Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
Wytrwamy — odpowiadał w języku migowym. — Terra pamięta i wróci po nas.
Trzymał się tej nadziei, bez względu na to, jak trudne się to stawało. Gdy nauczył się od Gailet subtelności galaktycznego prawa, zrozumiał, że nawet gdyby we wszystkich ramionach spiralnych nastał pokój, może to nie wystarczyć do wygnania najeźdźców. Istniały triki znane klanom tak starym jak Gubru, sposoby na unieważnienie praw dzierżawy słabszego klanu do takiej planety jak Garth.
Było widoczne, że jedna z frakcji ptasiego nieprzyjaciela pragnęła położyć kres ziemskiej dzierżawie i zagarnąć planetę.
Fiben wiedział, że Suzeren Poprawności na próżno poszukiwał dowodów na to, iż Ziemianie źle kierują ekologiczną odnową Garthu. Teraz, po tym, jak wojska okupacyjne zmarnowały dekady ciężkiej pracy, nie odważali się nawet poruszać tego tematu.
Suzeren poświęcił także kilka miesięcy na polowanie na nieuchwytnych „Garthian”. Gdyby się okazało, że tajemnicze przedrozumne istoty istnieją naprawdę, uzyskanie prawa do nich stanowiłoby usprawiedliwienie dla każdego wydanego tu grosza. Wreszcie przejrzeli dowcip Uthacalthinga, nie położyło to jednak kresu ich wysiłkom.
Przez cały czas, już od chwili inwazji, Gubru starali się wyszukać błędy w sposobie, w jaki wspomagano neoszympansy. Sam fakt, że najwyraźniej zaakceptowali status zaawansowanych szymów, takich jak Gailet, nie oznaczał, że całkowicie z tego zrezygnowali.
Istniała wciąż sprawa tej cholernej Ceremonii Akceptacji, której implikacje ciągle umykały Fibenowi, bez względu na to, jak intensywnie Gailet starała się mu je wyjaśnić.
Niemal nie zauważał szymów na ulicach. Jego stopy kopały unoszące się na wietrze liście. Wracały do niego urywki wyjaśnień Gailet.
— …podopieczne gatunki przechodzą przez fazy, z których każdą wyznaczają ceremonie usankcjonowane przez Galaktyczny Instytut Wspomagania… Są one kosztowne, a ponadto mogą zostać zablokowane przez polityczne manewry… Fakt, że Gubru zaproponowali, że pokryją koszty i udzielą poparcia ceremonii dla podopiecznych ludzkich dzikusów jest więcej niż bezprecedensowy… Suzeren obiecuje też, że zobowiąże się w imieniu swej rasy do podjęcia nowej linii politycznej, kończącej działania wojenne przeciwko Ziemi… Rzecz jasna, jest w tym pewien haczyk…
Och, Fiben świetnie potrafił sobie wyobrazić, że haczyk będzie!
Potrząsnął głową, jak gdyby chciał wygnać z niej wszystkie słowa. W Gailet było coś nienaturalnego. Wspomaganie było czymś naprawdę ekstra, a ona mogła stanowić niezrównany przykład neoszympansiego rodzaju, ale było po prostu sprzeczne z naturą, by myśleć i mówić tak dużo, nie dając mózgowi ani trochę czasu wolnego na zaczerpnięcie tchu!
Dotarł wreszcie do miejsca położonego niedaleko od doków, gdzie łodzie rybackie leżały wyciągnięte na brzeg ze względu na nadchodzącą burzę. Morskie ptaki szczebiotały, nurkując nagle, by schwytać ostatni posiłek w czasie, jaki pozostał, zanim woda stanie się zbyt wzburzona. Jeden z nich zapuścił się zbyt blisko Fibena i otrzymał w nagrodę ostrzegawczy wstrząs od „Kazika”, robota strażniczego. Ptak — który nie był biologicznie spokrewniony z najeźdźcami w większym stopniu niż Fiben — zaskrzeczał rozgniewany i odleciał ku zachodowi.
Fiben usiadł na ławce w końcu mola. Wyjął z kieszeni połowę kanapki, którą schował tam wcześniej. Przeżuwał ją spokojnie, obserwując chmury i wodę. Przynajmniej przez chwilę był w stanie przestać myśleć, przestać się przejmować. W jego głosie nie niosły się echem żadne słowa.
W tej chwili wszystkim, czego potrzebowałby do szczęścia, były banan, piwo i wolność.
W jakąś godzinę później „Kazik” zaczął brzęczeć natarczywie. Robot strażniczy ustawił się w pozycji pomiędzy nim a wodą i podskakiwał nagląco.
Fiben wstał z westchnieniem i otrzepał się. Ruszył z powrotem wzdłuż doków. Wkrótce już wędrował przez sterty liści ku swemu miejskiemu więzieniu. Na wietrznych ulicach pozostało bardzo mało szymów.
Strażnik o dziwnie znajomej twarzy spojrzał na niego z zasępioną miną, gdy Fiben pojawił się przy bramie, przepuszczono go jednak bez zwłoki.
Zawsze łatwiej było dostać się do więzienia niż z niego wyjść — pomyślał Fiben.
Sylvie wciąż pełniła dyżur za swym biurkiem.
— Miałeś miły spacer, Fiben?
— Ehe. Powinnaś się czasem ze mną przejść. Zatrzymalibyśmy się w parku i pokazałbym ci, jak udaję geparda — obdarzył ją przyjaznym mrugnięciem.
— Już to widziałam, pamiętasz? Nic nadzwyczajnego, o ile sobie przypominam — ton Sylvie nie zgadzał się z jej kpiącymi słowami. Sprawiała wrażenie spiętej. — Właź do środka, Fiben. Schowam „Kazika”.
— No dobra. — Drzwi otworzyły się z sykiem. — Dobranoc, Sylvie. Gailet siedziała na pluszowym dywaniku przed ścianą pogodową, którą teraz nastawiono na scenę z parnej, upalnej sawanny. Podniosła wzrok znad trzymanej na kolanach książki i zdjęła okulary, których używała do czytania.
— Cześć. Czujesz się lepiej?
— Aha — skinął głową. — Przepraszam za to, co było wcześniej. Chyba po prostu miałem ostry atak klaustrofobii. Teraz już wezmę się w garść i wrócę do roboty.
— Nie ma potrzeby. Na dzisiaj skończyliśmy — poklepała ręką dywanik. — Czemu tu nie przyjdziesz, żeby mnie podrapać w plecy? Później ci się odwzajemnię.
Fibena nie trzeba było prosić dwa razy. Musiał przyznać Gailet jedno: była naprawdę świetną partnerką do iskania. Zrzucił z siebie parkę, podszedł do niej i usiadł z tyłu. Położyła swobodnie jedną rękę na jego kolanie, podczas gdy on zaczął przeczesywać palcami jej włosy. Wkrótce oczy miała już zamknięte. Oddychała w łagodnych, cichych westchnieniach.
Próby zdefiniowania związku, jaki łączył go z Gailet, przyprawiały go o frustrację. Nie byli kochankami, zresztą z większością szymek było to możliwe lub sensowne jedynie podczas pewnych fragmentów ich cykli cielesnych. Ponadto Gailet bardzo wyraźnie dała do zrozumienia, że jej poczucie seksualności ma nader prywatny charakter. Przypominała pod tym względem raczej ludzką kobietą. Fiben rozumiał to i nie poddał jej żadnym naciskom.
Kłopot w tym, że po prostu nie mógł przestać o niej myśleć.
Powtarzał sobie, że nie powinien mieszać swego popędu seksualnego z innymi sprawami.
Mogę mieć na jej punkcie obsesję, ale jeszcze nie oszalałem.
Nie był pewien, czy czuł się gotowy do rozważenia nawiązania związku tak ścisłego, jakiego wymagałoby uprawianie miłości z tą szymką.
Gdy posuwał się przez futro z tyłu szyi Gailet, natknął się na stwardnienia wywołane napięciem.
— Hej, jesteś naprawdę podenerwowana! Co się stało? Czy ci cholerni Gu…
Jej palce wpiły się głęboko w jego kolano, choć poza tym Gailet nie poruszyła się w ogóle. Fiben zastanowił się szybko i zmienił to, co miał zamiar powiedzieć.
— Gówniarze próbowali się do ciebie dobierać? Czy ci nadzorowani zaczęli się robić zbyt zuchwali?
— A co, gdyby tak było? Co byś w tej sprawie zrobił? Wymaszerował na zewnątrz, by bronić mojej czci? — roześmiała się. Fiben czuł jednak jej ulgę, wyrażaną za pośrednictwem ciała. Coś tu się działo. Nigdy nie widział Gailet tak podenerwowanej.
Gdy drapał jej plecy, jego palce natrafiły na przedmiot ukryty w futrze… coś okrągłego i cienkiego, przypominającego kształtem dysk.