Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 163
Перейти на страницу:

– Co? – powiedział Cayo Bermúdez. – Kontrmanifestacja zrobiła klapę, Molina?

– Nie więcej niż dwieście osób, don Cayo – powiedział Molina. – Pewnie im dali za dużo wódki. Uprzedzałem doktora Lamę, ale pan go zna. Pewnie się popili i zostali na targowisku. Dwie setki, nie więcej. Co teraz, don Cayo?

– No i znów mnie łapie – powiedział Trifulcio. – Przez tych skurwysynów, co wciąż palą. Znowu mi wraca, niech to diabli.

– Tylko wariat dawałby teraz sygnał – powiedział Ludovico. – Gdzie jest Hipólito? Nie widzisz gdzie mojego kumpla?

Ścisk, krzyki, dym z papierosów ubielił całą salę, na twarzach wystąpiły krople potu; ludzie zdejmowali marynarki, rozluźniali krawaty, cały teatr wrzeszczał: Wol-ność, Le-ga-li-za-cja. Trifulcio pomyślał ze strachem: znowu. Zamknął oczy, pochylił głowę, oddychał głęboko. Dotknął klatki piersiowej: biło mocno, znowu bardzo mocno. Ten pan w granatowym skończył mówić, słychać było trzask mikrofonu, ten w krawaciku na gumce poruszał rękami jak dyrygent przed orkiestrą.

– Trudno, wygrali – powiedział Cayo Bermúdez. – W takiej sytuacji niech pan lepiej wszystko odwoła, Molina.

– Spróbuję, ale nie wiem, czy to będzie możliwe, don Cayo – powiedział Molina. – Ludzie są tam, w środku, wątpię, żeby moje polecenie dotarło na czas. Na razie kończę, zadzwonię później, don Cayo.

Teraz przemawiał wysoki grubas, miał na sobie szare ubranie i chyba był z Arequipy, bo wszyscy skandowali jego nazwisko i pozdrawiali go machając rękami. Szybciej, pośpieszcie się, pomyślał Trifulcio, już nie wytrzymam, dlaczego on ciągle nie daje sygnału? Skulony na krześle, z półprzymknięty-mi oczyma, liczył sobie puls, ra-dwa, raz-dwa. Grubas podnosił ramiona, wymachiwał rękami, głos miał zachrypnięty.

– O j, teraz to mi bardzo niedobrze – powiedział Trifulcio. – Muszę iść na powietrze, proszę pana.

– Mam nadzieję, że nie będzie idiotą i nie da sygnału – szepnął Ludovico. – A jeżeli da, to my się nie ruszajmy. Będziemy siedzieć cicho, słyszysz, Murzynie?

– Zamknij się, milionerze! – zwalił się na nich z góry głos tego co dawał rozkazy. – Nie okłamuj ludzi! Niech żyje Odrla!

– No nareszcie, bo już się dusiłem. O, i zaraz gwizdek – powiedział Trifulcio wstając. – Niech żyje generał Odria!

– Wszystkich zamurowało, nawet tego co akurat trzymał mowę – powiedział Ludovico. – I tylko patrzyli na galerię.

W różnych miejscach rozległo się teraz Niech żyje Odria, grubas piskliwie wrzeszczał prowokatorzy, twarz mu zsiniała ze złości, a tymczasem okrzyki, szturchańce, głosy protestu zupełnie go zagłuszyły i burza chaosu spadła na teatr, wywracając wszystko na nice. Ludzie powstawali z miejsc, w głębi parteru zaczęła się szamotanina, sypały się wyzwiska, już tu i ówdzie się bili. Trifulcio, wyprostowany, ciężko dysząc, zaczął znowu krzyczeć: Niech żyje Odria! Ktoś z następnego rzędu chwycił go za ramię: prowokator! Uwolnił się od niego jednym szturchańcem i spojrzał na limańczyka: no, jazda. Ale Ludovico Pantoja skulił się nieruchomy jak mumia i patrzył na niego wytrzeszczonymi oczyma. Trifulcio złapał go za klapy, podniósł z krzesła: rusz się wreszcie, człowieku.

– Co miałem robić, już się wszyscy brali za łby – powiedział Ludovico. – Murzyn wyciągnął swój łańcuch i zaczął się przepychać do przodu, na scenę. Wyjąłem pistolet i dalej za nim. Razem z innymi dotarliśmy do pierwszego rzędu. A tam na nas czekali ci z opaskami.

Kilka osób ze sceny skoczyło ku wyjściu, inni patrzyli na porządkowych, a ci stali jeden przy drugim jak ściana i podniósłszy pałki czekali na tego wielkiego czarnucha i na dwóch innych, co biegli ku nim wymachując nad głową łańcuchami. Lać ich, Urondo, wrzasnął Trifulcio, lać ich, Téllez. Wymachiwał łańcuchem jak treser batem, i jeden z opaską, który stał najbliżej, wyciągnął pałkę i upadł na ziemię chwytając się za twarz. Naprzód, Murzynie, krzyknął Urondo, a Téllez: my ich powstrzymamy, Murzynie! Trifulcio zobaczył, że się rzucają na tych, co bronili schodków na scenę, i kręcąc młynka łańcuchem, ruszył w ich stronę.

– Oddzielili mnie od mojej pary i od reszty – powiedział Ludovico. – Między mną a nimi stali jak ściana tamci goryle. Załatwili już chyba z dziesięciu innych, a teraz co najmniej pięciu mnie otoczyło. Miałem pistolet, więc ich trzymałem na dystans, no i wołałem Hipólito, Hipólito. A potem to już był, bracie, koniec świata.

Z galerii posypały się granaty, podobne do brunatnych kamieni padały z suchym stukiem na krzesła parteru i na scenę i za chwilę już się z nich wznosiły spirale dymu. W ciągu kilku sekund powietrze zbielało, stało się ostre, gęsty, piekący opar zasłaniał walczące ciała. Rosnąca wrzawa, tarzający się ludzie, stukot łamanych krzeseł, odgłosy kaszlu, i Trifulcio przestał się bić. Poczuł, że ramiona mu opadają, łańcuch wyśliznął mu się z rąk, nogi się pod nim ugięły, a oczy, poprzez piekący obłok, zdołały dostrzec postacie ludzi, uciekających ze sceny z chustkami przy twarzy, i wtedy dołączyli się faceci z opaskami i zatkawszy sobie nosy zbliżali się do niego takimi ruchami, jakby płynęli. Nie mógł wstać, walił się pięścią w pierś, otwierał usta tak szeroko, jak tylko mógł. Nie czuł uderzeń, które zaczęły się sypać na niego. Powietrza, dusił się jak ryba, Tomasa, zdołał jeszcze pomyśleć.

– Oślepiło mnie – powiedział Ludovico. – A najgorsze, że się dusiłem, bracie. Zacząłem strzelać w powietrze. Nie zdawałem sobie sprawy, że to granaty z gazem, myślałem, że mnie podpalają tamci z tyłu.

– Gazy łzawiące w zamkniętym lokalu, wielu zabitych, dziesiątki rannych – powiedział senator Landa. – Czy trzeba więcej, Fermin? Tego Bermúdez nie wytrzyma, choćby miał siły za dziesięciu.

– I zaraz skończyła mi się amunicja – powiedział Ludovico. – Nie mogłem otworzyć oczu. Czułem, jak mi łeb pęka, i upadłem nieprzytomny. Ilu ich tam na mnie wskoczyło, mówię ci, Ambrosio.

– Doszło do jakichś incydentów, don Cayo – powiedział prefekt. – Owszem, zdaje się, że im rozpędzili ten mityng. Ludzie uciekali z teatru przerażeni.

– Policja zaczęła wkraczać do teatru – powiedział Molina. – Trochę strzelali. Nie, jeszcze nie wiem, czy są zabici, don Cayo.

– Nie wiem, jak długo to trwało, ale jak otworzyłem oczy, ten dym wciąż jeszcze był – powiedział Ludovico. – Czułem się, jakbym umarł, albo jeszcze gorzej. Cały we krwi, mówię ci, Ambrosio. No i patrzę, a tu ten pies Hipólito.

– No i co, pewnie też kopał tego twojego od pary? – zaśmiał się Ambrosio. – Albo zaczął im lizać tyłki. Popatrz, to z niego wcale nie taki chojrak, jakeśmy myśleli.

– Chodź tu, pomóż – krzyknął Ludovico. – Nic, jakby mnie nie znał. Kopał tego Murzyna, a tu nagle mnie zobaczyli ci inni, co tak szaleli razem z nim, i jak mi się nie zwalą na kark. Znowu kopniaki, znowu pałki. I wtedy, Ambrosio, to żem zemdlał drugi raz.

– Niech policja oczyści wszystkie ulice, panie prefekcie – powiedział Cayo Bermúdez. – Nie pozwólcie na żadną manifestację, zatrzymajcie wszystkich liderów Koalicji. Czy ma pan już listę ofiar? Są zabici?

– Ocknąłem się, a tu ciągle ten sam koszmar – powiedział Ludovico. – Teatr już był prawie pusty. Wszystko potrzaskane, wszędzie krew, ten mój Murzyn od pary w kałuży krwi. Twarzy to już zupełnie nie miał ten staruch, tak go zrobili. A naokoło leżeli faceci i kaszleli.

– Tak, wielka manifestacja na Placu Broni, don Cayo – powiedział Molina. – Prefekt rozmawia teraz z komendantem. Chyba to się na nic nie zda, don Cayo. Tam są tysiące ludzi.

– Bałwan z pana, proszę ich natychmiast rozpędzić – powiedział Cayo Bermúdez. – Czy pan nie rozumie, że po tym, co się stało, sprawa robi się groźna? Proszę mnie połączyć z komendantem. I zaraz oczyścić ulice, Molina.

1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)