Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Zrywa się z ziemi, macha mieczem i wrzeszczy. Od tego krzyku ziemia drży, a czerwone błocko zaczyna parować, ale oni nie zatrzymują się. Sięga do wnętrza i uderza bokiem, bez czerpania z Mocy zewnętrznej, przez wzory, przez Węzeł... I nic. Jego atak omija ich, rozdziela się, spływa na boki.
Patrzy uważnie na najbliższego i w pierwszej chwili nie rozumie tego, co widzi. Ich Wzory są zniszczone. Ich ciała pokrywają krwawe pręgi, w miejscach, gdzie zdarli sobie pasy skóry, widać sine, szare i czerwone rany. Ślady po oparzeniach. Oddzielali pokrytą tatuażem skórę od ciał i przypalali rany, żeby się nie wykrwawić. Robili to, nie korzystając z Węzła, który mógł osłabić ból, lecz który poinformowałby go, co się dzieje.
Zrobili to, by go zabić.
Bojowy szał wzbiera w nim niepowstrzymaną furią, rośnie, pęcznieje i wybucha. Zrywa się na nogi i rzuca na najbliższego, przeskakując leżące w błocie trupy. Krzyżują broń. Rozmiękłe błocko przestaje go spowalniać, stąpa jak po gładkim placu pojedynkowym. W chwili, gdy miecze po raz pierwszy całują ostrza, uspokaja się, powstrzymuje furię, sił ma już mało, nie może ich tracić. Reszta napastników staje w miejscach, tworzy luźny krąg... zatem postanowili go znużyć serią pojedynków. Boją się, że przyciśnięty do muru użyje całej Mocy i zniszczy wszystko wokół.
Patrzy w oczy swojego przeciwnika... Werleh, Trzecie Wojenne Ostrze. Nie ma w nim strachu, tylko podszyta cierpieniem determinacja... i ból. Wymieniają serię ciosów. Pierwszą wolno, jakby dopiero się próbowali, jakby stawali do przyjacielskiego, ćwiczebnego pojedynku. Ciosy idą szeroko, wolno, są łatwe do obrony i przewidywalne. Pozwala na chwilę tamtemu narzucić taki styl, można odpocząć, złapać oddech, wyczuć rytm przeciwnika. Cofa się o krok, cofa o następny. Za każdym razem atakujący waha się przez mgnienie oka, nim pójdzie naprzód, jakby nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje.
Zatrzymuje się więc, ciosy przyspieszają, jęk kling pędzi ku kaskadzie, w której nie da się już rozróżnić poszczególnych dźwięków, rozmigotana zasłona stali otacza ich na chwilę, po czym nad polem pojedynku wybucha wściekły ryk. To on krzyczy, wrzaskiem z głębi serca, z porażonej bólem duszy. Jego gniew ma barwę i smak lodowatych płomieni, nie ma w nim miejsca na litość. Zabili ją! Rozdarli jej duszę na strzępy! Wszyscy zawiedli! Sojusznicy! Fałszywi przyjaciele! I on! Więc wszyscy powinni zginąć! Cały świat powinien cierpieć, aż nawet kamienie zaczną krwawić, a morze odzieje się w szkarłat!
A oni odbierają mu prawo do zemsty!
Przyspiesza. Bije w przeciwnika z furią, którą tak naprawdę pielęgnował na ten właśnie czas, spuszcza ją ze smyczy i nagle musi zrobić krok do przodu, żeby nie stracić dystansu, potem kolejny, i jeszcze jeden. Nie patrzy w twarz wroga. Czuje jego każdy mięsień, każdą kość, każde drgnięcie ręki, zawahanie.
Przyspiesza jeszcze, nabiera tchu i ryczy, aż świat zdaje się marszczyć i pękać. Uderza potężnie z góry, wiąże jego ostrze krótkim młynkiem, doskakuje, łapie lewą ręką za włosy przeciwnika i przyciąga jego twarz do siebie. Uderza czołem w nos. Śmieje się nagle, dziko, jak szaleniec, uderza jeszcze raz, łamiąc kość policzkową, odpycha oszołomionego mężczyznę i szerokim, spektakularnym ciosem od dołu rozpruwa go jak ofiarne zwierzę.
Krzyk.
Tym razem cienki, kobiecy, świdrujący uszy. I złodziej nie klęczy już, lecz stoi na lekko ugiętych nogach, a miecz w jego ręku nagle opada w dół, ostrze lepi się od krwi. I mężczyzna przed nim chwieje się, twarz ma jak po uderzeniu kowalskim młotem, nie jest już tym ironicznym lalusiem, powoli opuszcza broń i łapie się za brzuch. I to nic nie da, rana zaczyna się tuż nad prawym biodrem, a kończy na wysokości lewego ramienia, i ani kolczuga, ani skórzany kaftan nie powstrzymały ostrza. I Altsin skądś wie, że to dobre cięcie, śmiertelne. I patrzy w oczy barona i widzi ten moment, gdy jego dusza odchodzi, gdy gaśnie w nich świadomość. I szlachcic jest martwy, zanim pada na trawę.
– Ewennet! Eeeeewennet! – W polu widzenia pojawia się różowa, rozmazana plama i baronowa dopada ciała. Jest płacz, krzyk, kobieta na klęczkach próbuje zatrzymać krew, desperacko tuli się do zmasakrowanej twarzy.
Altsin popatrzył na nią, na razie niezdolny do zrozumienia. A potem nagle poczuł się jak człowiek, który w samym środku sztormu wypada za burtę. I wszystkie elementy zaczęły do siebie pasować.
Darwenia Lewender, Biedronka. Kochanka Sanwesa – i kochanka Ewenneta-sek-Gresa. Tylko ona wiedziała, że Sanwes jest zarówno bawidamkiem, jak i złodziejem, więc poznała ich ze sobą, by baron znalazł odpowiednie narzędzie do swoich planów. I wspomniała o mieczu w brzuchu Sanwesa, choć według oficjalnej wersji, baron rzucił się na zabójcę bez żadnej broni. Zdradziła się wtedy przypadkiem. Och, zabrzęczało mu w głowie, dlaczego miałaby się przy tobie pilnować? W końcu jesteś tylko jeszcze jednym złodziejem z Niskiego Miasta. Nikim. Tak naprawdę przez cały czas obawiała się tylko hrabiego, który – gdyby znał jej rolę w tej całej aferze – zmiótłby ją z powierzchni ziemi. To dlatego wpuściła Altsina do domu, biorąc go za posłańca od Terleacha. A potem nawet nie musiała go namawiać, by zjawił się tutaj z sakiewką, która jest jedynym śladem łączącym ją i sek-Gresa z fikcyjnym zamachem. Nawet ubrała go w czerń, by pojedynek wyglądał bardziej malowniczo.