Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Tak właśnie było i mógł przedstawić na to niejedno świadectwo. Wędrując przez równinę, jego oddział natknął się na kilka kronik takich karawan, spisanych porzuconymi wozami, tobołami i trupami. Zbadał sześć ciał, uwalniając tkwiące w nich dusze, i miał teraz w sobie ich wspomnienia. Wspomnienia mężczyzn, kobiet i dzieci. To, co czuli w ostatnich chwilach, mógłby nazwać ponurym fatalizmem, pogodzeniem się z losem, nad którym nie ma się żadnej władzy. Decyzja nie należała do nich, ale poszli. I umierali, ciesząc się na własny koniec. To było najdziwniejsze, ten spokój i ta radość, z jaką witano śmierć. Jakby dawno oczekiwaną, najlepszą przyjaciółkę.
Trzeba coś zrobić z tymi duszami. Wprowadzają zamęt, ich lamenty i jęki wypaczają Moc.
Klepie anh’ogiera po masywnym grzbiecie. Spokojnie, nie będziesz musiał tam jechać. Zwierzę rzuca łbem i próbuje go obrócić w stronę jeźdźca, ale pancerne płyty wrośnięte w szyję skutecznie mu to uniemożliwiają. Jeszcze jego dziadkowie byli zwykłymi końmi, lecz venleggowi naprawdę posiadali niezwykłe Moce. W dwa pokolenia zmienili konie w anh’ogiery, pokryte pancerzem bestie o połowę większe od normalnych wierzchowców. Ich piersi, boki, zady, szyje i nogi pokrywała kostno-chitynowa zbroja, którą ukształtowano tak, by jeździec nie potrzebował siodła ani uprzęży. Potężne płyty zachodziły półkoliście z boków, chroniąc nogi wojownika, a do kierowania zwierzęciem wystarczył lekki nacisk kolanami. To była broń doskonała, poruszająca się na czterech nogach machina zniszczenia. Szkoda tylko, że stworzenia takie nie potrafiły się same rozmnażać, rodziły się ze zwykłych matek i to tak, że klacz, rozrywana od środka, nie miała szans na przeżycie. Laal dostała szału, gdy zobaczyła pierwszego anh’ogiera i zrozumiała, co zrobiono jej ukochanym koniom. Zrodzone z jej gniewu burze spowodowały trąby powietrzne, które spustoszyły setki obozów venleggowi. A za wiatrem przybyli jeźdźcy. Szaleni i dzicy jak ich bogini. Gdyby wtedy nie starł się z nią i nie zmusił do wycofania, być może a’Ove’teach musiałby przywołać całą Moc kaaf... Lepiej nie myśleć, jak by się to mogło skończyć.
Patrzy jeszcze raz na tonącą w strugach deszczu osadę.
Jej mieszkańcy się zbuntowali. Postanowili odrzucić powinność, sprzeciwić się jego woli. To było... szukał właściwego słowa... niewyobrażalne. Był ich panem, a oni rodzili się, żeby służyć. To jedyny sens i cel ich istnienia. Poddać się Woli. Ich sprzeciw... To tak, myśli, jakby własna dłoń odmówiła ci posłuszeństwa. Jakby własne oko przestało patrzeć tam, gdzie je kierujesz, i postanowiło zacząć własny żywot. Co zrobisz w takim przypadku?
Odetniesz dłoń. Wyłupisz oko.
Zbliża się jeden ze zwiadowców. Nie musi nic mówić, Węzeł tętni, po chwili obrazy i wiedza, jaką zdobył wojownik, są już jego. W osadzie znajduje się mniej niż setka mieszkańców, część jest chora. Pozostało tylko kilku mężczyzn w sile wieku. Wiedzą, że jeśli opuszczą domy, mniej niż trzecia część z nich dotrze na ziemie, gdzie nie pada deszcz. Na wspólnej naradzie postanowili zostać i czekać. Przeważyło zdanie kobiet, matek. Głupie, czyż ludzie nie rodzą się po to, by umrzeć? Zwiadowca nie musi tłumaczyć, skąd wie o naradzie, w jego wspomnieniach jest cień schwytanego z zaskoczenia strażnika, młodego chłopaka, jest pracujący nóż, dławiony krzyk i czerwień rozcieńczana deszczem. Są też obrazy ostrokołu i wału. Ulewa wymyła już sporą część ziemi, odsłaniając drewnianą konstrukcję, wiele pali stoi krzywo, wystarczy zarzucić liny i większość się rozleci. W osadzie nie ma dość ludzi, by wygrać z deszczem.
Kiwa głową, zadowolony. Mógłby przywołać Moc i zmieść buntowników jednym gestem, ale takie sprawy należy załatwiać inaczej. Odwraca się do swoich ludzi. Trzydzieści naczyń czeka w gotowości.
– Co mamy robić, Panie? – Zwiadowca używa głosu, czym nieco go zaskakuje. Ale ten chłopak zawsze był niezależny, nawet po tym, gdy naznaczył go Węzeł.
– Zabijcie ich – odpowiada tak, by każdy usłyszał.
– Zabijcie wszystkich.
* * *
Obudził się tak, jak zwykł budzić się od kilku lat, gdy powoli przechodził ze świata snu do pełnej świadomości. Lecz dziś od razu wiedział, gdzie jest. Ponkee-Laa. Banlear, zwany również Kałużnikiem. Trzecia co do wielkości, najmłodsza dzielnica Niskiego Miasta. Miejsce tradycyjnie wiązane z ludźmi szukającymi szczęścia w metropolii. To tu najczęściej trafiali przybysze z prowincji, bakałarze, uzdrowiciele i rzemieślnicy pragnący znaleźć pracę w którymś z miejskich cechów, czarodzieje szukający protektora lub szansy na zostanie członkiem potężnej gildii, wędrowni artyści, najemne zabijaki, ubodzy szlachcice i olbrzymia masa ludzi bez zawodu i wykształcenia, mająca za cały majątek parę rąk do pracy, a za motywację pusty brzuch. Dobre miejsce. Na powrót.
Przez chwilę leżał nieruchomo, czując żelazisty posmak na języku i powoli odnajdując się we własnym ciele. Ten sen był łagodny, urywał się w odpowiednim momencie, oszczędzając mu scen rzezi. Były już takie, po których przez kilka nocy bał się zasnąć, wypełnione okrucieństwem, przy którym robota mistrza katowskiego wydaje się delikatną pieszczotą. Nie chodziło o bitwy, gdy tętniąca mu w żyłach Moc wiązała i rzucała do walki dziesiątki tysięcy wojowników, lecz o rzezie takie jak ta, której oglądania dziś mu oszczędzono. Sny o brnięciu w ziemi czerwonej od krwi bezbronnych, o martwych mężczyznach i kobietach, leżących wszędzie wokół. I o dzieciach, nie wiedzieć czemu, spojrzenie demona najczęściej przyciągały dzieci. To nieprawda, że dzieci umierają ładniej niż dorośli i sprawiają potem wrażenie, jakby spały, jakby sama Pani złożyła na ich czołach pocałunek. Te zakrwawione strzępy rzadko wyglądały jak pogrążone we śnie. Zwłaszcza jeśli wcześniej padł rozkaz, żeby zabijano je tak, by czuły, że umierają.