Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 173
Перейти на страницу:

Tak wła­śnie było i mógł przed­sta­wić na to nie­jed­no świa­dec­two. Wę­dru­jąc przez rów­ni­nę, jego od­dział na­tknął się na kil­ka kro­nik ta­kich ka­ra­wan, spi­sa­nych po­rzu­co­ny­mi wo­za­mi, to­bo­ła­mi i tru­pa­mi. Zba­dał sześć ciał, uwal­nia­jąc tkwią­ce w nich du­sze, i miał te­raz w so­bie ich wspo­mnie­nia. Wspo­mnie­nia męż­czyzn, ko­biet i dzie­ci. To, co czu­li w ostat­nich chwi­lach, mógł­by na­zwać po­nu­rym fa­ta­li­zmem, po­go­dze­niem się z lo­sem, nad któ­rym nie ma się żad­nej wła­dzy. De­cy­zja nie na­le­ża­ła do nich, ale po­szli. I umie­ra­li, cie­sząc się na wła­sny ko­niec. To było naj­dziw­niej­sze, ten spo­kój i ta ra­dość, z jaką wi­ta­no śmierć. Jak­by daw­no ocze­ki­wa­ną, naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę.

Trze­ba coś zro­bić z tymi du­sza­mi. Wpro­wa­dza­ją za­męt, ich la­men­ty i jęki wy­pa­cza­ją Moc.

Kle­pie anh’ogie­ra po ma­syw­nym grzbie­cie. Spo­koj­nie, nie bę­dziesz mu­siał tam je­chać. Zwie­rzę rzu­ca łbem i pró­bu­je go ob­ró­cić w stro­nę jeźdź­ca, ale pan­cer­ne pły­ty wro­śnię­te w szy­ję sku­tecz­nie mu to unie­moż­li­wia­ją. Jesz­cze jego dziad­ko­wie byli zwy­kły­mi koń­mi, lecz ven­leg­go­wi na­praw­dę po­sia­da­li nie­zwy­kłe Moce. W dwa po­ko­le­nia zmie­ni­li ko­nie w anh’ogie­ry, po­kry­te pan­ce­rzem be­stie o po­ło­wę więk­sze od nor­mal­nych wierz­chow­ców. Ich pier­si, boki, zady, szy­je i nogi po­kry­wa­ła kost­no-chi­ty­no­wa zbro­ja, któ­rą ukształ­to­wa­no tak, by jeź­dziec nie po­trze­bo­wał sio­dła ani uprzę­ży. Po­tęż­ne pły­ty za­cho­dzi­ły pół­ko­li­ście z bo­ków, chro­niąc nogi wo­jow­ni­ka, a do kie­ro­wa­nia zwie­rzę­ciem wy­star­czył lek­ki na­cisk ko­la­na­mi. To była broń do­sko­na­ła, po­ru­sza­ją­ca się na czte­rech no­gach ma­chi­na znisz­cze­nia. Szko­da tyl­ko, że stwo­rze­nia ta­kie nie po­tra­fi­ły się same roz­mna­żać, ro­dzi­ły się ze zwy­kłych ma­tek i to tak, że klacz, roz­ry­wa­na od środ­ka, nie mia­ła szans na prze­ży­cie. Laal do­sta­ła sza­łu, gdy zo­ba­czy­ła pierw­sze­go anh’ogie­ra i zro­zu­mia­ła, co zro­bio­no jej uko­cha­nym ko­niom. Zro­dzo­ne z jej gnie­wu bu­rze spo­wo­do­wa­ły trą­by po­wietrz­ne, któ­re spu­sto­szy­ły set­ki obo­zów ven­leg­go­wi. A za wia­trem przy­by­li jeźdź­cy. Sza­le­ni i dzi­cy jak ich bo­gi­ni. Gdy­by wte­dy nie starł się z nią i nie zmu­sił do wy­co­fa­nia, być może a’Ove’te­ach mu­siał­by przy­wo­łać całą Moc kaaf... Le­piej nie my­śleć, jak by się to mo­gło skoń­czyć.

Pa­trzy jesz­cze raz na to­ną­cą w stru­gach desz­czu osa­dę.

Jej miesz­kań­cy się zbun­to­wa­li. Po­sta­no­wi­li od­rzu­cić po­win­ność, sprze­ci­wić się jego woli. To było... szu­kał wła­ści­we­go sło­wa... nie­wy­obra­żal­ne. Był ich pa­nem, a oni ro­dzi­li się, żeby słu­żyć. To je­dy­ny sens i cel ich ist­nie­nia. Pod­dać się Woli. Ich sprze­ciw... To tak, my­śli, jak­by wła­sna dłoń od­mó­wi­ła ci po­słu­szeń­stwa. Jak­by wła­sne oko prze­sta­ło pa­trzeć tam, gdzie je kie­ru­jesz, i po­sta­no­wi­ło za­cząć wła­sny ży­wot. Co zro­bisz w ta­kim przy­pad­ku?

Ode­tniesz dłoń. Wy­łu­pisz oko.

Zbli­ża się je­den ze zwia­dow­ców. Nie musi nic mó­wić, Wę­zeł tęt­ni, po chwi­li ob­ra­zy i wie­dza, jaką zdo­był wo­jow­nik, są już jego. W osa­dzie znaj­du­je się mniej niż set­ka miesz­kań­ców, część jest cho­ra. Po­zo­sta­ło tyl­ko kil­ku męż­czyzn w sile wie­ku. Wie­dzą, że je­śli opusz­czą domy, mniej niż trze­cia część z nich do­trze na zie­mie, gdzie nie pada deszcz. Na wspól­nej na­ra­dzie po­sta­no­wi­li zo­stać i cze­kać. Prze­wa­ży­ło zda­nie ko­biet, ma­tek. Głu­pie, czyż lu­dzie nie ro­dzą się po to, by umrzeć? Zwia­dow­ca nie musi tłu­ma­czyć, skąd wie o na­ra­dzie, w jego wspo­mnie­niach jest cień schwy­ta­ne­go z za­sko­cze­nia straż­ni­ka, mło­de­go chło­pa­ka, jest pra­cu­ją­cy nóż, dła­wio­ny krzyk i czer­wień roz­cień­cza­na desz­czem. Są też ob­ra­zy ostro­ko­łu i wału. Ule­wa wy­my­ła już spo­rą część zie­mi, od­sła­nia­jąc drew­nia­ną kon­struk­cję, wie­le pali stoi krzy­wo, wy­star­czy za­rzu­cić liny i więk­szość się roz­le­ci. W osa­dzie nie ma dość lu­dzi, by wy­grać z desz­czem.

Kiwa gło­wą, za­do­wo­lo­ny. Mógł­by przy­wo­łać Moc i zmieść bun­tow­ni­ków jed­nym ge­stem, ale ta­kie spra­wy na­le­ży za­ła­twiać ina­czej. Od­wra­ca się do swo­ich lu­dzi. Trzy­dzie­ści na­czyń cze­ka w go­to­wo­ści.

Co mamy ro­bić, Pa­nie? – Zwia­dow­ca uży­wa gło­su, czym nie­co go za­ska­ku­je. Ale ten chło­pak za­wsze był nie­za­leż­ny, na­wet po tym, gdy na­zna­czył go Wę­zeł.

Za­bij­cie ich – od­po­wia­da tak, by każ­dy usły­szał.

– Za­bij­cie wszyst­kich.

* * *

Obu­dził się tak, jak zwykł bu­dzić się od kil­ku lat, gdy po­wo­li prze­cho­dził ze świa­ta snu do peł­nej świa­do­mo­ści. Lecz dziś od razu wie­dział, gdzie jest. Pon­kee-Laa. Ban­le­ar, zwa­ny rów­nież Ka­łuż­ni­kiem. Trze­cia co do wiel­ko­ści, naj­młod­sza dziel­ni­ca Ni­skie­go Mia­sta. Miej­sce tra­dy­cyj­nie wią­za­ne z ludź­mi szu­ka­ją­cy­mi szczę­ścia w me­tro­po­lii. To tu naj­czę­ściej tra­fia­li przy­by­sze z pro­win­cji, ba­ka­ła­rze, uzdro­wi­cie­le i rze­mieśl­ni­cy pra­gną­cy zna­leźć pra­cę w któ­rymś z miej­skich ce­chów, cza­ro­dzie­je szu­ka­ją­cy pro­tek­to­ra lub szan­sy na zo­sta­nie człon­kiem po­tęż­nej gil­dii, wę­drow­ni ar­ty­ści, na­jem­ne za­bi­ja­ki, ubo­dzy szlach­ci­ce i ol­brzy­mia masa lu­dzi bez za­wo­du i wy­kształ­ce­nia, ma­ją­ca za cały ma­ją­tek parę rąk do pra­cy, a za mo­ty­wa­cję pu­sty brzuch. Do­bre miej­sce. Na po­wrót.

Przez chwi­lę le­żał nie­ru­cho­mo, czu­jąc że­la­zi­sty po­smak na ję­zy­ku i po­wo­li od­naj­du­jąc się we wła­snym cie­le. Ten sen był ła­god­ny, ury­wał się w od­po­wied­nim mo­men­cie, oszczę­dza­jąc mu scen rze­zi. Były już ta­kie, po któ­rych przez kil­ka nocy bał się za­snąć, wy­peł­nio­ne okru­cień­stwem, przy któ­rym ro­bo­ta mi­strza ka­tow­skie­go wy­da­je się de­li­kat­ną piesz­czo­tą. Nie cho­dzi­ło o bi­twy, gdy tęt­nią­ca mu w ży­łach Moc wią­za­ła i rzu­ca­ła do wal­ki dzie­siąt­ki ty­się­cy wo­jow­ni­ków, lecz o rze­zie ta­kie jak ta, któ­rej oglą­da­nia dziś mu oszczę­dzo­no. Sny o brnię­ciu w zie­mi czer­wo­nej od krwi bez­bron­nych, o mar­twych męż­czy­znach i ko­bie­tach, le­żą­cych wszę­dzie wo­kół. I o dzie­ciach, nie wie­dzieć cze­mu, spoj­rze­nie de­mo­na naj­czę­ściej przy­cią­ga­ły dzie­ci. To nie­praw­da, że dzie­ci umie­ra­ją ład­niej niż do­ro­śli i spra­wia­ją po­tem wra­że­nie, jak­by spa­ły, jak­by sama Pani zło­ży­ła na ich czo­łach po­ca­łu­nek. Te za­krwa­wio­ne strzę­py rzad­ko wy­glą­da­ły jak po­grą­żo­ne we śnie. Zwłasz­cza je­śli wcze­śniej padł roz­kaz, żeby za­bi­ja­no je tak, by czu­ły, że umie­ra­ją.

1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)