Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Z czubka jednej z rur uchodził strumień dymu. I to było wszystko. Pokręcił głową z niedowierzaniem.
„Jeśli tylko na tym to polega...”
Razem z łoskotem, przypominającym grom, wysoko ku pociemniałemu już niebu wykwitł olbrzymi, czerwono-biały kwiat, po czym zaczął się wolno rozwiewać w postaci iskier.
W trakcie gdy wpatrywał się w niego otwartymi szeroko oczyma, w oświetlonym budynku wybuchł zgiełk i wrzawa. Okna wypełniły się tłumem pokrzykujących mężczyzn i kobiet — starali się wzrokiem przebić nocny mrok i wymachiwali rękoma.
Rand tęsknie spoglądał ku skrytej w mroku ścieżce, oddalonej od nich o zaledwie kilkanaście kroków. Gdyby dał choć jeden krok, ukazałby się ludziom stojącym w oknach w całej krasie. Z budynku dochodził odgłos łomoczących stóp.
Rand przycisnął Loiala i Selene do muru, miał nadzieję, że wyglądają jak zwykłe cienie.
— Nie ruszajcie się i milczcie — szepnął. — To nasza jedyna nadzieja.
— Czasami — cicho odparła Selene — jak człowiek zamrze nieruchomo, nikt go zupełnie nie widzi. — W jej głosie nie słychać było ani cienia zdenerwowania.
Po drugiej stronie muru rozległ się łomot ciężkich butów, biegających tam i z powrotem, a także głosów podniesionych w gniewie. Szczególnie wyróżniał się wśród nich głos, po którym Rand rozpoznał Aludrę.
— Ale z ciebie bałwan, Tammuz! Świnia! Twoja matka była kozą, Tammuz! Któregoś dnia pozabijasz nas wszystkich.
— Ja nie jestem temu winien, Aludra — zaprotestował mężczyzna. — Sprawdziłem, czy wszystko odłożyłem na miejsce, hubki leżały...
— Nawet się do mnie nie odzywaj, Tammuz! Taka świnia jak ty nie zasługuje, by ją wysłuchano jak człowieka! — Ton głosu Aludry zmienił się, odpowiadała pytaniem na pytanie. — Nie ma teraz czasu na nowe przygotowania. Galldrian musi się zadowolić tym, co pozostało. Ej ty, Tammuz! Przygotujesz wszystko jak należy, a jutro wyjedziesz razem z wozami kupować gnój. Jak jeszcze coś pójdzie źle dzisiejszej nocy, to nie pozwolę ci nawet zajmować się gnojem!
Kroki ścichły, oddalając się w stronę budynku, wraz z nimi milkło zrzędzenie Aludry. Tammuz pozostał na miejscu, burkliwie skarżąc się pod nosem na ogólną niesprawiedliwość.
Rand wstrzymał oddech, gdy mężczyzna zbliżył się, by postawić przewrócony stojak. Wciśnięty w cienie padające na murek, widział plecy i ramię Tammuza. Wystarczyło, by mężczyzna odwrócił głowę, a z pewnością nie przeoczyłby całej ich kompanii. Tammuz, nadal uskarżając się, ułożył dymiące patyki na stojaku, a potem wylękniony powędrował niepewnym krokiem w stronę budynku, we wnętrzu którego zniknęli pozostali.
Rand pozwolił sobie na głęboki wdech i szybko wyjrzał w ślad za mężczyzną, po czym zaraz wycofał się w cień. W oknach wciąż stało kilku ludzi.
— Więcej szczęścia tej nocy spodziewać się nie możemy — szepnął.
— Mówi się, że wielcy ludzie sami stwarzają swoje szczęście — odparła łagodnie Selene.
— Może wreszcie przestaniesz o tym gadać — rzekł Rand znużonym głosem. Bardzo pragnął, by jej zapach przestał wreszcie wypełniać mu głowę: przezeń trudno mu było jasno myśleć. Pamiętał jej ciało pod palcami, gdy pchnął ją na ziemię — niepokojące połączenie miękkości i sprężystości — i to też wcale nie pomagało.
— Rand? — Loial wyjrzał teraz zza tego krańca murku, który był bardziej oddalony od oświetlonego budynku. — Myślę, że przydałoby się jeszcze trochę szczęścia.
Rand przesunął się, by popatrzeć ponad ramieniem ogira. Za placem, na ścieżce wiodącej od drzwi w zewnętrznym murze, skryte w cieniach trzy trolloki ostrożnie wyciągały głowy w stronę oświetlonych okien. W jednym stała kobieta, które prawdopodobnie stworów nie widziała.
— I w ten sposób — powiedziała cicho Selene — wpadłeś w pułapkę. Ci ludzie mogą cię zabić, jeśli cię pojmają. Trolloki zrobią to z całą pewnością. Może jednak uda ci się zabić trolloki szybciej, niż one zdążą wydać choć jeden okrzyk. Może uda się nie dopuścić, by ci ludzie cię zabili w obronie swych mizernych sekretów. Może nie pragniesz sławy, ale do dokonania takiego dzieła potrzeba wielkiego człowieka.
— Nie musisz mi tego oświadczać takim radosnym tonem — odparł Rand.
Próbował przestać myśleć o tym, jak ona pachnie, jaka jest w dotyku, i omal nie otoczył się pustką. Odepchnął ją gwałtownie. Trolloki najwyraźniej jeszcze ich nie wypatrzyły. Oparty o murek, badał wzrokiem najbliższą, pogrążoną w mroku ścieżkę. Wystarczy, że wykonają bodaj jeden ruch w tym kierunku, a wtedy trolloki z pewnością ich zauważą, podobnie kobieta w oknie. Stawka pościgu będzie polegała na tym, kto pierwszy ich dopadnie, trolloki czy Iluminatorzy.
— Twoja chwała mnie uszczęśliwi. — Wbrew tym słowom Selene chyba się złościła. — Może powinnam cię zostawić, byś przez jakiś czas szukał własnej drogi. Skoro nie chcesz sięgnąć po sławę, gdy ona znajduje się w zasięgu twojej ręki, to być może zasługujesz na śmierć.
Rand nie chciał na nią patrzeć.
— Loial, czy widzisz może jakieś drzwi przy tej ścieżce?
Ogir pokręcił głową.
— Tu jest za jasno, tam jest za ciemno. Gdybym stanął na ścieżce, to bym widział.
Rand przejechał palcem po rękojeści miecza.
— Zabierz Selene. Jak tylko zobaczysz jakieś drzwi... jeśli je rzeczywiście zobaczysz... to tylko zawołaj, a zaraz do was dołączę. Jeśli zaś tam na końcu nie ma żadnych drzwi, to będziesz musiał ją podnieść, by mogła sięgnąć szczytu muru i przejść przez niego.
— W porządku, Rand. — W głosie Loiala słychać było niepokój. — Ale jak tylko wykonamy ruch, trolloki zaraz zaczną nas ścigać, nie bacząc, czy ktoś patrzy. Nawet jeśli tam są drzwi, będą nam deptały po piętach.
— Kłopotanie się trollokami pozostaw mnie.
„Są trzy. Z pomocą pustki może sobie poradzę”.
Myśl o saidinie rozstrzygnęła za niego. Zbyt wiele dziwnych rzeczy się wydarzało, gdy dopuszczał do siebie męską połowę Prawdziwego Źródła.
— Dołączę do was najszybciej, jak się da. Ruszajcie. — Odwrócił się, by zza muru spojrzeć na trolloki.
Kątem oka złowił zarys poruszającego się ogromnego cielska Loiala, białej sukni Selene, częściowo skrytej pod jego płaszczem. Jeden z trolloków, zaczajony za rzędem rur, wskazał ich z wyraźnym podnieceniem, jednakże wszystkie trzy zawahały się, patrząc na okno, z którego wciąż wyglądała kobieta.
„Trzy. Musi istnieć jakiś sposób. Tylko nie pustka. Nie saidin”.
— Tu są drzwi! — dobiegło go ciche wezwanie Loiala.
Jeden z trolloków wystąpił na krok z cienia, pozostałe ruszyły za nim gromadą. Jakby z oddali Rand usłyszał krzyk kobiety w oknie, potem Loial coś zawołał.
Nie myśląc wiele, Rand poderwał się na równe nogi. Musiał w jakiś sposób zatrzymać trolloki, bo inaczej mogły dogonić nie tylko jego, ale również Loiala i Selene. Pochwycił dymiący pręt i cisnął nim w stronę najbliższej rury. Przechyliła się, już miała upaść, gdy przytrzymał drewnianą podstawę i wycelował prosto w trolloki. Zwolniły niepewnie — kobieta w oknie krzyczała przeraźliwie — a Rand przyłożył dymiący koniec prętu do lontu, dokładnie w miejscu, w którym lont przymocowany był do rury.
Natychmiast rozległ się głuchy łoskot i gruba, drewniana podstawa zwaliła się na niego całym swym ciężarem, obalając go na ziemię. Huk przypominający uderzenie pioruna zakłócił noc, ciemności rozdarł wybuch oślepiającego światła.
Rand podniósł się chwiejnie na nogi, targał nim kaszel wywołany przez gęsty, gryzący dym. Dzwoniło w uszach. Ze zdumienia wytrzeszczył oczy. Połowa rur i wszystkie stojaki leżały poprzewracane, natomiast róg budynku, obok którego stały trolloki, przestał po prostu istnieć, brzegi dachówek i krokwi lizał ogień. Po trollokach nie było ani śladu.