Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Ta – zdecydował Mat, wskazując na najskromniej przyozdobioną. Była to prosta przepaska z jedynie dwoma rubinami, cienkimi i długimi, umiejscowionymi po prawej i lewej stronie materiału. Przymierzono mu ją, podczas gdy inni służący skończyli branie miary.
Zrobiwszy to, na rozkaz Naty zajęli się przystrajaniem Mata w ubranie, które krawcowa przyniosła ze sobą. Najwyraźniej podczas oczekiwania na uszycie nowych strojów nie wolno mu było nosić swego starego odzienia.
Nowy strój wydawał się stosunkowo prosty. Jedwabna, pięknie utkana szata. Mat wolałby co prawda nosić spodnie, ale ten ubiór był wygodny. Niestety, nałożono na niego większą i sztywniejszą szatę, wykonaną również z jedwabiu, w kolorze ciemnej zieleni. Każdy jej cal pokryty był haftem w kształcie spirali. Rękawy były tak szerokie, że mogłyby pomieścić konia, a Matowi w nowym stroju było ciężko i niewygodnie.
– Powiedziałem, że chcę nosić ubrania wojskowego! – powiedział.
– Jest to uroczysty mundur wojskowy członka cesarskiej rodziny, Wasza Wysokość – odparła Nata. – Wielu postrzega cię jako obcego, a choć nikt nie kwestionuje twej lojalności, będzie dobrze, jeśli żołnierze dostrzegą w tobie najpierw Księcia Kruków, a potem dopiero cudzoziemca. Zgadzasz się z moją opinią?
– Tak przypuszczam – mruknął Mat.
Służący kontynuowali swą pracę, zakładając Matowi ozdobny pas i wzorzyste opaski na przedramię, ukryte w zwojach szerokich rękawów. Mat doszedł do wniosku, że to jest akurat dobre, bo pas przytrzymywał ubranie w okolicach talii, sprawiając, że nie było mu już tak niewygodnie.
Niestety, następna sztuka garderoby była najgłupsza ze wszystkich. Na plecy nałożono Matowi sztywny, jasny zwój materiału. Materiał spływał wokół jego ciała niczym płaszcz, przy czym ta sztuka odzienia była rozcięta po bokach i sterczała na odległość stopy, sprawiając, iż Mat wydawał się nieludzko szeroki. Przypominało to naramienniki ciężkiej zbroi, tyle że wykonane z materiału.
– To nie jest rodzaj psikusa, jaki robicie komuś, bo jest nowy, hę?
– Psikusa, Szacowny? – zdumiała się Nata.
– Nie możesz… – zaczął Mat, gdy do komnaty ktoś wszedł. Kolejny dowódca.
Mężczyzna nosił strój podobny do tego, w jaki ubrany był Mat, tyle że nie tak ozdobny i nie tak szeroki w ramionach. Nie był to wojskowy strój rodziny cesarskiej, ale uroczysty, bardzo bogaty jednego z Krwi.
Mężczyzna zatrzymał się, skłonił przed Matem, po czym poszedł dalej.
– Niech mnie diabli wezmą – mruknął Mat.
Nata klasnęła w ręce i służący zaczęli go przystrajać klejnotami. Były to głównie rubiny, co wprawiło Mata w zakłopotanie. To chyba jakiś zbieg okoliczności, czyż nie? Nie wiedział, co ma myśleć o fakcie, że nosi na sobie klejnoty. Może mógłby je sprzedać. A gdyby mógł położyć je na stole hazardowym, skończyłby zapewne jako właściciel Ebou Dar…
„Te klejnoty należą do Tuon” – zdał sobie nagle sprawę. „A ja ją poślubiłem”. Oznaczało to, że Mat jest bogaty. Naprawdę bogaty.
Siedział, pozwalając, by pomalowano mu paznokcie i rozważał, co to wszystko oznacza. Nieraz nie musiał martwić się o pieniądze, bo zawsze mógł je wygrać. Teraz jednak było inaczej. Jeśli miał już wszystko, po co miał grać? To nie brzmiało zbyt zabawnie. Człowiek powinien sam je zdobywać sprytem, szczęśliwym trafem czy mądrością.
– Niech to diabli – wymamrotał Mat, opuszczając ręce, bo lakierowanie już się skończyło. – Teraz jestem cholernym wielmożnym panem. – Westchnął, wziął kapelusz z rąk zaskoczonej służącej – która przechodziła obok z naręczem jego starych ubrań – i nałożył go na głowę.
– Szacowny – odezwała się Nata. – Wybacz mi mą śmiałość, ale moją rolą jest doradzać ci w kwestiach ubioru, jeśli pozwolisz. Ten kapelusz wygląda… nie na miejscu w zestawieniu z mundurem.
– A jakie to ma znaczenie? – odparł Mat, wymaszerowując z pokoju. Miał ochotę skorzystać z bocznych drzwi. – Jeśli mam wyglądać śmiesznie, równie dobrze mogę to robić, zachowując swój styl. Niech ktoś mi pokaże, gdzie zbierają się nasi wspaniali generałowie. Muszę sprawdzić, ile mamy oddziałów.
20
Do Thakan’daru.
Później tego samego dnia, po spotkaniu z Randem, Egwene wysunęła przed siebie sa’angreal Vory i zaczęła splatać Ogień. Nici złączyły się, maleńkie świetliste wstążki uformowały w powietrzu złożony wzór. Egwene niemalże czuła, jakie ciepło emitują, a jej skóra przybrała silny pomarańczowy odcień.
Skończyła sploty, a ognista, wielka kula zaczęła zataczać na niebie łuk, trzaskając i hucząc. Kula, niczym meteor, upadła na szczyt odległego wzgórza. Eksplozja odrzuciła w bok Trolloki uzbrojone w łuki, rozrzucając je wokół.
Romanda otworzyła obok Egwene bramę. Romanda była jedną z tych Żółtych Ajah, które nalegały, by pozostać na polu bitwy i w razie potrzeby zapewnić Uzdrawianie. Ona i jej ekipa były nieocenione, ratując życie rannych.
Dziś jednakże nie było ku temu możliwości. Trolloki wycofały się za wzgórza, tak jak to przewidywał Bryne. Po upływie półtora dnia odpoczynku wiele Aes Sedai wydobrzało. Nie odzyskały jeszcze pełni sił – nie było to możliwe po ponad tygodniu wyczerpujących walk – ale ich stan był już wystarczająco dobry.
Gawyn przeskoczył przez bramę, kiedy tylko się otworzyła, z mieczem w dłoni. Za nim podążyli Egwene, Romanda, Lelaine, Silviana, Raemassa i grupka Strażników oraz żołnierzy. Weszli na szczyt wzgórza, które właśnie oczyściła Egwene. Spalona ziemia pod jej stopami była wciąż ciepła i sczerniała. W powietrzu unosił się zapach zwęglonych ciał.
Wzgórze znajdowało się pośrodku obozowiska Trolloków. Wszędzie wokół wałęsali się szukający schronienia Sprzymierzeńcy Ciemności. Romanda utrzymywała bramę, a Silviana zaczęła tkać sploty Powietrza, tworząc kopułę wiatru, która miała być osłoną przed strzałami. Reszta zaczęła wysyłać sploty na zewnątrz.
Trolloki reagowały powoli – czekały przyczajone na wzgórzach, gotowe ruszyć w doliny, gdy pojawi się w nich armia Egwene. W normalnych okolicznościach byłaby to klęska. Trolloki zasypałyby oddziały Egwene deszczem pocisków, zaś jej kawalerii byłoby niebywale ciężko wjechać na wzgórza. Co więcej, wzniesienia zapewniały Trollokom i Myrddraalom możliwość dostrzeżenia słabych punktów sił Egwene i co za tym idzie, atakowania.
Egwene i jej dowódcy nie mieli zamiaru dać przeciwnikowi takiej szansy. Kiedy Aes Sedai zaczęły zdobywać wzgórza, a bitwa zaczęła obracać się na niekorzyść wroga, bestie rozpierzchły się. Niektóre Trolloki próbowały atakować i zawracać uciekinierów, ale inne chciały już tylko ratować swoje życie. Potem uderzyła ciężka kawaleria Egwene, pędząc przez doliny. Miejsce, które stanowiło dla stworów znakomitą pozycję, teraz stało się polem ich zagłady; łucznicy zostali wyparci przez Aes Sedai, dzięki czemu ciężka kawaleria mogła zabijać bez przeszkód.
To z kolei otworzyło drogę dla piechoty, która zmiotła Trolloki, przypierając je do stoków. Aes Sedai zabijały bestie całymi grupami. Niestety, Trolloki potrafiły już stawić czoła Jedynej Mocy. A może to Myrddraale nauczyły się, jak je do tego zachęcać.
Wkrótce lepiej zorganizowana grupa Trolloków zaczęła szarżować na wzgórza, podczas gdy inne stwory stawiały opór atakom piechoty. „Bryne ma rację” – pomyślała Egwene, niszcząc grupę Trolloków, które niemalże pazurami utorowały sobie drogę do niej. „Myrddraale znowu są połączone z Trollokami”. Ostatnimi czasy Sprzymierzeńcy Ciemności niechętnie stosowali tę taktykę, ponieważ śmierć pojedynczego Myrddraala równała się upadkowi połączonych z nim Trolloków. Egwene podejrzewała jednak, że był to jedyny sposób mogący sprawić, by Trolloki zechciały wspiąć się na wzgórza, gdzie czekała je niemal pewna śmierć.