Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 173
Перейти на страницу:

Zry­wa się z zie­mi, ma­cha mie­czem i wrzesz­czy. Od tego krzy­ku zie­mia drży, a czer­wo­ne błoc­ko za­czy­na pa­ro­wać, ale oni nie za­trzy­mu­ją się. Się­ga do wnę­trza i ude­rza bo­kiem, bez czer­pa­nia z Mocy ze­wnętrz­nej, przez wzo­ry, przez Wę­zeł... I nic. Jego atak omi­ja ich, roz­dzie­la się, spły­wa na boki.

Pa­trzy uważ­nie na naj­bliż­sze­go i w pierw­szej chwi­li nie ro­zu­mie tego, co wi­dzi. Ich Wzo­ry są znisz­czo­ne. Ich cia­ła po­kry­wa­ją krwa­we prę­gi, w miej­scach, gdzie zdar­li so­bie pasy skó­ry, wi­dać sine, sza­re i czer­wo­ne rany. Śla­dy po opa­rze­niach. Od­dzie­la­li po­kry­tą ta­tu­ażem skó­rę od ciał i przy­pa­la­li rany, żeby się nie wy­krwa­wić. Ro­bi­li to, nie ko­rzy­sta­jąc z Wę­zła, któ­ry mógł osła­bić ból, lecz któ­ry po­in­for­mo­wał­by go, co się dzie­je.

Zro­bi­li to, by go za­bić.

Bo­jo­wy szał wzbie­ra w nim nie­po­wstrzy­ma­ną fu­rią, ro­śnie, pęcz­nie­je i wy­bu­cha. Zry­wa się na nogi i rzu­ca na naj­bliż­sze­go, prze­ska­ku­jąc le­żą­ce w bło­cie tru­py. Krzy­żu­ją broń. Roz­mię­kłe błoc­ko prze­sta­je go spo­wal­niać, stą­pa jak po gład­kim pla­cu po­je­dyn­ko­wym. W chwi­li, gdy mie­cze po raz pierw­szy ca­łu­ją ostrza, uspo­ka­ja się, po­wstrzy­mu­je fu­rię, sił ma już mało, nie może ich tra­cić. Resz­ta na­past­ni­ków sta­je w miej­scach, two­rzy luź­ny krąg... za­tem po­sta­no­wi­li go znu­żyć se­rią po­je­dyn­ków. Boją się, że przy­ci­śnię­ty do muru uży­je ca­łej Mocy i znisz­czy wszyst­ko wo­kół.

Pa­trzy w oczy swo­je­go prze­ciw­ni­ka... We­rleh, Trze­cie Wo­jen­ne Ostrze. Nie ma w nim stra­chu, tyl­ko pod­szy­ta cier­pie­niem de­ter­mi­na­cja... i ból. Wy­mie­nia­ją se­rię cio­sów. Pierw­szą wol­no, jak­by do­pie­ro się pró­bo­wa­li, jak­by sta­wa­li do przy­ja­ciel­skie­go, ćwi­czeb­ne­go po­je­dyn­ku. Cio­sy idą sze­ro­ko, wol­no, są ła­twe do obro­ny i prze­wi­dy­wal­ne. Po­zwa­la na chwi­lę tam­te­mu na­rzu­cić taki styl, moż­na od­po­cząć, zła­pać od­dech, wy­czuć rytm prze­ciw­ni­ka. Cofa się o krok, cofa o na­stęp­ny. Za każ­dym ra­zem ata­ku­ją­cy waha się przez mgnie­nie oka, nim pój­dzie na­przód, jak­by nie mógł uwie­rzyć w to, co się dzie­je.

Za­trzy­mu­je się więc, cio­sy przy­spie­sza­ją, jęk kling pę­dzi ku ka­ska­dzie, w któ­rej nie da się już roz­róż­nić po­szcze­gól­nych dźwię­ków, roz­mi­go­ta­na za­sło­na sta­li ota­cza ich na chwi­lę, po czym nad po­lem po­je­dyn­ku wy­bu­cha wście­kły ryk. To on krzy­czy, wrza­skiem z głę­bi ser­ca, z po­ra­żo­nej bó­lem du­szy. Jego gniew ma bar­wę i smak lo­do­wa­tych pło­mie­ni, nie ma w nim miej­sca na li­tość. Za­bi­li ją! Roz­dar­li jej du­szę na strzę­py! Wszy­scy za­wie­dli! So­jusz­ni­cy! Fał­szy­wi przy­ja­cie­le! I on! Więc wszy­scy po­win­ni zgi­nąć! Cały świat po­wi­nien cier­pieć, aż na­wet ka­mie­nie za­czną krwa­wić, a mo­rze odzie­je się w szkar­łat!

A oni od­bie­ra­ją mu pra­wo do ze­msty!

Przy­spie­sza. Bije w prze­ciw­ni­ka z fu­rią, któ­rą tak na­praw­dę pie­lę­gno­wał na ten wła­śnie czas, spusz­cza ją ze smy­czy i na­gle musi zro­bić krok do przo­du, żeby nie stra­cić dy­stan­su, po­tem ko­lej­ny, i jesz­cze je­den. Nie pa­trzy w twarz wro­ga. Czu­je jego każ­dy mię­sień, każ­dą kość, każ­de drgnię­cie ręki, za­wa­ha­nie.

Przy­spie­sza jesz­cze, na­bie­ra tchu i ry­czy, aż świat zda­je się marsz­czyć i pę­kać. Ude­rza po­tęż­nie z góry, wią­że jego ostrze krót­kim młyn­kiem, do­ska­ku­je, ła­pie lewą ręką za wło­sy prze­ciw­ni­ka i przy­cią­ga jego twarz do sie­bie. Ude­rza czo­łem w nos. Śmie­je się na­gle, dzi­ko, jak sza­le­niec, ude­rza jesz­cze raz, ła­miąc kość po­licz­ko­wą, od­py­cha oszo­ło­mio­ne­go męż­czy­znę i sze­ro­kim, spek­ta­ku­lar­nym cio­sem od dołu roz­pru­wa go jak ofiar­ne zwie­rzę.

Krzyk.

Tym ra­zem cien­ki, ko­bie­cy, świ­dru­ją­cy uszy. I zło­dziej nie klę­czy już, lecz stoi na lek­ko ugię­tych no­gach, a miecz w jego ręku na­gle opa­da w dół, ostrze lepi się od krwi. I męż­czy­zna przed nim chwie­je się, twarz ma jak po ude­rze­niu ko­wal­skim mło­tem, nie jest już tym iro­nicz­nym la­lu­siem, po­wo­li opusz­cza broń i ła­pie się za brzuch. I to nic nie da, rana za­czy­na się tuż nad pra­wym bio­drem, a koń­czy na wy­so­ko­ści le­we­go ra­mie­nia, i ani kol­czu­ga, ani skó­rza­ny ka­ftan nie po­wstrzy­ma­ły ostrza. I Alt­sin skądś wie, że to do­bre cię­cie, śmier­tel­ne. I pa­trzy w oczy ba­ro­na i wi­dzi ten mo­ment, gdy jego du­sza od­cho­dzi, gdy ga­śnie w nich świa­do­mość. I szlach­cic jest mar­twy, za­nim pada na tra­wę.

– Ewen­net! Eeeeewen­net! – W polu wi­dze­nia po­ja­wia się ró­żo­wa, roz­ma­za­na pla­ma i ba­ro­no­wa do­pa­da cia­ła. Jest płacz, krzyk, ko­bie­ta na klęcz­kach pró­bu­je za­trzy­mać krew, de­spe­rac­ko tuli się do zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy.

Alt­sin po­pa­trzył na nią, na ra­zie nie­zdol­ny do zro­zu­mie­nia. A po­tem na­gle po­czuł się jak czło­wiek, któ­ry w sa­mym środ­ku sztor­mu wy­pa­da za bur­tę. I wszyst­kie ele­men­ty za­czę­ły do sie­bie pa­so­wać.

Dar­we­nia Le­wen­der, Bie­dron­ka. Ko­chan­ka San­we­sa – i ko­chan­ka Ewen­ne­ta-sek-Gre­sa. Tyl­ko ona wie­dzia­ła, że San­wes jest za­rów­no ba­wi­dam­kiem, jak i zło­dzie­jem, więc po­zna­ła ich ze sobą, by ba­ron zna­lazł od­po­wied­nie na­rzę­dzie do swo­ich pla­nów. I wspo­mnia­ła o mie­czu w brzu­chu San­we­sa, choć we­dług ofi­cjal­nej wer­sji, ba­ron rzu­cił się na za­bój­cę bez żad­nej bro­ni. Zdra­dzi­ła się wte­dy przy­pad­kiem. Och, za­brzę­cza­ło mu w gło­wie, dla­cze­go mia­ła­by się przy to­bie pil­no­wać? W koń­cu je­steś tyl­ko jesz­cze jed­nym zło­dzie­jem z Ni­skie­go Mia­sta. Ni­kim. Tak na­praw­dę przez cały czas oba­wia­ła się tyl­ko hra­bie­go, któ­ry – gdy­by znał jej rolę w tej ca­łej afe­rze – zmió­tł­by ją z po­wierzch­ni zie­mi. To dla­te­go wpu­ści­ła Alt­si­na do domu, bio­rąc go za po­słań­ca od Ter­le­acha. A po­tem na­wet nie mu­sia­ła go na­ma­wiać, by zja­wił się tu­taj z sa­kiew­ką, któ­ra jest je­dy­nym śla­dem łą­czą­cym ją i sek-Gre­sa z fik­cyj­nym za­ma­chem. Na­wet ubra­ła go w czerń, by po­je­dy­nek wy­glą­dał bar­dziej ma­low­ni­czo.

1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)