Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Co? – powiedział Cayo Bermúdez. – Kontrmanifestacja zrobiła klapę, Molina?
– Nie więcej niż dwieście osób, don Cayo – powiedział Molina. – Pewnie im dali za dużo wódki. Uprzedzałem doktora Lamę, ale pan go zna. Pewnie się popili i zostali na targowisku. Dwie setki, nie więcej. Co teraz, don Cayo?
– No i znów mnie łapie – powiedział Trifulcio. – Przez tych skurwysynów, co wciąż palą. Znowu mi wraca, niech to diabli.
– Tylko wariat dawałby teraz sygnał – powiedział Ludovico. – Gdzie jest Hipólito? Nie widzisz gdzie mojego kumpla?
Ścisk, krzyki, dym z papierosów ubielił całą salę, na twarzach wystąpiły krople potu; ludzie zdejmowali marynarki, rozluźniali krawaty, cały teatr wrzeszczał: Wol-ność, Le-ga-li-za-cja. Trifulcio pomyślał ze strachem: znowu. Zamknął oczy, pochylił głowę, oddychał głęboko. Dotknął klatki piersiowej: biło mocno, znowu bardzo mocno. Ten pan w granatowym skończył mówić, słychać było trzask mikrofonu, ten w krawaciku na gumce poruszał rękami jak dyrygent przed orkiestrą.
– Trudno, wygrali – powiedział Cayo Bermúdez. – W takiej sytuacji niech pan lepiej wszystko odwoła, Molina.
– Spróbuję, ale nie wiem, czy to będzie możliwe, don Cayo – powiedział Molina. – Ludzie są tam, w środku, wątpię, żeby moje polecenie dotarło na czas. Na razie kończę, zadzwonię później, don Cayo.
Teraz przemawiał wysoki grubas, miał na sobie szare ubranie i chyba był z Arequipy, bo wszyscy skandowali jego nazwisko i pozdrawiali go machając rękami. Szybciej, pośpieszcie się, pomyślał Trifulcio, już nie wytrzymam, dlaczego on ciągle nie daje sygnału? Skulony na krześle, z półprzymknięty-mi oczyma, liczył sobie puls, ra-dwa, raz-dwa. Grubas podnosił ramiona, wymachiwał rękami, głos miał zachrypnięty.
– O j, teraz to mi bardzo niedobrze – powiedział Trifulcio. – Muszę iść na powietrze, proszę pana.
– Mam nadzieję, że nie będzie idiotą i nie da sygnału – szepnął Ludovico. – A jeżeli da, to my się nie ruszajmy. Będziemy siedzieć cicho, słyszysz, Murzynie?
– Zamknij się, milionerze! – zwalił się na nich z góry głos tego co dawał rozkazy. – Nie okłamuj ludzi! Niech żyje Odrla!
– No nareszcie, bo już się dusiłem. O, i zaraz gwizdek – powiedział Trifulcio wstając. – Niech żyje generał Odria!
– Wszystkich zamurowało, nawet tego co akurat trzymał mowę – powiedział Ludovico. – I tylko patrzyli na galerię.
W różnych miejscach rozległo się teraz Niech żyje Odria, grubas piskliwie wrzeszczał prowokatorzy, twarz mu zsiniała ze złości, a tymczasem okrzyki, szturchańce, głosy protestu zupełnie go zagłuszyły i burza chaosu spadła na teatr, wywracając wszystko na nice. Ludzie powstawali z miejsc, w głębi parteru zaczęła się szamotanina, sypały się wyzwiska, już tu i ówdzie się bili. Trifulcio, wyprostowany, ciężko dysząc, zaczął znowu krzyczeć: Niech żyje Odria! Ktoś z następnego rzędu chwycił go za ramię: prowokator! Uwolnił się od niego jednym szturchańcem i spojrzał na limańczyka: no, jazda. Ale Ludovico Pantoja skulił się nieruchomy jak mumia i patrzył na niego wytrzeszczonymi oczyma. Trifulcio złapał go za klapy, podniósł z krzesła: rusz się wreszcie, człowieku.
– Co miałem robić, już się wszyscy brali za łby – powiedział Ludovico. – Murzyn wyciągnął swój łańcuch i zaczął się przepychać do przodu, na scenę. Wyjąłem pistolet i dalej za nim. Razem z innymi dotarliśmy do pierwszego rzędu. A tam na nas czekali ci z opaskami.
Kilka osób ze sceny skoczyło ku wyjściu, inni patrzyli na porządkowych, a ci stali jeden przy drugim jak ściana i podniósłszy pałki czekali na tego wielkiego czarnucha i na dwóch innych, co biegli ku nim wymachując nad głową łańcuchami. Lać ich, Urondo, wrzasnął Trifulcio, lać ich, Téllez. Wymachiwał łańcuchem jak treser batem, i jeden z opaską, który stał najbliżej, wyciągnął pałkę i upadł na ziemię chwytając się za twarz. Naprzód, Murzynie, krzyknął Urondo, a Téllez: my ich powstrzymamy, Murzynie! Trifulcio zobaczył, że się rzucają na tych, co bronili schodków na scenę, i kręcąc młynka łańcuchem, ruszył w ich stronę.
– Oddzielili mnie od mojej pary i od reszty – powiedział Ludovico. – Między mną a nimi stali jak ściana tamci goryle. Załatwili już chyba z dziesięciu innych, a teraz co najmniej pięciu mnie otoczyło. Miałem pistolet, więc ich trzymałem na dystans, no i wołałem Hipólito, Hipólito. A potem to już był, bracie, koniec świata.
Z galerii posypały się granaty, podobne do brunatnych kamieni padały z suchym stukiem na krzesła parteru i na scenę i za chwilę już się z nich wznosiły spirale dymu. W ciągu kilku sekund powietrze zbielało, stało się ostre, gęsty, piekący opar zasłaniał walczące ciała. Rosnąca wrzawa, tarzający się ludzie, stukot łamanych krzeseł, odgłosy kaszlu, i Trifulcio przestał się bić. Poczuł, że ramiona mu opadają, łańcuch wyśliznął mu się z rąk, nogi się pod nim ugięły, a oczy, poprzez piekący obłok, zdołały dostrzec postacie ludzi, uciekających ze sceny z chustkami przy twarzy, i wtedy dołączyli się faceci z opaskami i zatkawszy sobie nosy zbliżali się do niego takimi ruchami, jakby płynęli. Nie mógł wstać, walił się pięścią w pierś, otwierał usta tak szeroko, jak tylko mógł. Nie czuł uderzeń, które zaczęły się sypać na niego. Powietrza, dusił się jak ryba, Tomasa, zdołał jeszcze pomyśleć.
– Oślepiło mnie – powiedział Ludovico. – A najgorsze, że się dusiłem, bracie. Zacząłem strzelać w powietrze. Nie zdawałem sobie sprawy, że to granaty z gazem, myślałem, że mnie podpalają tamci z tyłu.
– Gazy łzawiące w zamkniętym lokalu, wielu zabitych, dziesiątki rannych – powiedział senator Landa. – Czy trzeba więcej, Fermin? Tego Bermúdez nie wytrzyma, choćby miał siły za dziesięciu.
– I zaraz skończyła mi się amunicja – powiedział Ludovico. – Nie mogłem otworzyć oczu. Czułem, jak mi łeb pęka, i upadłem nieprzytomny. Ilu ich tam na mnie wskoczyło, mówię ci, Ambrosio.
– Doszło do jakichś incydentów, don Cayo – powiedział prefekt. – Owszem, zdaje się, że im rozpędzili ten mityng. Ludzie uciekali z teatru przerażeni.
– Policja zaczęła wkraczać do teatru – powiedział Molina. – Trochę strzelali. Nie, jeszcze nie wiem, czy są zabici, don Cayo.
– Nie wiem, jak długo to trwało, ale jak otworzyłem oczy, ten dym wciąż jeszcze był – powiedział Ludovico. – Czułem się, jakbym umarł, albo jeszcze gorzej. Cały we krwi, mówię ci, Ambrosio. No i patrzę, a tu ten pies Hipólito.
– No i co, pewnie też kopał tego twojego od pary? – zaśmiał się Ambrosio. – Albo zaczął im lizać tyłki. Popatrz, to z niego wcale nie taki chojrak, jakeśmy myśleli.
– Chodź tu, pomóż – krzyknął Ludovico. – Nic, jakby mnie nie znał. Kopał tego Murzyna, a tu nagle mnie zobaczyli ci inni, co tak szaleli razem z nim, i jak mi się nie zwalą na kark. Znowu kopniaki, znowu pałki. I wtedy, Ambrosio, to żem zemdlał drugi raz.
– Niech policja oczyści wszystkie ulice, panie prefekcie – powiedział Cayo Bermúdez. – Nie pozwólcie na żadną manifestację, zatrzymajcie wszystkich liderów Koalicji. Czy ma pan już listę ofiar? Są zabici?
– Ocknąłem się, a tu ciągle ten sam koszmar – powiedział Ludovico. – Teatr już był prawie pusty. Wszystko potrzaskane, wszędzie krew, ten mój Murzyn od pary w kałuży krwi. Twarzy to już zupełnie nie miał ten staruch, tak go zrobili. A naokoło leżeli faceci i kaszleli.
– Tak, wielka manifestacja na Placu Broni, don Cayo – powiedział Molina. – Prefekt rozmawia teraz z komendantem. Chyba to się na nic nie zda, don Cayo. Tam są tysiące ludzi.
– Bałwan z pana, proszę ich natychmiast rozpędzić – powiedział Cayo Bermúdez. – Czy pan nie rozumie, że po tym, co się stało, sprawa robi się groźna? Proszę mnie połączyć z komendantem. I zaraz oczyścić ulice, Molina.