści. U boku seanchańskich żołnierzy walczyły monstra, mimo że nie napotykali na poważniejszy opór, twierdzili wieśniacy, a niektórzy nawet upierali się, że sami Seanchanie to też monstra, z głowami, które nadawały im wygląd ogromnych insektów.
W Tanchico nikt przedtem nie wiedział, jak nazywają samych siebie, a Taraboni chełpili się, że ich żołnierze przepędzają najeźdźców na morze. Jednakże w każdym miasteczku na wybrzeżu sytuacja była inna. Seanchanie mówili zdumionym ludziom, że muszą na nowo złożyć zapomniane przysięgi, jakkolwiek nie raczyli wyjaśnić, kiedy to o nich zapomnieli albo, jakie jest znaczenie owych przysiąg. Młode kobiety, jedne po drugich, zabierano na przesłuchania, a niektóre wsadzano na pokłady statków i wszelki ślad po nich ginął. Zniknęło również kilka starszych kobiet, wśród nich parę Przewodniczek i Uzdrowicielek. Seanchanie wybierali nowych burmistrzów i nowe rady, a każdy, kto poważył się na protest w sprawie znikania kobiet albo niemożności wzięcia udziału w wyborach, mógł być powieszony, stanąć nagle w płomieniach albo zostać zignorowany, niczym ujadający pies. Nie było jak przewidzieć, co się stanie, dopóki nie okazywało się, że jest za późno.
I gdy ludzie zostali już gruntownie zastraszeni, gdy już wprowadzono im taki zamęt do głów, że nauczyli się klękać i składać przysięgi, okazywać Zwiastunom posłuszeństwo, oczekiwać Powrotu i oddawać własne życie za Tych Którzy Wracają, Seanchanie odpływali, by na ogół już nigdy więcej się nie pojawić. Powiadano, że Falme to jedyne miasto, którego nie wypuścili z rąk.
W niektórych, opuszczonych już przez nich wsiach, mężczyźni i kobiety ukradkiem powracali do swego uprzedniego trybu życia, przebąkując nawet o dokonaniu ponownych wyborów do rad, większość jednak spozierała nerwowo na morze i z pobladłymi licami zarzekała się, że dochowają przysiąg, do złożenia których ich zmuszono, nawet jeśli ich nie rozumieją.
Na tyle, na ile da się tego uniknąć, Domon nie miał zamiaru poznawać żadnego Seanchanina.
Właśnie przykładał szkło do oczu, by obejrzeć, co się dzieje na zbliżającym się pokładzie Seanchan, gdy nagle, przy akompaniamencie ogłuszającego ryku, w odległości mniejszej niż sto kroków od bakburty, ponad powierzchnię oceanu wytrysnęła fontanna wody i ognia. Zanim w ogóle zdążył wytrzeszczyć oczy na to zjawisko, taka sama płonąca kolumna wybiła się z morza po drugiej stronie, a gdy odwrócił się, by tam spojrzeć, jeszcze jedna wyskoczyła od przodu. Wybuchy zamierały równie szybko, jak powstawały, wzniecony przez nie pył wodny opadał na pokład. W miejscach eksplozji morze bulgotało i parowało jak zagotowane.
— Zdążymy... wpłynąć na płytkie wody, zanim zbliżą się do nas — wolno powiedział Yarin. Wyraźnie starał się nie patrzeć na morze, skłębione pod mgielnymi chmurami.
Domon potrząsnął głową.
— Cokolwiek to było, oni są w stanie roztrzaskać nas na kawałki, nawet gdyby łódź wpłynęła do strefy przyboju. — Zadrżał, gdy skojarzył w myślach płomienie we wnętrzu morskiej fontanny i swoje ładownie, pełne fajerwerków. — Fortuno, okalecz mnie, mogliśmy nawet nie dożyć zatonięcia.
Skubnął brodę i potarł wygoloną, górną wargę, ociągając się z wydaniem rozkazu — statek i to, co się na nim znajdowało, było wszystkim, co w ogóle posiadał — aż w końcu zmusił się do mówienia.
— Ustawić łódź pod wiatr i opuścić żagle. Nuże, człowieku, śpiesz się! Nim pomyślą, że nadal próbujemy uciekać!
Marynarze pobiegli opuszczać trójkątne żagle, natomiast Domon obrócił się, by patrzeć na nadpływających Seanchan. „Spray” wytraciła szybkość, teraz podrzucało ją wzburzone morze. Tamten statek był znacznie wyższy niż łódź Domona, przy dziobie i sterach miał wbudowane wieżyczki. Po olinowaniu wspinali się ludzie, podnosili cudaczne żagle, na wieżyczkach stały postacie w zbrojach. Od jednej z burt odbił barkas i mknął teraz w stronę „Spraya”, napędzany dziesiątką wioseł. Niósł na swym pokładzie zakute w zbroje sylwetki oraz — Domon uniósł brwi ze zdziwienia — dwie kobiety, przycupnięte przy sterze. Barkas uderzył z głośnym łomotem o kadłub „Spraya”.
Pierwszy na pokład wspiął się jeden ze zbrojnych, a Domon z miejsca zrozumiał, dlaczego niektórzy wieśniacy twierdzą, że sami Seanchanie są potworami. Hełm przypominał głowę monstrualnego insekta, zdobiące go cienkie czerwone pióra przypominały czułki: wojownik zdawał się patrzeć poprzez szczękę. Dla zwiększenia efektu hełm pomalowano i pozłocono, resztę zbroi również zdobiła farba i złoto. Pierś, powierzchnie dłoni i uda zakrywały zachodzące na siebie, czarne i czerwone płytki ze złotymi brzegami. Nawet stalowe rękawice mieniły się czerwienią i złotem. W miejscach nie zakrytych zbroją widać było ciemną skórę odzienia. Mężczyzna przez plecy miał przewieszony obosieczny miecz o zakrzywionym ostrzu, schowanym do pochwy, rękojeść wykonano z czarno-czerwonej skóry.