Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Tak, Aviendha słyszała historie o tym miejscu. Opowieści te jednak nie dorównywały prawdzie. Nikt nie był w stanie opisać tego miejsca. Trzeba je było samemu zobaczyć.
Z tyłu dobiegło skrobanie i po chwili do Rhuarca podpełzł Rodel Ituralde. Jak na człowieka zamieszkującego na bagnach, poruszał się cicho.
– Byłeś tak niecierpliwy, że nie mogłeś poczekać na nasz raport? – zapytał cicho Rhuarc.
– Żaden raport nie jest w stanie oddać tego, co można zobaczyć na własne oczy – rzekł Ituralde. – Nie obiecywałem, że zostanę z tyłu. Powiedziałem wam, żebyście ruszyli przede mną. I tak zrobiliście. – Uniósł lornetkę, osłaniając ją dłonią, choć chyba nie było takiej potrzeby, zważywszy na chmury.
Rhuarc zmarszczył brwi. On i pozostali Aielowie, którzy przybyli na północ, zgodzili się podążyć za mieszkańcem mokradeł, ale to nie bardzo im pasowało. I nie powinno. Wykonaliby zadanie, nie oczekując komfortu. Komfort był najgorszym zabójcą ludzi.
„Wystarczy” – pomyślała Aviendha, odwracając się, by popatrzeć na dolinę. „Dla moich ludzi już wystarczy. I wystarczy dla Randa oraz zadania, jakie musi on wypełnić”.
Patrzenie na koniec jej ludzi przyprawiało ją o mdłości i przerażało, ale także sprawiło, że się ocknęła. Jeśli zagłada Aielów była ofiarą wymaganą, by Rand mógł zwyciężyć, poniosą ją. Aviendha wykrzyczy i przeklnie imię Stwórcy, lecz zapłaci cenę. Uczyni tak każdy wojownik. Lepiej, aby jedna z nacji uległa unicestwieniu, niż świat miałby się dostać pod panowanie Cienia.
Jeśli taka będzie wola Światłości, nie dojdzie do tego. Jeśli taka będzie wola Światłości, jej współdziałanie z Pokojem Smoka będzie służyło ochronie Aielów. Nie pozwoliłaby, by powstrzymała ją możliwość klęski. Będą walczyć. Obudzenie ze snu zawsze stwarzało perspektywy, zwłaszcza gdy swój taniec rozpoczynały włócznie.
– Interesujące – rzekł cicho Ituralde, wciąż patrząc przez lornetkę. – Co myślisz, Aiel?
– Powinniśmy zakłócić ich pracę – rzekł Rhuarc. – Możemy zejść w dół zbocza, kierując się na wschód, uwolnić jeńców i zburzyć kuźnie. To sprawi, że Myrddraale nie będą mogły pozyskiwać nowej broni, a oczy Czarnego skierują się na nas, a nie na Car’a’carna.
– Jak długo zajmie to Smokowi? – zapytał Ituralde. – Co o tym sądzisz, Aiel? Ile czasu możemy mu dać, by ocalił świat?
– Smok będzie walczył – powiedziała Amys. – Dotrze do gór, stoczy pojedynek z Odbierającym Wzrok. Walka będzie trwała tak długo, jak będzie to potrzebne. Kilka godzin? Nie widziałam pojedynku, który trwałby dłużej, nawet jeśli toczą go ludzie biegle władający bronią.
– Załóżmy – mruknął Ituralde, uśmiechając się – że będzie to coś więcej niż pojedynek.
– Nie jestem głupia, Rodelu Ituralde – powiedziała zimno Amys. – Wątpię, by walka Car’a’carna miała być toczona jedynie za pomocą włóczni i tarcz. Kiedy jednak oczyścił Źródło, czy nie zdarzyło się to w ciągu jednego dnia? Być może i tym razem będzie podobnie.
– Być może. A być może nie. – Ituralde opuścił lornetkę i spojrzał na kobietę Aielów. – Którą z możliwości uwzględnisz?
– Najgorszą – odrzekła Aviendha.
– Tak więc planujemy bronić się tak długo, jak długo będzie potrzebował tego Smok. Dni, tygodnie, miesiące… lata? To może tyle trwać.
Rhuarc powoli skinął głową.
– Co sugerujesz?
– Przejście prowadzące do doliny jest wąskie – rzekł Ituralde. – Z raportów zwiadowców wynika, że większa część Sprzymierzeńców Ciemności przebywa w Ugorze, poza doliną. Nawet oni spędzają jak najmniej czasu w tym opuszczonym miejscu. Jeśli zdołalibyśmy zablokować przejście i zawładnąć doliną, zniszczyć kuźnie i paru Przeklętych, miejsce to znalazłoby się w naszych rękach na bardzo długo. Wy, Aielowie, jesteście dobrzy w taktyce uderz-i-uciekaj. Niech mnie diabli wezmą, wiem to z własnego doświadczenia. Wy przypuścilibyście atak na kuźnie, a my zajęlibyśmy się zablokowaniem przejścia do doliny.
Rhuarc skinął głową.
– To dobry plan.
Cała czwórka wycofała się do miejsca, gdzie czekał Rand, ubrany w czerwień i złoto, z rękami założonymi za plecami. Towarzyszyło mu dwadzieścia Panien Włóczni i sześciu Asha’manów oraz Nynaeve i Moiraine. Rand wydawał się czymś mocno zatroskany – Aviendha wyczuwała jego niepokój – choć powinien być zadowolony. Przekonał Seanchan, by włączyli się do walki. Czy to możliwe, że spotkanie z Egwene al’Vere tak go wytrąciło z równowagi?
Rand obrócił się i spojrzał w górę, w kierunku szczytu Shayol Ghul. Widok ten sprawił, że jego emocje uległy zmianie. Rand przypominał człowieka patrzącego na fontannę w Ziemi Trzech Sfer, rozkoszującego się smakiem zimnej wody. Aviendha rozumiała jego wyczekiwanie. Oczywiście, był w nim także i strach. Żaden wojownik nigdy do końca się go nie pozbył. Rand kontrolował go i tłumił pragnieniem walki, sprawdzenia się.
Mężczyźni i kobiety nie mogli do końca poznać samych siebie, jeśli nie stanęli na granicy swych możliwości. Dopóki nie rozpoczęli tańca śmierci z bronią w ręku, dopóty nie poczuli, jak ich sącząca się krew plami ziemię i dopóty nie skierowali broni w bijące serce wroga. Rand’al Thor tego właśnie pragnął i Aviendha to rozumiała. Dziwnie było zdać sobie sprawę po tak długim czasie, jak bardzo byli do siebie podobni.
Aviendha podeszła do Randa, a on odwrócił się i stał teraz blisko niej. Ich ramiona się zetknęły. On nie objął jej, a ona nie dotknęła jego ręki. On nie posiadał jej, a ona nie posiadała jego. Fakt, iż Rand wykonał ruch, dzięki któremu patrzyli w tym samym kierunku, znaczył dla Aviendhy więcej niż jakikolwiek inny gest.
– Osłono mego serca – rzekł cicho, patrząc, jak Asha’man otwiera bramę – co widziałaś?
– Grobowiec – odrzekła.
– Mój?
– Nie. Grobowiec twego wroga. Miejsce, w którym był niegdyś pochowany i w którym znowu zaśnie.
Coś wewnątrz Randa ugruntowało się. Aviendha wyczuła, że coś postanowił.
– Masz zamiar go zabić – wyszeptała. – Odbierającego Wzrok.
– Tak.
Aviendha czekała.
– Niektórzy mówią, że jestem głupcem, myśląc o tym – rzekł. Jego Strażnicy przechodzili przez bramę, powracając do Merriloru.
– Żaden wojownik nie powinien brać udziału w bitwie, jeśli nie ma zamiaru ujrzeć jej końca – powiedziała Aviendha, po czym umilkła. Coś jeszcze przyszło jej do głowy.
– O czym myślisz? – zapytał Rand.
– Największym zwycięstwem będzie przejęcie gai’shain twego wroga.
– Wątpię, czy on się temu podporządkuje.
– Nie rób sobie żartów – powiedziała, dając mu kuksańca w bok, na co Rand odpowiedział chrząknięciem. – To trzeba rozważyć, Randzie al’Thor. Jaki jest lepszy sposób działania według ji’e’toh? Czy uwięzienie Czarnego ma oznaczać także odebranie mu gai’shain? Jeśli tak, to byłaby właściwa droga.
– Nie jestem pewien, czy w tym wypadku dbam o to, co jest „właściwą” drogą, Aviendha.
– Wojownik zawsze musi rozważać ji’e’toh – odrzekła Aviendha stanowczo. – Czy niczego cię nie nauczyłam? Nie mów w ten sposób, bo przynosisz mi wstyd w oczach innych Mądrych.
– Miałem nadzieję… zważywszy, jak rozwija się nasza relacja… że skończą się te wykłady, Aviendha.