Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 135
Перейти на страницу:

– Morze ognia, Redrak – powiedziałem ze złością. – Powtórka z przyszłych działań apokalipsy. Podoba ci się?

– W Rjomie mieszkała moja… – Redrak zająknął się -…kobieta. Zostałem ukarany, Siergiej. Nie uwierzyłem i zostałem ukarany.

– Po co przyszedłeś?

– Okazać posłuszeństwo.

Pokręciłem głową i podszedłem do Redraka. Ekran znikł, gdy się przybliżyłem.

– Czy ty to robisz specjalnie? – zapytałem. – Komplikujesz sytuację po to, żeby potem mieć co robić?

– Chciałem być… – Redrak na chwilę przymknął oczy, odetchnął-…silniejszy od ciebie. Stanąć wyżej niż ty, lordzie. Chciałem udowodnić, że nie jesteśmy gorsi od Siewców. Ludzie nazywają nas chronokolonistami. Jesteśmy niczym homunkulusy, marionetki. Ale jednak ludzie.

Teraz Redrak mówił po rosyjsku – nawet nie zauważyłem, kiedy zrezygnował ze standardu.

– Czy ja kiedykolwiek mówiłem, że Siewcy stoją wyżej niż ich potomkowie? – zapytałem, akcentując ostatnie słowo.

Redrak milczał.

– Odpowiadaj swojemu imperatorowi! – krzyknął Lans.

Redrak drgnął i powtórzył bezbarwnym głosem:

Jestem winien. Miałeś rację. Zostałem ukarany. Posłuszne mojemu pragnieniu, w powietrzu zmaterializowały się fotele. Światło przygasło, szklane przegrody utraciły przezroczystość.

– Redrak, nie mam pojęcia, co teraz zrobić – powiedziałem ze zmęczeniem. – Gdybyś usunął stąd swoich klientów, Fangowie dostaliby wydmuszkę zamiast planety. Bez zakładników Ar-Na-Tin nie jest nic wart. Ale teraz… Sprawdzałeś hipertunele?

– Naprowadzanie nie działa – odpowiedział bardzo cicho Redrak. – Hipertunele zostały przechwycone… na wszystkich wektorach…

– Naprowadź kanał na Rantori Ra – poleciłem – i wyślij przez hipertunel bombę ozonową. Z sekundowym zwolnieniem wybuchu.

Redrak podniósł wzrok i uśmiechnął się słabo.

– Taka sztuczka uda się tylko raz – mówiłem dalej. – Fangowie zaczną określać charakter przesyłanego ładunku. Ale będą mieli o jeden statek przechwytujący mniej.

Redrak bez słowa skinął głową.

– Co jeszcze możemy zrobić? – zapytałem. – W końcu to ty jesteś piratem… rozbójnikiem z kosmicznego traktu. Mów! Rozdać broń ludności?

– Już to robimy.

– Przygotowanie psychologiczne typu „umrzemy za ojczyznę, święta wojna, Fangowie zjadają niemowlęta”…

– Wszystkie media pękają od tego w szwach. – Redrak wzruszył ramionami. – Jedzą niemowlęta? Nieźle brzmi. Moi chłopcy podawali, że są wampirami, gwałcą ludzkie kobiety…

– Kastrują mężczyzn – ciągnąłem. – Niech twoi prorocy bardziej się postarają, jak wtedy, gdy zachwalali gry hazardowe… i produkcję niebieskiego pyłu.

Redrak znowu spuścił głowę.

– Armia – rozmyślałem na głos. – Nagrody, odznaczenia, premie, sto gramów dla każdego…

Lans uśmiechnął się sceptycznie.

– Sto rano i sto wieczorem – dokończyłem. – Spirytusu.

– Już to mają – oznajmił Lans.

– Przygotowanie podziemia, na wypadek gdybyśmy nie utrzymali planety.

– Załatwiamy – powiedział Redrak szybko, jakby próbując się zrehabilitować.

– Co jeszcze?

– Pomoc zewnętrzna. Połączyłem się z rządami moich planet. Wyślą statki.

– Doskonale. Będą jeszcze klenijskie… Domu Aler.

– Jeśli zdążymy zebrać wszystkie siły, nie wezmą nas tak łatwo – w głosie Redraka pojawiła się nikła nadzieja.

– Jak sądzisz? Zdążymy?

– Pierwsze statki przybędą za dziesięć, dwanaście godzin… Tylko Siewcy zdążyliby wcześniej. – Redrak zamilkł na chwilę. – Wątpię, kapitanie. Fangowie zaatakują nas za dwie, trzy godziny i postarają się przejąć Ar-Na-Tin do zachodu słońca. To kolejne sześć godzin. A gdy już zdobędą planetę, nie damy rady ich wykurzyć.

– Wyjaśnij sytuację swoim klientom. Rozdaj broń. Jeśli wśród nich są wojskowi, niech przyjdą do sztabu. Idź.

Redrak powlókł się do ściany, w której znowu pojawił się otwór.

– Stój! Redrak… Jeśli zobaczę, że nie zdołamy utrzymać planety, że twoi wysoko postawieni goście staną się zakładnikami, wydam Świątyni rozkaz aktywizowania bomby kwarkowej.

Redrak skamieniał.

– Nie możesz wydać takiego rozkazu, Siergiej – powiedział cicho, kręcąc głową.

– Mogę, ponieważ ja też będę na planecie. To będzie walka na śmierć i życie, Redrak.

Były pirat znikł. Popatrzyłem na Lansa.

– Nie mam prawa wydać takiego rozkazu – wyjaśniłem mu. – Szkoda, bo nie wahałbym się. Gdyby Fangowie mieli dyktować swoją wolę rządom najbardziej rozwiniętych planet… Lans, zostaw mnie na pół godziny. Chcę odpocząć.

Lans skinął głową, ale nie wyszedł.

– Siergiej, a co z pomocą Siewców?

– Jaką pomocą? Przecież sam dla nich pracowałeś. Siewcy chcą, żeby Fangowie i chronokolonie starły się w tym sektorze. Ziemia nam nie pomoże.

– Mówisz o kierownictwie – powiedział cicho Lans. – O Maccordzie i tych, którzy stoją za nim. A ja znam formacje bojowe Siewców od wewnątrz. Grupy desantowe, statki wsparcia…

– Bzdura! Dyscyplina wojskowa… – zacząłem i urwałem.

To wszystko było tak niedawno, najwyżej dziesięć lat temu… gwiżdżę na czas absolutny, mierzę życie swoimi godzinami. Góry tak piękne, że aż nierealne, że pragnie się zrzucić ciężką kamizelkę kuloodporną i wyciągnąć w ciepłym słońcu… Spróbuj zrzucić! Chyba że ci życie obrzydło…

Stoimy wokół człowieka w mundurze, który jeszcze żyje – niestety. Nie daj Boże, żeby lekarze uratowali tego okaleczonego, umęczonego, pozbawionego płci chłopaka, którego wezwano do wojska, żeby pogodził dwa wściekłe narody.

Pilot naszego helikoptera patrzy na porucznika. Ten odwraca wzrok. Mamy zakaz walki. Pognali nas na śmierć, na rzeź prezydenci i premierzy w wykrochmalonych koszulach, tak lubiący demonstrować swoje pokojowe zamiary pod lufami kamer telewizyjnych.

– To prowokacja… – odzywa się porucznik. A pilot, jakby nie słysząc, mówi:

– Trzy kilometry stąd jest wioska.

– Czyja? – nie wytrzymuje porucznik.

– Jednych albo drugich – odpowiada obojętnie pilot. – Podlecę i wystrzelę.

– Masz numer na boku, zobaczą…

– No to dokończycie za mnie.

Kamizelka już nie przytłacza, automat stał się przedłużeniem ręki. A rozkazy… od kiedy słuchają ich ci, którzy kroczą ramię w ramię ze śmiercią?

– Lans – przerwałem napływające wspomnienia – połącz się z kim możesz, wyjaśnij, co się dzieje. Niech będą obok, gdy się wszystko zacznie. Pewnie zbyt dużo zapomniałem.

Lans skinął głową i wyszedł. Błyskawicznie, nie czekając na rozkaz, światło zgasło, a z podłogi wysunęło się niskie, szerokie łóżko.

– Dziękuję – powiedziałem do ścian i położyłem się. – Muszę odpocząć… z godzinkę, nie więcej. Potem sprzątniesz.

Szedłem przez zamieć, po gładkim jak szkło lodzie bezkresnej równiny. Na horyzoncie pląsał purpurowy ogień. Płatki śniegu w jego świetle wydawały się czarne. A może takie właśnie były.

– Wiesz, gdzie jesteś?

Głos płynął z tyłu – cichy, dziwnie znajomy głos.

– Wiem – wyszeptałem. – Hejor. Epicentrum wybuchu cieplnego.

– Nie odwracaj się.

– Nie mam zamiaru. I tak wiem, kim jesteś, Obojętny.

Cisza, tylko słaby szelest śniegu. Dokąd ja idę? Po co? I jak znalazłem się na braterskiej mogile Hejora?

– Dlaczego nie mogę się odwrócić?

– Odpowiedź za odpowiedź.

– Dobrze. Dlaczego nie mogę się odwrócić?

1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)