Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Demon miał potężną władzę nad opętanymi przez niego ludźmi. Wykonywali każdy rozkaz, dokładnie i co do joty. Czasem tylko, gdzieś na dnie ich oczu, pojawiała się ponura rozpacz. A do walki stawali zawsze z desperacją szaleńców, którzy szukają spokoju, jaki niesie śmierć.
Miał wrażenie, że te koszmary próbują go wciągnąć do środka. Do świata rzezi, deszczu, braku nadziei i wojennego szału, zostawiającego pod powiekami krwawe powidoki. Do świata, w którym wojna przestała być drogą do celu, lecz stała się celem samym w sobie.
To nie były zwykłe sny. W zwykłym śnie, choćbyś był kapłanem, kupcem, królem lub cesarzem, zawsze jesteś sobą. Pamiętasz siebie jako osobę, nawet jeśli we śnie odgrywasz cudzą rolę. Twoje prawdziwe ja czeka tuż za cienką linią, oddzielającą przebudzenie od jawy, i bez problemu wskakujesz w nie po otwarciu powiek, jakbyś wzuwał dobrze rozchodzone buty. Czasem zapominasz nocne marzenia, zanim rankiem zdążysz się wysikać.
Tych snów nie zapominał. Nigdy.
Za każdym razem potrzebował długiej chwili, by przypomnieć sobie, kim jest, co robi i skąd się wziął w tym miejscu. Altsin Awendeh, złodziej, oszust, marynarz, wiejski parobek, pomocnik kowala, sztukmistrz, dzwonnik świątynny, skryba... Przez ostatnie pięć lat był wieloma osobami. Zmieniał miejsca i zawody, czasem co kilka miesięcy, czasem częściej. Sny pędziły za nim, a on uciekał. Za każdym razem, gdy przebywał gdzieś dłużej, pojawiały się już po kilkunastu dniach, najpierw krótkie i sporadyczne, a potem coraz dłuższe i częstsze, aż wreszcie nawiedzały go co noc. Wtedy bez słowa zwijał manatki i uciekał, byle dalej, a sny gubiły jego trop i dawały mu chwilę spokoju.
Najdłużej, bo ponad osiem miesięcy, został na statku kursującym między Peronwylk a Ar-Mittar. Zupełnie jakby sny nie mogły odnaleźć go na morzu. Ale gdy już znalazły... Podobno nie potrafili go dobudzić przez trzy dni, trzy dni śnił, płakał i krzyczał na zmianę, pogrążony w koszmarze niekończącej się bitwy, w której czasem był mężczyzną, czasem kobietą, raz młodzieńcem, raz starcem, walczył z ludźmi i przeciw ludziom, brodził po kolana we krwi, brocząc nią z setek ran. Najczęściej śnił, że jest samym demonem.
Ocknął się wtedy w małej świątyni Wielkiej Matki pod Wenhloren. Kapitan wysadził go na ląd, nie zapłaciwszy za ostatni miesiąc służby, i znikł na morzu. Rozumiał go. Marynarze to przesądni ludzie, skazani na łaskę i niełaskę Bliźniąt Mórz. Niepotrzebny im na pokładzie szaleniec, wrzeszczący przez sen w nikomu nieznanych językach.
Że mówi w nieznanych dialektach – choć na szyderczy uśmiech Kleh, we śnie rozumiał każde słowo – dowiedział się zresztą po raz pierwszy właśnie w tej świątyni. Kapłani byli ludźmi uczonymi, znali wiele narzeczy i gwar, jako misjonarze nawracali ludy północno-zachodniego krańca kontynentu na wiarę w Baelta’Mathran i porządek imperialnego panteonu. Meekhan nigdy nie podbił zbrojnie tej części świata, choć handlowo, kulturowo i religijnie radził sobie całkiem nieźle. A misjonarze najważniejszej bogini Imperium byli naprawdę dobrze wykształceni.
Lecz nawet oni nie potrafili rozpoznać, w jakich językach krzyczał. Nie umieli także powiedzieć, do jakich dialektów te języki są podobne.
Ale pozwolili mu zostać, a gdy wydobrzał, bo sny trzymały się z dala od świątyni, nie wyrzucili go za drzwi. Przez cztery miesiące kilka razy dziennie bił w dzwon na wieży, zamiatał posadzki, nosił wodę ze studni, pomagał w kuchni. Dali mu świątynny strój, luźną szatę z kapturem, pozwolili zapuścić brodę. Nikt na świecie nie rozpoznałby w nim tego gówniarza, który pięć lat wcześniej opuszczał nocą Ponkee-Laa. Wydawało się, że wreszcie znalazł spokój.
Tylko że świątynia była tak naprawdę więzieniem. Wędrował wtedy po wybrzeżu dopiero drugi rok i wydawało mu się, że nie ma niczego gorszego niż spędzenie reszty życia za murami. Dusił się, codzienna rutyna zamiast nieść ukojenie, doprowadzała go do szału. Wymknął się wreszcie nocą, nie budząc nikogo, i powędrował na północ.
Pracował, gdzie się dało, gdy trzeba kradł i oszukiwał, lecz starał się to robić tylko wtedy, kiedy nie miał innego sposobu na napełnienie brzucha. Podczas kradzieży zawsze istniało ryzyko schwytania go i umieszczenia na co najmniej kilka miesięcy w lochu. Razem z koszmarami, które mogłyby go dopaść. Wolał już wynajmować się jako parobek za garść stęchłej kaszy.
Później odkrył, że umiejętności czytania, pisania i podstawowych rachunków, do których nauki zmuszał go Cetron, mają na prowincji znacznie większą wartość niż w mieście. Skrybów i wiejskich pisarzy było tam jak na lekarstwo. Prędko odkrył, że odpowiedni strój i wygląd, czarny kaftan z czerwonymi mankietami i kołnierzem oraz palce poplamione atramentem, zapewnią mu robotę szybciej niż przepytywanie gospodarzy i prośby o możliwość narąbania drew w zamian za kromkę chleba. Odchodzące Imperium zabrało ze sobą większość urzędników, a wielu spraw nie dawało się załatwić na gębę. Wędrując po wioskach i miasteczkach, spisywał umowy kupna, intercyzy małżeńskie, sporządzał podania do sądów, uzupełniał księgi urodzin i zgonów, jeśli jakieś zostały w okolicy. Trzykrotnie został nawet na dłużej i próbował sił, ucząc wiejskie dzieci.
Zawsze jednak w końcu doganiały go sny.
Tylko raz spróbował szukać pomocy. Za poradą miejscowych trafił do znachorki, specjalistki od zamawiania koszmarów. Tylko go dotknęła, po czym wyszła, każąc zostać; w chałupie i czekać. Gdyby nie wyjrzał wtedy przez okienko... Wróciła z gromadą wieśniaków, a on, ukryty już na skraju lasu, patrzył, jak bez słowa ryglują od zewnątrz drzwi i okna do domu i podpalają chatę. Jeśli wiejska wiedźma wolała stracić dorobek życia, byle go zabić, co zrobiliby kapłani lub czarodzieje? Człowiek dotknięty przez demona, choćby tylko poprzez ulotne krainy snu, nigdzie nie znajdzie spokoju.