Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 173
Перейти на страницу:

Ukło­nił się ni­sko, przy­ci­ska­jąc lewą dłoń do ser­ca, bo ka­pi­tan mit­tar­skiej ga­le­ry wła­śnie tak by się za­cho­wał.

– Ba­ron Ewen­net-sek-Gres – po­wie­dział gło­śno, by nie było wąt­pli­wo­ści, że wie, z kim ma do czy­nie­nia. – Czu­ję się za­szczy­co­ny.

Mło­dy szlach­cic do­pie­ro te­raz prze­niósł wzrok na Fer­le­sa-gur-Do­re­sa.

– Gur-Do­res.

– Sek-Gres.

Wy­mó­wi­li na­zwi­ska nie­mal szep­tem, od­ru­cho­wo co­fa­jąc się o pół kro­ku i sta­jąc w po­zy­cji szer­mier­czej, lewa noga z tyłu, ko­la­na lek­ko ugię­te, ręce opusz­czo­ne. Gdy­by nie za­kaz no­sze­nia bro­ni, Alt­sin za­raz spo­dzie­wał­by się szczę­ku kling.

– Sy­no­wie za­cho­ro­wa­li, jak sły­sza­łem – ba­ron mó­wił ci­cho i spo­koj­nie. – Ża­łu­ję. Z naj­star­szym chcia­łem po­roz­ma­wiać o po­ezji. Ten jego wier­szyk o szlach­cie spo­za mia­sta i kro­wich plac­kach wy­ma­ga kil­ku po­pra­wek. Być może mógł­bym mu udzie­lić jed­nej czy dwu lek­cji.

– Nie wąt­pię. I wy­ob­raź so­bie, ba­ro­nie, że Hen­ser rów­nież szcze­rze ża­łu­je swo­jej nie­dy­spo­zy­cji. Lecz uzna­łem, że zdro­wie jest waż­niej­sze niż pło­che roz­ryw­ki.

– Pło­che roz­ryw­ki? Dla szlach­ci­ca po­ezja jest rów­nie waż­na, jak wła­da­nie mie­czem.

– Dla ko­goś spo­za Pon­kee-Laa, przy­wy­kłe­go do ta­pla­nia się w bło­cie i wą­cha­nia – wy­bacz nie­zgrab­ne po­rów­na­nie, lecz sko­ro sam już o tym wspo­mnia­łeś, przy­sło­wio­wych kro­wich plac­ków – na pew­no. – Gur-Do­res wy­krzy­wił się nie­ład­nie. – Tu w sto­li­cy księ­stwa pa­trzy­my nie­co ina­czej na ta­kie spra­wy. Zaj­mu­je­my się in­ny­mi rze­cza­mi.

– Han­dlem? Kup­nem i sprze­da­żą so­lo­nych ryb? Ce­na­mi wę­dzo­nych dor­szy? To mają być za­ję­cia od­po­wied­nie dla szlach­ci­ca? Do­brze, że w cza­sie uciecz­ki im­pe­rial­nych urzęd­ni­ków miej­skie ar­chi­wum oca­la­ło nie­mal nie­na­ru­szo­ne i te­raz nie­mal nikt nie pod­wa­ża co naj­mniej dwu­dzie­stu po­ko­leń szla­chet­nych przod­ków rodu gur-Do­re­sów.

To dwu­krot­ne „nie­mal” było jak dwa po­licz­ki. Gur-Do­res przy­mknął na chwi­lę oczy. Gdy je otwo­rzył, wy­zie­ra­ła z nich czy­sta, lo­do­wa­ta nie­na­wiść. Lecz jego usta na­dal się uśmie­cha­ły, a głos ocie­kał sło­dy­czą i grzecz­no­ścią.

– W isto­cie. A jesz­cze więk­szym szczę­ściem jest to, że ar­chi­wa na pro­win­cji w ogó­le nie zo­sta­ły za­bra­ne ani znisz­czo­ne, jak sły­sza­łem.

– A na­wet gdy­by. – Młod­szy z ba­ro­nów wzru­szył ra­mio­na­mi. – Na pro­win­cji, czy­li w miej­scu, skąd wy­wo­dzą się wszyst­kie naj­star­sze szla­chec­kie rody, ta­kie jak hra­bio­wie Ter­le­acho­wie na przy­kład, ar­chi­wa nie są aż tak waż­ne. Tam po pro­stu wszy­scy zna­ją się od po­ko­leń i nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, kto z ja­kiej ro­dzi­ny po­cho­dzi.

Alt­sin zdał so­bie na­gle spra­wę, że broń inna niż spoj­rze­nia, lek­ce­wa­żą­ce ge­sty, iro­nia i alu­zje wca­le nie jest tu po­trzeb­na. Ci dwaj to­czy­li po­je­dy­nek rów­nie wi­do­wi­sko­wy, jak ten, w któ­rym świsz­czą ostrza i leje się krew. Cio­sy, pa­ra­dy, kon­try i uni­ki. A całe przed­sta­wie­nie przy­cią­gnę­ło już wi­dow­nię, zło­dziej na­gle zna­lazł się w ja­skra­wym, pa­ste­lo­wym tłu­mie, któ­ry oto­czył obu męż­czyzn. Po­je­dy­nek czer­ni i bie­li. Ich bo­ha­ter, ulu­bie­niec wła­śnie wy­ko­nu­je cios ła­ski na gło­wie rodu gur-Do­re­sów, po­cząw­szy od tego, że oka­zu­je lek­ce­wa­że­nie, igno­ru­jąc go i wi­ta­jąc się wpierw z ja­kimś nie­zna­nym Mit­tar­czy­kiem, su­ge­ru­je tchó­rzo­stwo syna, a skoń­czyw­szy na pod­wa­ża­niu szla­chet­no­ści rodu. Wkrót­ce za­pew­ne za­kwe­stio­nu­je też za­sad­ność za­sia­da­nia w Ra­dzie Mia­sta. Fer­les-gur-Do­res mu­siał za­pew­ne ża­ło­wać, że po­rzu­cił ochro­nę, jaką za­pew­nia­ło mu to­wa­rzy­stwo na­wet garst­ki przy­ja­ciół i krew­nych, od któ­rych się od­da­lił...

– I jak się panu po­do­ba na­sze mia­sto, ka­pi­ta­nie? – py­ta­nie pa­dło nie­spo­dzie­wa­nie, jak­by Ewen­net-sek-Gres w jed­nej chwi­li za­po­mniał o swo­im prze­ciw­ni­ku. Trud­no było le­piej wy­ra­zić lek­ce­wa­że­nie roz­mów­cy. Alt­sin doj­rzał na twa­rzy star­sze­go szlach­ci­ca nie­do­wie­rza­nie zmie­sza­ne z wście­kło­ścią.

– Nie od­wra­caj się do mnie ple­ca­mi, sek-Gres... – wy­sy­czał.

– Wy­star­czy. – Blon­dyn uśmiech­nął się lek­ko. – Jak mó­wią, sta­ra szlach­ta ni­g­dy nie wy­mie­ni imie­nia oso­by nie­lu­bia­nej czy swo­je­go wro­ga, ale tak osten­ta­cyj­ne pod­kre­śla­nie swo­je­go szla­chec­twa może spro­wo­ko­wać py­ta­nie, co wła­ści­wie chcesz ukryć, gur-Do­res. W tej chwi­li mam ocho­tę po­roz­ma­wiać z ka­pi­ta­nem Klan­nem, gur-Do­res. Je­śli jed­nak po­czu­łeś się ura­żo­ny moim za­cho­wa­niem, jest spo­sób, by­śmy roz­wią­za­li to jak lu­dzie ho­no­ru. Oczy­wi­ście będę wię­cej niż usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, je­śli przy­ślesz w za­stęp­stwie naj­star­sze­go syna. Jego wier­sze są tak kiep­skie, że z przy­jem­no­ścią wy­świad­czę świa­tu przy­słu­gę, ucząc go na­le­ży­te­go sza­cun­ku do po­ezji.

Więk­szość obec­nych par­sk­nę­ła śmie­chem, a wo­kół Fer­le­sa-gur-Do­re­sa zna­la­zło się na­gle kil­ku mło­dych męż­czyzn w stro­jach po­zba­wio­nych mo­no­gra­mów. Star­szy szlach­cic zo­stał spraw­nie, lecz grzecz­nie od­pro­wa­dzo­ny w kąt, do resz­ty ro­dzi­ny.

– Za­ufa­ni hra­bie­go, zwró­cił pan już na nich uwa­gę, ka­pi­ta­nie? Krę­cą się po sali. Od dwóch mie­się­cy za­wsze to­wa­rzy­szą go­spo­da­rzo­wi, lecz z ni­kim nie roz­ma­wia­ją i nie na­wią­zu­ją żad­nych zna­jo­mo­ści. Taka nie­ofi­cjal­na straż oso­bi­sta. Co pan są­dzi o tym zwy­cza­ju?

– Po­dob­no na po­łu­dniu Me­ekha­nu każ­dy szlach­cic, a na­wet bo­ga­ty ku­piec, cho­dzi z wła­snym straż­ni­kiem, któ­ry w ra­zie po­trze­by sta­je za nie­go do po­je­dyn­ku.

Blon­dyn uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Ja też o tym sły­sza­łem. I dla­te­go wła­śnie Im­pe­rium musi upaść. Kraj, w któ­rym szlach­ta, kwiat i ko­ro­na spo­łecz­no­ści, boi się o wła­sną skó­rę, jest ska­za­ny na klę­skę. Zwłasz­cza je­śli bo­go­wie ob­da­rza­ją­cy wo­jen­nym szczę­ściem nie znaj­du­ją w nim na­le­ży­te­go sza­cun­ku. Pani Woj­ny, Pan Bi­tew, Wład­ca To­po­ra. Wszy­scy mają w Me­ekha­nie swo­je świą­ty­nie, lecz są one małe i skrom­ne. Zbyt małe i skrom­ne, moim zda­niem. A jak to wy­glą­da w Ar-Mit­tar? Re­agwyr za­jął już tam na­leż­ne mu miej­sce? Alt­sin uśmiech­nął się i uniósł brwi. Gdzieś w polu wi­dze­nia prze­pły­nę­ła pla­ma różu, lecz ba­ro­no­wa naj­wy­raź­niej nie mo­gła mu po­móc.

– W ja­kim sen­sie?

– No jak to? Py­tam, czy po­dob­nie jak w Pon­kee-Laa Świą­ty­nia Pana Bi­tew zy­sku­je co roku tak licz­ne za­stę­py no­wych wy­znaw­ców.

– Je­stem ma­ry­na­rzem, ba­ro­nie. – Zło­dziej zro­bił unik. – Bar­dziej niż na Re­agwy­rze po­le­gam na opie­ce Ganr i Aelur­di.

1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)