Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
Był to ostatni z łańcucha małych zbiorników odległych od jaskiń o kilka kilometrów. Przy pracy Athaclena koncentrowała się i starannie prowadziła notatki. Wiedziała, że brak jej naukowego wyszkolenia i musi to nadrobić skrupulatnością. Niemniej jej proste eksperymenty zaczęły już przynosić obiecujące rezultaty. Jeśli jej asystenci wrócą na czas z sąsiedniej doliny, przynosząc dane, po które ich wysłała, może zdoła uzyskać coś ważnego, co będzie mogła pokazać majorowi Prathachulthornowi.
Mogę wyglądać jak dziwoląg, ale nadal jestem Tymbrimką! Dowiodę mojej użyteczności, nawet jeśli Ziemianie nie uważają mnie za wojownika.
Jej koncentracja była tak intensywna, a cisza panująca w lesie tak głęboka, że słowa, które się nagle rozległy, zabrzmiały jak uderzenie gromów.
— A więc tutaj jesteś, Clennie! Wszędzie cię szukałem. Athaclena odwróciła się nagle, omal nie wylewając z fiolki płynu koloru umbry. Nagle przytłoczyło ją wrażenie, że otaczające ją ze wszystkich stron pnącza są siecią utkaną po to, by ją schwytać. Jej puls zabił mocniej przez ułamek sekundy, którego potrzebowała, by rozpoznać Roberta. Młodzieniec spoglądał na nią z góry z wyginającego się w łuk korzenia gigantycznego prawiedębu.
Miał na sobie mokasyny, miękki, skórzany kaftan oraz bryczesy. Łuk i kołczan na jego plecach sprawiały, że wyglądał jak bohater jednego z tych starożytnych romansów dzikusów, które matka czytała Athaclenie, gdy ta była jeszcze dzieckiem. Odzyskanie spokoju zajęło jej więcej czasu niż by tego pragnęła.
— Robercie, przestraszyłeś mnie. Zaczerwienił się.
— Przepraszam. Nie chciałem.
Wiedziała, że nie jest to całkiem prawda. Osłona psioniczna Roberta była lepsza niż poprzednio i odczuwał on wyraźną dumę z powodu tego, że zdołał zbliżyć się do niej nie zauważony. Prosta, lecz wyraźna wersja kiniwiillun zamigotała jak chochlik nad jego głową. Gdy Athaclena przymrużyła oczy, mogła sobie niemal wyobrazić, że stoi tam młody tymbrimski mężczyzna…
Zadrżała. Zdecydowała już, że nie może sobie na to pozwolić.
— Chodź tu i usiądź, Robercie. Opowiedz, co ostatnio robiłeś. Trzymając się pobliskiego pnącza, opuścił się lekko na usianą liśćmi glebę i podszedł do miejsca, gdzie obok ciemnej sadzawki leżała otwarta skrzynka doświadczalna Athacleny. Robert zdjął z pleców łuk oraz kołczan i usiadł na ziemi po turecku.
— Szukałem jakiegoś sposobu, żeby być użytecznym — wzruszył ramionami. — Prathachulthorn przestał już wyciągać ze mnie informacje i chce teraz, bym stał się czymś w rodzaju otoczonego lipną chwałą oficera od morale szymów. — Jego głos stał się wyższy o ćwierć oktawy, gdy Robert naśladował południowoazjatycki akcent oficera Terrageńskiej Piechoty Morskiej: — „Musimy podnieść na duchu naszych małych przyjaciół, Oneagle. Spraw, żeby poczuli, iż są ważni dla ruchu oporu!”
Athaclena skinęła głową. Rozumiała nie wypowiedziany sens słów Roberta. Mimo dotychczasowych sukcesów partyzantów, Prathachulthorn najwyraźniej uważał szymy za zbyteczne, a w najlepszym razie nadające się do wykorzystania tylko do dywersji lub czarnej roboty. Rola łącznika z dziecinnymi podopiecznymi wydawała się odpowiednią fuchą dla niedostatecznie wyszkolonego i zapewnię również rozpieszczonego syna Koordynatora Planetarnego.
— Myślałam, że Prathachulthornowi spodobał się twój pomysł, by użyć przeciwko Gubru bakterii trawiennych — powiedziała.
Robert prychnął pogardliwie. Podniósł z ziemi gałązkę i zaczął owijać ją sobie zgrabnie wokół palców.
— Och, przyznał, że to intrygujące, iż mikroby z wnętrzności goryli rozpuszczają gubryjskie pancerze. Zgodził się wyznaczyć Benjamina i niektórych szymskich techników do mojego projektu.
Athaclena usiłowała prześledzić mroczny układ jego uczuć.
— Czy porucznik McCue nie pomogła ci go przekonać? Robert odwrócił wzrok na wspomnienie o młodej Ziemiance. Jego osłona zasunęła się w tej samej chwili, co potwierdziło niektóre z podejrzeń Athacleny.
— Lydia pomogła, to fakt. Ale Prathachulthorn mówi, że będzie niemożliwe dostarczenie odpowiedniej ilości bakterii do ważnych gubryjskich instalacji, zanim najeźdźcy je wykryją i zneutralizują. Nadal mam wrażenie, iż uważa to za sprawę marginalną, o co najwyżej niewielkiej użyteczności dla jego głównego projektu.
— Czy masz jakieś pojęcie, co on planuje?
— Uśmiecha się i mówi, że zakrwawi ptakom dzioby. Wywiad doniósł o jakiejś wielkiej konstrukcji, którą Gubru wznoszą na południe od Port Helenia. To może być dobry cel. Major nie chce jednak podać więcej szczegółów. Ostatecznie strategia i taktyka są dla zawodowców, rozumiesz? Zresztą nie przyszedłem tutaj, żeby rozmawiać o Prathachulthornie. Przyniosłem coś, co chcę ci pokazać — Robert sięgnął do środka i wydobył stamtąd jakiś przedmiot owinięty w materiał. Odwinął go. — Czy to ci coś przypomina?
Na pierwszy rzut oka wyglądało to na stos zmiętych szmat, z którego krawędzi zwisały pokryte węzłami sznurki. Gdy Athaclena przyjrzała się bliżej, trzymany przez Roberta na kolanach przedmiot wydał się jej podobny do jakiegoś wysuszonego grzyba. Robert złapał za największy węzeł, gdzie większość cienkich włókien łączyła się ze sobą, tworząc zbitą masę, i pociągnął za sznurki, aż błoniasty materiał rozwinął się całkowicie na łagodnym wietrze.
— To… to wydaje się znajome, Robercie. Powiedziałabym, że to mały spadochron, ale to coś w oczywisty sposób jest naturalne… jak gdyby pochodziło z jakiejś rośliny — potrząsnęła głową.
— Jesteś blisko. Spróbuj cofnąć się myślą o kilka miesięcy, Clennie, do pewnego dramatycznego dnia… którego, jak sądzę, żadne z nas nigdy nie zapomni.
Jego słowa były niezrozumiałe, lecz przebłyski empatii ożywiły jej wspomnienia.
— To? — Athaclena wskazała palcem na miękki, niemal przezroczysty materiał. — To pochodzi z bluszczu talerzowego?
— Zgadza się — Robert skinął głową. — Na wiosnę górne warstwy są gładkie i przypominają konsystencją gumę. Są tak sztywne, że można je odwrócić i jechać na nich jak na saniach…
— Jeśli ma się dobrą koordynację ruchów — zauważyła uszczypliwie Athaclena.
— Hmm, to fakt. Kiedy jednak nadchodzi jesień, górne warstwy usychają, aż wreszcie wyglądają tak — pomachał na wietrze oklapniętym, przypominającym spadochron talerzem, trzymając go za włókniste całuny. — Za kilka tygodni staną się jeszcze lżejsze.
Athaclena potrząsnęła głową.
— Pamiętam, że wyjaśniałeś mi, dlaczego tak jest. W ten sposób się rozmnażają, prawda?
— Zgadza się. Ten mały strąk z zarodnikami — Robert otworzył pięść, by ukazać niewielką kapsułkę leżącą w miejscu, gdzie spotykały się linie dłoni — unosi się na spadochronie na późnojesiennych wiatrach. Te przedmioty wypełniają niebo, sprawiając, że przez jakiś czas podróże powietrzne stają się niebezpieczne. W mieście wywołuje to niezły bałagan. Na szczęście, jak się zdaje, starożytne stworzenia, które zapylały bluszcz wyginęły podczas bururalskiego fiaska i niemal wszystkie strąki są bezpłodne. Gdyby tak nie było, to w tej chwili pewnie połowę Sindu porastałby już bluszcz talerzowy. Zwierzęta, które go zjadały, również od dawna są przeszłością.
— Fascynujące — Athaclena podążyła za drżeniem w aurze Roberta. — Masz odnośnie do nich jakieś plany, prawda? Robert ponownie złożył nośnik zarodników.
— Aha. A przynajmniej pomysł. Co prawda nie przypuszczam, żeby Prathachulthorn chciał mnie wysłuchać. Zbyt głęboko mnie już zaszufladkował, dzięki mojej matce.