Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Wzdrygnął się, tak go pochłonęły własne myśli, że nie usłyszał, jak otwierają się drzwi. Znał Zerę całe lata, z przerwami na wędrówki, i ta kobieta zawsze w pełni wykorzystywała ich przyjaźń, by powiedzieć, co myśli.
— Stary głupiec, który znowu zaczął się bawić w grę prowadzoną przez poszczególne Domy. O ile mnie uszy nie zawiodły, w mowie tego młodego lorda słychać dźwięki właściwe dla Andoru. Nie pochodzi z Cairhien, to rzecz oczywista. Daes Dae’mar jest i tak niebezpieczna, nawet jak człowiek nie pozwala, by cudzoziemscy lordowie wplątywali go w swoje intrygi.
Thom zamrugał, po czym zastanowił się nad wyglądem Runda. Każdy lord bez wahania włożyłby taki wyborny kuf tan. Musiał się starzeć, skoro takie rzeczy umykały jego uwadze. Przyszła mu do głowy smętna myśl, że nie wie, czy powiedzieć karczmarce prawdę, czy też pozwolić jej myśleć po swojemu.
„Dość bodaj pomyśleć o Wielkiej Grze, a już człowiek bierze w niej udział”.
— Ten chłopiec to pasterz, Zero, z Dwu Rzek.
Zaśmiała się lekceważąco.
— A ja jestem królową Ghealdan. Powiadam ci, w ciągu ostatnich kilku lat, w Cairhien, gra zrobiła się niebezpieczna. Niczego takiego w Caemlyn nie poznałeś. Już padają trupy. Poderżną ci gardło, jeśli nie będziesz się pilnował.
— Powtarzam ci, nie biorę już udziału w Wielkiej Grze. Będzie ze dwadzieścia lat, jak z tym skończyłem.
— A jakże. — Powiedziała to takim tonem, jakby mu nie wierzyła. — Mniejsza o to i o młodych lordów, zacząłeś występować we dworach.
— Dobrze płacą.
— I wciągną cię do swych spisków, jak znajdą sposób. Oni ledwie spojrzą na człowieka, a już się głowią, jak go wykorzystać, tak naturalnie, jakby oddychali. Ten twój młody lord ci nie pomoże, oni zjedzą go żywcem.
Zrezygnował z dalszych prób przekonywania karczmarki, że cała sprawa go nie dotyczy.
— Czy to właśnie przyszłaś mi powiedzieć, Zero?
— Tak. Zapomnij o Wielkiej Grze, Thom. Ożeń się z Deną. Ona cię weźmie, choć to świadczy o jej głupocie, boś kościsty i siwy. Ożeń się z nią, zapomnij o tym młodym lordzie i Daes Dae’mar.
— Dziękuję za radę — odparł oschle.
„Ożenić się z nią? Obarczyć ją starym mężem. Nigdy nie zostanie bardem, gdy moja przeszłość zaciąży jej u szyi”.
— Jeśli mi wybaczysz, Zero, chciałbym chwilę pobyć sam. Występuję dziś wieczorem dla lady Arilyn i jej gości, muszę się przygotować.
Karczmarka prychnęła w odpowiedzi, potrząsnęła głową i hałaśliwie zatrzasnęła za sobą drzwi.
Thom zabębnił palcami po stole. Kaftan nie kaftan, Rand to nadal tylko pasterz. Gdyby był czymś więcej, tym, o co kiedyś Thom go podejrzewał — mężczyzną, który potrafi przenosić Moc — wówczas ani Moiraine ani żadna inna Aes Sedai nigdy nie pozwoliłaby mu odejść wolno, nie poskramiając go uprzednio. Róg nie Róg, ten chłopiec to tylko pasterz.
— On już z tym skończył — powiedział głośno — i ja też.
27
Cień pośród nocy
Nic nie rozumiem — oświadczył Loial. — Prawie cały czas wygrywałem. A potem przyszła Dena, przyłączyła się do gry i natychmiast wszystko wygrała. Każdy rzut. Nazwała to krótką lekcją. Co chciała przez to powiedzieć?
Rand i ogir wędrowali przez podgrodzie, zostawiając za sobą „Kiść Winogron”. Słońce, czerwona kula do połowy skryta za horyzontem, stało nisko na zachodniej stronie nieba, rzucając za nimi długie cienie. Na ulicy nie było nikogo oprócz jednej z wielkich kukieł, trolloka o koźlim pysku z mieczem zatkniętym za pas, która nadciągała w ich stronę w otoczeniu pięciu mężczyzn, niosących ją na długich tykach, wciąż jednak słychać było odgłosy zabawy, z tych części podgrodzia, gdzie znajdowały się domy rozrywki i tawerny. Dookoła wszak drzwi były już zaryglowane, a okiennice zatrzaśnięte.
Rand przestał obracać w dłoniach drewniany futerał z fletem i przewiesił go sobie przez plecy.
„Raczej nie należało się spodziewać, że rzuci wszystko i przyłączy się do mnie, ale przynajmniej mógł porozmawiać. Światłości, niech ten Ingtar pojawi się wreszcie”.
Wepchnął ręce do kieszeni i wymacał list Selene.
— Chyba nie sądzisz, że ona... — Loial urwał speszony. — Chyba nie sądzisz, że ona oszukiwała, prawda? Wszyscy się tak uśmiechali, jakby robiła coś wyjątkowo sprytnego.
Rand narzucił na siebie płaszcz.
„Muszę wziąć Róg i jechać. Jeśli będziemy czekali na Ingtara, wszystko może się zdarzyć. Prędzej czy później zjawi się Fain. Muszę się trzymać z dala od niego”.
Mężczyźni z kukłami już prawie zrównali się z nimi.
— Rand — powiedział nagle Loial. — To chyba nie jest...
Raptem mężczyźni rzucili z łomotem tyki w udeptane błoto ulicy, trollok zamiast runąć na ziemię, skoczył na Randa z wyciągniętymi rękami.
Nie było czasu na myślenie. Instynktownie wyrwał miecz z pochwy lśniącym łukiem. Księżyc Wschodzący nad Jeziorami. Trollok zachwiał się w tył z bulgotliwym okrzykiem, szczerząc kły jeszcze wtedy, gdy już leżał.
Przez chwilę wszyscy stali jak zamurowani. Potem mężczyźni — niechybnie Sprzymierzeńcy Ciemności — przenieśli wzrok z trolloka leżącego na ulicy na Randa, z mieczem w rękach i Loialem stojącym u boku. Gawrócili i uciekli.
Rand też wpatrywał się jak oniemiały w trolloka. Pustka otoczyła go, jeszcze zanim dłoń dotknęła rękojeści miecza, w umyśle zabłysnął saidin, przywoływał, przyprawiał o mdłości. Z nie lada wysiłkiem postarał się, by pustka zniknęła i oblizał wargi. Bez niej pod skórą mrowił się strach.
— Loial, musimy wracać do karczmy. Hurm jest sam, a oni... — Stęknął głucho, gdy grube ramię, tak długie, że mogło objąć oboje jego ramion, uniosło go w górę i przycisnęło do piersi.
W gardło Randa wczepiła się włochata dłoń. Przelotnie dostrzegł wyszczerzony kłami pysk, tuż nad swoją głową. Nozdrza wypełnił mu cuchnący zapach, mieszanina kwaśnego potu i chlewa.
Tak samo szybko jak go chwyciła, dłoń puściła gardło. Kompletnie oszołomiony Rand wytrzeszczył oczy, wpatrując się w grube palce ogira ściskającego przegub trolloka.
— Wytrzymaj, Rand! — Głos Loiala był jakby zduszony. Z drugiej strony pojawiła się druga ręka ogira, chwyciła ramię wciąż trzymające Randa w powietrzu. — Wytrzymaj!
Ciałem Randa wciąż wstrząsało z lewa na prawo, z prawa na lewo, a tymczasem ogir i trollok mocowali się z sobą.
Dyszący z wysiłku Loial stał za plecami trolloka o pysku dzika, rozciągał jego ręce na boki, ściskając za nadgarstek i przedramię. Trollok warknął coś gardłowo w swojej chropawej mowie, odrzucił głowę w tył, usiłując trafić Loiala kłem. Podeszwy ich butów głośno szurały po ubitym błocie ulicy.
Rand próbował ugodzić trolloka w taki sposób, by nie zranić przy tym Loiala, jednakże ogir i trollok obracali się w swym nieporadnym tańcu tak szybko, że Rand nie mógł znaleźć sposobnej okazji.
Pochrząkując, trollok wyswobodził lewe ramię, ale zanim uwolnił się cały, Loial owinął ramię wokół jego karku, ciasno oplatając stwora. Trollok usiłował rozcapierzonymi pazurami sięgnąć miecza, podobne do sierpu ostrze wisiało po niewłaściwej stronie, by mogło zostać użyte lewą ręką, jednakże cal po calu czarna stal wysuwała się z pochwy. Walczyli z sobą, trwali spleceni, więc Rand nie mógł zadać ciosu, nie ryzykując, że trafi Loiala.
„Moc”.
Ona mogła pomóc. W jaki sposób, nie wiedział, ale nie przychodziło mu do głowy nic innego. Trollok zdołał już do połowy wyciągnąć miecz z pochwy. Gdy zakrzywione ostrze wyswobodzi się do końca, zabije Loiala.