Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 253
Перейти на страницу:

Zostawiłem wszystkie książki Cord. Nikt nie wziął ze sobą szpilu. Na dworze kłębiły się tumany śniegu. Nastawiłem grzałkę katalityczną na najniższy przepływ mocy, przy którym nie groziło mi zamarznięcie, założyłem ręce na piersi, oparłem nogi na plecaku, osunąłem się niżej na ławce i starałem się nie myśleć o tym, jak wolno płynie czas.

* * *

Miałem wrażenie, że minęły lata, odkąd ostatni raz zażywałem koncentowych wygód. Tymczasem teraz, na saniach, zapadłem w sen na jawie, w którym prawie widziałem otaczających mnie fraa i suur i słyszałem ich głosy. Zacząłem od Arsibalta, Lio i Jesry’ego, przeszedłem od nich do znacznie przyjemniejszego widoku Ali i wyobraziłem ją sobie w Sauncie Tredegarhu, o którym niewiele wiedziałem poza tym, że jest starszy i większy od naszego Saunta Edhara, cieszy się łagodniejszym klimatem, a sady i ogrody są w nim zieleńsze i bardziej pachnące. Musiałem ekstrapolować moją fantazję do czasów, w których przeżyłem tę podróż, znalazłem Orola i dotarłem do Tredegarha, gdzie wpuszczono mnie za bramę, zamiast odrzucić albo skazać na pięć lat samotności w towarzystwie Księgi. Rozprawiwszy się w ten sposób z formalnościami, wyobraziłem sobie wyśmienitą kolację w pięknym wiekowym refektarzu, w którym fraa i suur z całego świata pili za zdrowie moje i Ali (jakiś naprawdę świetny trunek) w uznaniu wagi naszych obserwacji w camera obscura. Sen na jawie przybrał następnie bardziej prywatny obrót, był długi spacer w odludnym ogrodzie… Zrobiłem się senny. Akcja nie rozwijała się zgodnie z moimi oczekiwaniami. Nie wiedziałem, która część mojego mózgu odpowiada za sny na jawie, ale zamierzała mnie ukoić i uśpić, nie zaś rozbudzić namiętność.

Nagły przechył sań otrzeźwił mnie i zorientowałem się, że przysnąłem.

Droga przez biegun wiodła szerokim przesmykiem. Dwie płyty tektoniczne zderzyły się tutaj i wypiętrzyły górski grzbiet, który trudno byłoby pokonać, gdyby nie został pogrzebany pod dwumilową lodową pokrywą. Mniej więcej przez ostatni dzień kontynent pod nami stopniowo się rozszerzał, a my cały czas trzymaliśmy się jego prawej (czyli zachodniej, odkąd jechaliśmy na południe) krawędzi — nie za blisko jednak, ponieważ nad samym brzegiem oceanu ciągnęły się strome góry. Między nimi i morzem znajdował się wąziutki pasek lądu, pokryty spływającymi z gór lodowcami obfitującymi w zdradzieckie szczeliny. Dlatego zaprzęg zachowywał kilkumilowy odstęp od gór, przemierzając płaskowyż oblany litym, stabilnym lodem. Na nim właśnie znajdował się port kolei lodowej. Drogi prowadziły z niego na południe — przez lody, tundrę i tajgę — i łączyły się z siecią dróg sięgającą aż do Morza Mórz. Pierwsza placówka na tej trasie była odległa o setki mil. Kierowcy takich zaprzęgów nie wyżyliby z przewożenia pasażerów na tak długie odległości, dlatego skręcali w prawo, na zachód, wymijali port kolejowy i przez jedną z trzech wciętych w góry przełęczy docierali do portów nad oceanem, do których od południa przypływały lodołamacze.

Cord, Sammann i Crade’owie mieli po prostu wsiąść do aportów i ruszyć z portu kolei lodowej na południe. Gdyby pogoda dopisała i pomniejsi przemytnicy wylegli na lód, mógłbym zapłacić jednemu z nich, żeby przewiózł mnie obok portu i wysadził na drodze kilka mil dalej, gdzie wsiadłbym do aportu Yula. Tymczasem czworo moich przyjaciół miało jechać dwa dni na południe, dotrzeć w rejony, gdzie panuje łagodniejszy klimat, tam odbić na zachód, przeciąć góry i dotrzeć do Mahshtu, portu macierzystego floty lodołamaczy. Ja powinienem przez ten czas opłacić rejs lodołamaczem albo jednym ze statków, który popłynie za nim w konwoju, i w ten sposób też trafić do Mahshtu. Tam byśmy się spotkali i w kilka dni dojechali nad Morze Mórz. Realizowałem zatem Plan B (Plan A zakładał objechanie portu kolejowego mniejszymi saniami), a prawdę powiedziawszy, nie omawialiśmy go szczegółowo, ponieważ nikt się nie spodziewał, że wejdzie w życie. Dręczyło mnie poczucie, że podjąłem decyzję zbyt pochopnie i pewnie zapomniałem o jakichś istotnych szczegółach, ale w ciągu dwóch pierwszych godzin spędzonych na saniach małego zaprzęgu miałem aż nadto czasu, żeby wszystko przemyśleć i dojść do wniosku, że będzie dobrze.

W każdym, razie kiedy poczułem, że sanie się przechylają, pomyślałem, że zbliżamy się do jednej z trzech przełęczy łączących płaskowyż w głębi lądu z nadmorską równiną. Sammann twierdził, że jedna z nich jest łagodniejsza i wygodniejsza od dwóch pozostałych, ale często schodzą na nią lawiny i kierowcy zaprzęgów nigdy nie potrafią przewidzieć, którędy pojadą następnego dnia. Starają się podejmować decyzję jak najpóźniej, w oparciu o wiadomości radiowe od innych przemytników. Ponieważ nasz kierowca jechał w osobnym pojeździe, zamknięty w wygodnej, ogrzewanej kabinie, nie miałem szans podsłuchać jego rozmów radiowych i zorientować się w sytuacji.

Po kilku godzinach sanie zaczęły zwalniać, aż w końcu zupełnie znieruchomiały. My — pasażerowie — przez dobrą minutę, jeśli nie dłużej, uczyliśmy się na nowo poruszać. Spojrzałem na zegarek i ze zdumieniem skonstatowałem, że jesteśmy w drodze już od szesnastu godzin. Musiałem przespać co najmniej osiem, może nawet dziesięć z nich; nic dziwnego, że cały zdrętwiałem. Brajj odrzucił połę materiału i wnętrze namiotu zalała powódź szarego światła, oślepiającego, chociaż pozbawionego wyraźnego źródła. Burza ucichła, śnieg przestał padać, tylko pokrywa chmur nadal się utrzymywała. Zatrzymaliśmy się na zboczu góry, ale w tym akurat miejscu podłoże było płaskie i w miarę poziome; domyślałem się, że stoimy chyba na jakiejś drodze dla sań, wspinającej się do wybranej przez kierowcę przełęczy.

Brajj nie zamierzał wysiadać. Kiedy wstałem i zrobiłem krok, żeby przestąpić nad jego wyciągniętymi nogami, powstrzymał mnie gestem. Chwilę później dobiegła nas seria głuchych łomotów od strony ciągnika, a potem głośny trzask pękającej lodowej skorupy, kiedy kierowca otworzył drzwi i wysiadł. Szczęknęły metalowe stopnie, skrzypnął śnieg pod butami. Brajj opuścił rękę i cofnął nogi: mogłem przejść. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, jak Sammann ostrzegał mnie, żebym nie schodził na lód, bo zostanę porzucony. Brajj, który podróżował tak nie pierwszy raz, dobrze wiedział, że nie należy schodzić z sań, dopóki kierowca nie wysiądzie z ciągnika.

W Osiemdziesiątym Trzecim zainwestowaliśmy w gogle. Ściągnąłem je teraz na oczy, wysiadłem z sań i stanąłem przy ciągniku obok obcego mężczyzny, który sikał na śnieg, pod górkę. Pomyślałem, że pewnie w ciągniku jest koja i kierowcy po prostu na zmianę prowadzą i śpią. I rzeczywiście, w tej właśnie chwili pierwszy kierowca wytknął na dwór rozespaną twarz, naciągnął gogle i wygramolił się ze środka. Zostawili otwarte drzwi, zapewne po to, żeby słyszeć radio, które z rzadka trzeszczało i wydawało dziwacznie modulowane dźwięki. Rozumiałem je na tyle, żeby się zorientować, że słyszę rozmowy innych kierowców o warunkach na przełęczach i o tym, kto gdzie jest, ale niewiele słyszałem konkretów. Kiedy radio rozbrzmiało jakimś wyraźniejszym głosem, obaj kierowcy znieruchomieli i wytężyli słuch.

Laro i Dag wysiedli z sań na drugą stronę, od dołu zbocza. Usłyszałem ich pokrzykiwania i ożywioną rozmowę, która chyba irytowała kierowców, bo utrudniała śledzenie zniekształconych transmisji.

1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)