Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Ukłonił się nisko, przyciskając lewą dłoń do serca, bo kapitan mittarskiej galery właśnie tak by się zachował.
– Baron Ewennet-sek-Gres – powiedział głośno, by nie było wątpliwości, że wie, z kim ma do czynienia. – Czuję się zaszczycony.
Młody szlachcic dopiero teraz przeniósł wzrok na Ferlesa-gur-Doresa.
– Gur-Dores.
– Sek-Gres.
Wymówili nazwiska niemal szeptem, odruchowo cofając się o pół kroku i stając w pozycji szermierczej, lewa noga z tyłu, kolana lekko ugięte, ręce opuszczone. Gdyby nie zakaz noszenia broni, Altsin zaraz spodziewałby się szczęku kling.
– Synowie zachorowali, jak słyszałem – baron mówił cicho i spokojnie. – Żałuję. Z najstarszym chciałem porozmawiać o poezji. Ten jego wierszyk o szlachcie spoza miasta i krowich plackach wymaga kilku poprawek. Być może mógłbym mu udzielić jednej czy dwu lekcji.
– Nie wątpię. I wyobraź sobie, baronie, że Henser również szczerze żałuje swojej niedyspozycji. Lecz uznałem, że zdrowie jest ważniejsze niż płoche rozrywki.
– Płoche rozrywki? Dla szlachcica poezja jest równie ważna, jak władanie mieczem.
– Dla kogoś spoza Ponkee-Laa, przywykłego do taplania się w błocie i wąchania – wybacz niezgrabne porównanie, lecz skoro sam już o tym wspomniałeś, przysłowiowych krowich placków – na pewno. – Gur-Dores wykrzywił się nieładnie. – Tu w stolicy księstwa patrzymy nieco inaczej na takie sprawy. Zajmujemy się innymi rzeczami.
– Handlem? Kupnem i sprzedażą solonych ryb? Cenami wędzonych dorszy? To mają być zajęcia odpowiednie dla szlachcica? Dobrze, że w czasie ucieczki imperialnych urzędników miejskie archiwum ocalało niemal nienaruszone i teraz niemal nikt nie podważa co najmniej dwudziestu pokoleń szlachetnych przodków rodu gur-Doresów.
To dwukrotne „niemal” było jak dwa policzki. Gur-Dores przymknął na chwilę oczy. Gdy je otworzył, wyzierała z nich czysta, lodowata nienawiść. Lecz jego usta nadal się uśmiechały, a głos ociekał słodyczą i grzecznością.
– W istocie. A jeszcze większym szczęściem jest to, że archiwa na prowincji w ogóle nie zostały zabrane ani zniszczone, jak słyszałem.
– A nawet gdyby. – Młodszy z baronów wzruszył ramionami. – Na prowincji, czyli w miejscu, skąd wywodzą się wszystkie najstarsze szlacheckie rody, takie jak hrabiowie Terleachowie na przykład, archiwa nie są aż tak ważne. Tam po prostu wszyscy znają się od pokoleń i nikt nie ma wątpliwości, kto z jakiej rodziny pochodzi.
Altsin zdał sobie nagle sprawę, że broń inna niż spojrzenia, lekceważące gesty, ironia i aluzje wcale nie jest tu potrzebna. Ci dwaj toczyli pojedynek równie widowiskowy, jak ten, w którym świszczą ostrza i leje się krew. Ciosy, parady, kontry i uniki. A całe przedstawienie przyciągnęło już widownię, złodziej nagle znalazł się w jaskrawym, pastelowym tłumie, który otoczył obu mężczyzn. Pojedynek czerni i bieli. Ich bohater, ulubieniec właśnie wykonuje cios łaski na głowie rodu gur-Doresów, począwszy od tego, że okazuje lekceważenie, ignorując go i witając się wpierw z jakimś nieznanym Mittarczykiem, sugeruje tchórzostwo syna, a skończywszy na podważaniu szlachetności rodu. Wkrótce zapewne zakwestionuje też zasadność zasiadania w Radzie Miasta. Ferles-gur-Dores musiał zapewne żałować, że porzucił ochronę, jaką zapewniało mu towarzystwo nawet garstki przyjaciół i krewnych, od których się oddalił...
– I jak się panu podoba nasze miasto, kapitanie? – pytanie padło niespodziewanie, jakby Ewennet-sek-Gres w jednej chwili zapomniał o swoim przeciwniku. Trudno było lepiej wyrazić lekceważenie rozmówcy. Altsin dojrzał na twarzy starszego szlachcica niedowierzanie zmieszane z wściekłością.
– Nie odwracaj się do mnie plecami, sek-Gres... – wysyczał.
– Wystarczy. – Blondyn uśmiechnął się lekko. – Jak mówią, stara szlachta nigdy nie wymieni imienia osoby nielubianej czy swojego wroga, ale tak ostentacyjne podkreślanie swojego szlachectwa może sprowokować pytanie, co właściwie chcesz ukryć, gur-Dores. W tej chwili mam ochotę porozmawiać z kapitanem Klannem, gur-Dores. Jeśli jednak poczułeś się urażony moim zachowaniem, jest sposób, byśmy rozwiązali to jak ludzie honoru. Oczywiście będę więcej niż usatysfakcjonowany, jeśli przyślesz w zastępstwie najstarszego syna. Jego wiersze są tak kiepskie, że z przyjemnością wyświadczę światu przysługę, ucząc go należytego szacunku do poezji.
Większość obecnych parsknęła śmiechem, a wokół Ferlesa-gur-Doresa znalazło się nagle kilku młodych mężczyzn w strojach pozbawionych monogramów. Starszy szlachcic został sprawnie, lecz grzecznie odprowadzony w kąt, do reszty rodziny.
– Zaufani hrabiego, zwrócił pan już na nich uwagę, kapitanie? Kręcą się po sali. Od dwóch miesięcy zawsze towarzyszą gospodarzowi, lecz z nikim nie rozmawiają i nie nawiązują żadnych znajomości. Taka nieoficjalna straż osobista. Co pan sądzi o tym zwyczaju?
– Podobno na południu Meekhanu każdy szlachcic, a nawet bogaty kupiec, chodzi z własnym strażnikiem, który w razie potrzeby staje za niego do pojedynku.
Blondyn uśmiechnął się szeroko.
– Ja też o tym słyszałem. I dlatego właśnie Imperium musi upaść. Kraj, w którym szlachta, kwiat i korona społeczności, boi się o własną skórę, jest skazany na klęskę. Zwłaszcza jeśli bogowie obdarzający wojennym szczęściem nie znajdują w nim należytego szacunku. Pani Wojny, Pan Bitew, Władca Topora. Wszyscy mają w Meekhanie swoje świątynie, lecz są one małe i skromne. Zbyt małe i skromne, moim zdaniem. A jak to wygląda w Ar-Mittar? Reagwyr zajął już tam należne mu miejsce? Altsin uśmiechnął się i uniósł brwi. Gdzieś w polu widzenia przepłynęła plama różu, lecz baronowa najwyraźniej nie mogła mu pomóc.
– W jakim sensie?
– No jak to? Pytam, czy podobnie jak w Ponkee-Laa Świątynia Pana Bitew zyskuje co roku tak liczne zastępy nowych wyznawców.
– Jestem marynarzem, baronie. – Złodziej zrobił unik. – Bardziej niż na Reagwyrze polegam na opiece Ganr i Aelurdi.