Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
Potem jednak coś zwracało jego uwagę i Gailet wyjaśniała mu jakąś tradycję czy zasadę, która cechowała się niesamowitą subtelnością i w trudzie zdobytą mądrością, rozwiniętymi w ciągu setek milionów lat.
Zaczął docierać do punktu, w którym nie wiedział już nawet, co ma myśleć.
— Muszę zaczerpnąć powietrza — oznajmiła. — Pójdę się przejść. Podszedł do wieszaka i złapał swoją parkę.
— Zobaczymy się gdzieś za godzinę.
Zastukał w drzwi, które uchyliły się. Wyszedł na zewnątrz zamknął je za sobą, nie oglądając się. — Potrzebna ci eskorta, Fiben?
Szymka, Sylvie, wzięła w rękę studnię danych i napisała naprędce komunikat. Miała na sobie prostą, sięgającą kostek suknię z długimi rękawami. Gdy się na nią spojrzało teraz, trudno ją było sobie wyobrazić na wzgórku tanecznym w „Małpim Gronie”, gdzie doprowadzała tłumy szenów ku krawędzi gwałtownych rozruchów. Jej uśmiech był niepewny, niemal nieśmiały. Fibenowi przyszło do głowy, że dzisiejszej nocy jest z jakichś niezrozumiałych powodów podenerwowana.
— A co, jeśli powiem „nie”? — zapytał. Zanim Sylvie zdążyła zrobić zaniepokojoną minę, uśmiechnął się. — Żartuję tylko. Jasne, Sylvie. Daj mi „Kazika Dwanaście”. To sympatyczna, stara kulka i nie przeraża zbytnio tubylców.
— Robot strażniczy KZS-12. Zapisany jako eskorta dla Fibena Bolgera, wypuszczonego na zewnątrz — powiedziała do studni danych. W korytarzu za jej plecami otworzyły się drzwi, zza których wychynęła kula zdalnego strzeżenia, prosta wersja robota bojowego, której jedynym zadaniem było dotrzymywanie towarzystwa więźniowi i pilnowanie, by nie uciekł.
— Życzę miłego spaceru, Fiben.
Mrugnął do Sylvie i odparł niewyraźnym tonem:
— A jaki inny może się trafić więźniowi?
Ostatni — odpowiedział sam sobie. — Ten, który wiedzie na szafot.
Zamachał jednak radośnie ręką.
— No chodź, Kazik.
Drzwi frontowe odsunęły się z sykiem, by umożliwić mu wyjście w wietrzne, jesienne popołudnie.
Wiele się zmieniło od chwili ich schwytania. Warunki w więzieniu stały się lżejsze, odkąd on i Gailet najwyraźniej nabrali większe go znaczenia dla tajemniczego planu Suzerena Poprawności.
I tak nienawidzę tego miejsca — pomyślał Fiben, gdy zszedł po betonowych schodach i skierował się poprzez zaniedbany ogród w stronę bramy wyjściowej. Roboty inwigilacyjne o zaawansowane konstrukcji obracały się powoli wokół osi w narożnikach muru. Blisko bramy Fiben napotkał szymskich strażników.
Irongrip nie był, na szczęście, obecny, lecz pozostali pełniący służbę nadzorowani nie byli bynajmniej życzliwsi, albowiem choć Gubru wciąż płacili im pensje, wyglądało na to, że ich panowie zdradzili ostatnio ich sprawę. Nie doszło do przewrotu w programie Wspomagania na Garthu, do nagłego odwrócenia eugenicznej piramidy.
Suzeren próbował znaleźć niedociągnięcia w sposobie, w jaki wspomaga się neoszympansy — pomyślał Fiben. — Musiało mu się jednak nie udać. W przeciwnym razie dlaczego przygotowywałby do swej ceremonii niebiesko- i białokartowego szyma — mnie i Gailet?
W gruncie rzeczy użycie nadzorowanych w charakterze oddziałów posiłkowych zaszkodziło w pewnym sensie najeźdźcom. Szymskiej populacji się to nie spodobało.
Fiben i odziani w zapinany na zamek błyskawiczny kombinezony strażnicy nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Obie strony dobrze rozumiały rytuał. On ich ignorował, a oni zwlekali tak długo, jak się odważyli, nie dając mu pretekstu do poskarżenia się. Pewnego razu, gdy klucznik zmitrężył zbyt wiele czasu, Fiben po prostu odwrócił się i pomaszerował z powrotem do środka. Nie musiał nawet nic mówić Sylvie. Podczas następnej zmiany tych strażników już nie było. Fiben nigdy już ich nie ujrzał.
Tym razem, pod wpływem impulsu, złamał tradycję i odezwał się:
— Fajna pogoda, nie?
Wyższy z nadzorowanych podniósł wzrok w zaskoczeniu. Coś w odzianym w kombinezon szenie wydało się nagle Fibenowi niesamowicie znajome, choć był pewien, że nigdy dotąd go nie widział.
— Co ty, wygłupiasz się? — Strażnik spojrzał w górę, na kłębiące się cumulonimbusy. Nadciągał zimny front. Deszcz nie mógł być zbyt daleko.
— Aha — Fiben uśmiechnął się. — Wygłupiam się. Tak naprawdę, to jak na mój gust jest zbyt słonecznie.
Strażnik obrzucił Fibena skwaszonym spojrzeniem i usunął się na bok. Brama otwarła się z piskiem i Fiben wyśliznął się w boczną ulicę przebiegającą między porośniętymi bluszczem murami. Ani on, ani Gailet nigdy nie widzieli nikogo ze swych sąsiadów. Zapewne mieszkające w okolicy szymy starały się nie rzucać w oczy bandzie Irongripa oraz czujnym nieziemskim robotom.
Zagwizdał i ruszył w stronę zatoki. Starał się ignorować unoszącą się w powietrzu kulę strażniczą, która podążała za nim w odległości metra, zawieszona również o metr nad jego głową. Gdy pierwszy raz wypuszczono go w podobny sposób, Fiben unikał mieszkalnych obszarów Port Helenia. Trzymał się bocznych zaułków i niemal całkowicie teraz porzuconej strefy przemysłowej. Teraz, choć nadal nie opuszczał się na centralne tereny handlowe, gdzie zbierały się wokół niego tłumy gapiów, nie uważał już, że musi całkowicie unikać spotykania kogokolwiek.
Wcześniej dostrzegał inne szymy, którym towarzyszyły kule strażnicze. Z początku myślał, że są to więźniowie, tacy jak on. Sze ny i szymki w ubraniach roboczych ustępowały strzeżonym szmom z drogi i omijały ich szerokim łukiem, podobnie jak jego.
Potem jednak zauważył różnice. Tamte eskortowane szymy miały na sobie piękne ubrania i zachowywały wyniosłą postawę. Soczewki kamer oraz broń ich kuł strażniczych były skierowane na zewnątrz a nie na tych, których strzegły.
To quislingowie — zdał sobie sprawę Fiben. Z zadowoleniem widział miny, z jakimi wielu szymskich obywateli spoglądało na tych wysokich rangą kolaborantów, gdy ci odwrócili się już plecami. Wyrażały one posępną, źle ukrywaną pogardę.
Później, gdy wrócił na kwaterę, wypisał przez szablon z tyłu swej parki dumne litery: W-I-Ę-Z-I-E-Ń. Od tej chwili spojrzenia, które za nim podążały, były mniej oziębłe. Stały się pełne ciekawość a może nawet szacunku.
Kula nie była zaprogramowana tak, by pozwolić mu rozmawia z innymi. Pewnego razu, gdy jakaś szymka upuściła na jego drodze złożoną kartkę papieru, Fiben zbadał granice tolerancji maszyn w ten sposób, że schylił się, by podnieść kartkę…
Przebudził się w jakiś czas później, unieruchomiony przez kuli w drodze powrotnej do więzienia. Upłynęło kilka dni, zanim ponownie pozwolono mu wyjść.
Nie szkodzi. Warto było to zrobić. Wiadomość o tym epizodzie rozeszła się szeroko. Teraz szeny i szymki kiwały do niego głowami, gdy mijał wystawy sklepów i długie kolejki po racje. Niektórzy nawet przekazywali mu krótkie, dodające otuchy sygnały w język migowym.
Nie wypaczyli nas — pomyślał z dumą Fiben. Garstka zdrajców nie miała właściwie znaczenia. Liczyło się to, jak zachowywał się dany lud jako całość. Fiben przypominał sobie, że czytał, iż podczas najstraszniejszej z dawnych, przedkontaktowych wojen światowych na Ziemi, obywatele małego państwa zwanego Danią oparli się wszelkim wysiłkom nazistowskich zdobywców, którzy chcieli ich zdehumanizować. Nie pozwolili na to i zachowywali się zdumiewająco godnie i przyzwoicie. Opowieść owa godna była tego, by stać się źródłem inspiracji.