Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Wielkie Polowanie
Wielkie Polowanie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wielkie Polowanie

Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:

Wielkie Polowanie
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 217
Перейти на страницу:

— Loial — szepnął. — Widzisz ich? Idą za nami?

Ogir spojrzał w kierunku podgrodzia i skinął głową, robiąc nieszczęśliwą minę.

— Widzę tylko kilka trolloków, ale idą właśnie tą drogą. Biegną. Rand, naprawdę nie sądzę...

Przerwała mu Selene.

— Jeśii on chce gdzieś wejść, alantinie, to potrzebne mu są drzwi. Takie jak te.

Wskazała ciemną plamę, znajdującą się nieco dalej na murze. Wbrew jej słowom, Rand wcale nie był przekonany, że to rzeczywiście są drzwi, jednak otworzyły się, gdy Selene podeszła do nich i pchnęła.

— Rand... — zaczął Loial.

Rand pchnął go w stronę drzwi.

— Później, Loial. I cicho. Pozostajemy w ukryciu, zapamiętasz?

Wprowadził ich do środka i zamknął drzwi. W futrynę wbite były podpórki na sztabę, żadnej sztaby jednak nie było. Drzwi nie mogły stanowić dla nikogo przeszkody, jednak była szansa, że trolloki zawahają się, zanim wejdą między mury.

Stali w alejce wiodącej w górę wzgórza, między dwoma długimi, pozbawionymi okien budynkami. Z początku wydawało mu się, że i one zostały zbudowane z kamienia, ale po chwili zauważył, że biały tynk położono na drewnie. Było już tak ciemno, że dzięki odbijającym się od nich promieniom księżyca, mury zdawały się promieniować światłem.

— Lepiej dać się aresztować Iluminatorom, niż zostać pojmanym przez trolloki — mruknął, zaczynając się wspinać w górę zbocza.

— O tym właśnie usiłowałem ci przypomnieć, Rand — zawołał Loial. — Słyszałem, że Iluminatorzy zabijają intruzów. Są nieubłagani w strzeżeniu swych sekretów.

Rand stanął jak wryty i obejrzał się na drzwi. Za nimi wciąż były trolloki. Gdyby jednak miało przyjść do najgorszego, lepiej mieć do czynienia z ludźmi niż z trollokami. Iluminatorów może uda mu się namówić, żeby wpuścili ich do środka, trolloki zaś nie słuchały, tylko zabijały z miejsca.

— Wybacz, że cię w to wmieszałem, Selene.

— Niebezpieczeństwo to rzecz nieuchronna — powiedziała miękko. — A jak dotąd, dobrze sobie z nim radzisz. Może sprawdzimy, co tam jest dalej?

Minęła go na ścieżce, ocierając się. Rand ruszył za nią, z nozdrzami pełnymi korzennej woni jej ciała.

Na szczycie wzgórza ścieżka przechodziła w rozległą połać równo wygładzonej gliny, nieomal równie jasnej jak tynk, otoczoną białymi, pozbawionymi okien budynkami, które przedzielały cienie wąskich uliczek. Budowla stojąca po prawej ręce Randa posiadała okna, światło z nich padało na bladą glinę. Wycofał się z powrotem w cienie zalegające ścieżkę, gdy pojawiła się nagle para ludzi, jakiś mężczyzna z kobietą, szli wolno przez pustą przestrzeń.

Po ubraniach sądząc, z całą pewnością nie pochodzili z Cairhien. Mężczyzna miał na sobie spodnie równie workowate jak rękawy koszuli, jedno i drugie jasnożółtego koloru, z haftem na nogawkach i na piersi. Kobieta ubrana była w zdobioną kunsztownie przy staniku suknię, barwy bodaj jasnozielonej, włosy jej uczesano w nieskończoną ilość krótkich warkoczyków.

— Wszystko w pogotowiu, powiadasz? — dopytywała się kobieta. — Jesteś pewien, Tammuz? Wszystko?

Mężczyzna rozłożył ręce.

— Ty zawsze przeprowadzasz kontrolę za moimi plecami, Alluro. Wszystko w pogotowiu. Pokaz może się odbyć w każdej chwili.

— Bramy i drzwi, czy wszystkie zaryglowane? Wszystkie...? — Jej głos zaczął stopniowo cichnąć, gdy odchodzili w stronę przeciwległego krańca oświetlonego budynku.

Rand zbadał wzrokiem plac, nie dostrzegając na nim nieomal nic znajomego. Pośrodku, na wielkich drewnianych podstawach wspierało się kilkadziesiąt ustawionych pionowo rur, każda nieomal równie wysoka jak on, grubości mniej więcej stopy. Od każdej rury odchodziła ciemna, skręcona wstęga, która ginęła z drugiej strony niskiego murku, długości około trzech kroków. Na całym placu panował galimatias stworzony przez drewniane rynny ustawione na stojakach, rury, rozdwojone pręty i całe mnóstwo innych rzeczy.

Wszystkie fajerwerki, jakie do tej pory widział, dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Wiedzy o nich posiadał też niewiele, tyle wiedział, że wybuchały przy akompaniamencie donośnego ryku, pomykały ze świstem przy samej ziemi, rozsyłając spirale iskier albo niekiedy wybijały się prosto w niebo. Iluminatorzy zawsze opatrywali je ostrzeżeniem, że przy odpalaniu może nastąpić wybuch. Fajerwerki były skądinąd kosztowne i Rada Wioski nie godziła się, by odpalał je ktoś niedoświadczony. Doskonale pamiętał, jak pewnego razu Mat usiłował coś takiego właśnie zrobić, a potem musiał upłynąć prawie tydzień, zanim ktokolwiek prócz rodzonej matki odezwał się do niego. Jedyną znajomą rzeczą, którą Rand w tym miejscu rozpoznał, były wstęgi — lonty fajerwerków. Wiedział, że to właśnie one służą do odpalania.

Obejrzał się teraz na nie zaryglowane drzwi, dał znak Loialowi i Selene, że mają iść za nim i zaczął okrążać ustawione pionowo rury. Skoro mieli znaleźć jakąś kryjówkę, chciał, by była jak najdalej od bramy.

Oznaczało to, że muszą przejść między stojakami. Wstrzymywał oddech za każdym razem, gdy trącił któryś. Najlżejsze dotknięcie powodowało, że przedmioty na nich spoczywające drgały, poszczękując. Wszystkie stojaki wyglądały na zbudowane całkowicie z drewna, bez kawałka metalu. Wyobrażał sobie huk, jaki by powstał, gdyby któryś z nich się przewrócił. Spojrzał czujnie na wysokie rury, przypomniawszy sobie, jak głośno detonował fajerwerk wielkości jego palca. Źle, że tak blisko nich szedł, jeśli to naprawdę były fajerwerki.

Loial bezustannie coś do siebie mamrotał, szczególnie wtedy, gdy wpadł na jeden ze stojaków i zaraz cofnął się tak gwałtownie, że z miejsca zderzył się z innym. Brnął do przodu, zostawiając za sobą odgłosy szczękań i pomruków.

Zachowanie Selene było nie mniej denerwujące. Szła krokiem tak beztroskim, jakby się znajdowali na ulicy w samym środku miasta. Na nic nie wpadała, nie wydawała żadnych dźwięków, ale z kolei nie raczyła zapiąć szczelnie płaszcza. Biel jej sukni wydawała się jaśniejsza niż biel wszystkich murów razem wziętych. Zerkał lękliwie w stronę oświetlonych okien, oczekując, że lada chwila ktoś się w nich pojawi. Wystarczyłaby jedna osoba — Selene nie można było nie zauważyć — i alarm gotowy.

Okna jednak pozostały puste. Rand właśnie wzdychał z ulgą — podchodzili już do niskiego murku i rozpościerających się za nim uliczek oraz budynków — gdy Loial otarł się o następny stojak, ustawiony tuż przy ścianie. Mieścił dziesięć prętów, miękkich z wyglądu, długich jak ramię Randa, a z czubków unosiły się cieniutkie smużki dymu. Stojak upadł nieomal bezgłośnie, zaś tlące się kije runęły na jeden z lontów. Zapalił się z trzaskiem i sykiem, a płomień pomknął w stronę rur.

Przez ułamek sekundy Rand wpatrywał się w to wytrzeszczonymi oczyma, potem spróbował krzyknąć szeptem.

— Kryć się za murem!

Selene wydała gniewny okrzyk, przeskakując bowiem przez murek, pociągnął ją za sobą na ziemię. Zrobił to zupełnie bezwiednie. Usiłował nakryć ją opiekuńczo własnym ciałem; Loial przycupnął tuż obok nich. W oczekiwaniu na wybuch, zastanawiał się, czy coś potem zostanie z ich osłony. Rozległ się głuchy łomot, który nie tylko usłyszał, lecz również poczuł echem w ziemi. Ostrożnie uniósł się z ciała Selene na tyle, by móc wyjrzeć ponad krawędzią. Z całej siły zdzieliła go pięścią w żebra i wywinęła się, ciskając przekleństwo, którego nawet nie zauważył, mimo iż znał ten język.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 217
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)