Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Choroba odbierała mi... – szlachcic zawahał się – mnie. Rozumiesz? Nie tylko niszczyła ciało, lecz także ducha. Mógłbym znieść, że trzęsą mi się ręce, nie mogę utrzymać w pionie głowy i zaczynam się ślinić, ale budzić się rankiem i nie wiedzieć, kim się jest, gdzie się jest, kim są ludzie, którzy coś do ciebie mówią? Kazałem najbardziej zaufanym służącym utrzymywać mój stan w tajemnicy, lecz co ranek potrzebowałem więcej czasu, by przypomnieć sobie najbardziej podstawowe rzeczy. A były dni, gdy nie mogłem pokazać się nikomu, bo ci sami przyjaciele, którzy dziś jedzą mi z ręki, odebraliby mi majątek, miejsce w Radzie i skazali na dożywotni pobyt w jakimś przytułku dla obłąkanych, gdyby mnie wtedy zobaczyli. A ja nawet nie wiedziałbym, co się stało.
Gniew hrabiego był niemal namacalny i Altsin nie postawiłby miedziaka za trwałość jego obecnego sojuszu z Wysserynami.
– I wtedy, pewnego dnia, gdy poczułem się lepiej, poszedłem na doroczne nabożeństwo do Świątyni Reagwyra. Spojrzałem na Dengothaag i usłyszałem głos Pana Bitew. Zanim zdążyli mnie powstrzymać, dotknąłem klingi, a potem... wróciłem do domu. Następnego ranka obudziłem się bez drżenia kończyn i pamiętałem wszystko, łącznie z imieniem pierwszego kucyka, na którym jeździłem. Byłem zdrowy.
Altsin popatrzył mu prosto w oczy. To nie były oczy tępego fanatyka, tylko człowieka, który wierzył. Wydarzenia sprzed niemal roku, kobieta przykuta do czarnego ostrza i śmierć trzech kapłanów, wróciły delikatnym wspomnieniem. Złodziej pamiętał, że Świątynia Reagwyra szybko się otrząsnęła po stracie, martwi hierarchowie wyjechali – oficjalnie – w podróż, a w procesji znów noszono święty Miecz. Ciekawe, co hrabia by powiedział, gdyby znał prawdę? Czy szlachcic od dwudziestu pokoleń przejąłby się losem jakiegoś biedaka, konającego na bożej klindze? Raczej nie.
– Widzisz, chłopcze... Widziałem już sek-Gresa w walce. Kilka razy. I w waszym pojedynku postawiłbym na niego cały majątek przeciw starym łapciom. Lecz gdy poderwałeś się na nogi i starłeś z nim... Widziałem Wojownika... Rozumiesz? Pana Bitew, który w swoim świętym szale zstąpił między nas. Pokonałeś go, bo bóg spojrzał na ciebie i udzielił swojej siły. Więc odejdziesz wolny i znikniesz z miasta.
Altsin otworzył usta, ale hrabia tylko uśmiechnął się łagodnie, kładąc mu dłoń na ustach.
– Nic nie mów. Nie ma innego wyjścia. Kazałem ogłosić, że twoja rana okazała się śmiertelna i zmarłeś godzinę po baronie. To zamknie sprawę zemsty Wysserynów. Ale zbyt wielu ludzi widziało twoją twarz, żebyś mógł wrócić do Niskiego Miasta. Jeśli ktokolwiek by cię rozpoznał, nawet przypadkiem, ja wyszedłbym na kłamcę, a ciebie zaczęliby przepytywać.
Złodziej spojrzał mu w oczy i zrozumiał, że oczywiście ma jeszcze jedno wyjście. Może zdjąć opatrunek i rozdrapać świeżą ranę.
– A baronowa? – zapytał.
– Jaka baronowa? – Uśmiech arystokraty nadal był łagodny, a głos cichy.
No cóż, Biedronko. Trzeba było pozostać przy urządzaniu przyjęć.
– Jak tylko dasz radę ustać, dostaniesz konia, trochę pieniędzy i znikniesz z miasta, chłopcze. Psiakrew, nawet nie wiem, jak ci naprawdę na imię. Nie, nie mów. Kiwnij tylko głową, jeśli wszystko zrozumiałeś.
Altsin kiwnął, a hrabia uśmiechnął się raz jeszcze i wyszedł.
Gdy złodziej został sam, uświadomił sobie, że tak naprawdę los, który zaplanował dla niego szlachcic, nie miał żadnego znaczenia.
Bo gdy zamykał oczy, pod powiekami pojawiała mu się dolina wypełniona krwawym błockiem.
I ludzie z bronią, towarzysze i przyjaciele, idący po jego śmierć.
I Moc uderzająca ze wszystkich stron.
I bitewny szał płonący w żyłach.
I taniec z mieczem.
I ból utraty.
Bał się.
Jak nigdy w życiu.
Objęcia miasta
Deszcz, deszcz i deszcz. Padało od wielu dni i nie zanosiło się na to, żeby miało przestać. Siedzi na grzbiecie anh’ogiera i spogląda na leżące w dolinie miasteczko. Co tam miasteczko, wioskę ledwo, tyle że mieszkańcy otoczyli ją wałem ziemnym i palisadą i najwyraźniej nie mieli zamiaru posłuchać rozkazów, że wszyscy ludzie od noworodków po starców mają opuścić te ziemie i udać się na północ. Być może rzeczywiście mieli dobre powody, najpewniej w wiosce zostało niewielu mężczyzn, raczej same kobiety, dzieci i grupka staruchów. Jeśli wyruszą, ciągnąc wozy przez rozmiękłą równinę – ciągnąc własnoręcznie, bo zaraza wybiła zeszłego roku wszystkie zwierzęta pociągowe w promieniu stu mil – najpewniej tylko co piąty dotrze do celu. Pojazdy będą grzęznąć po osie w błocku, które pokrywa już całą okolicę, ludzie zapadną się najpierw po kostki, później po kolana w szlamie. Będą się przewracać, taplać i pełzać. Wozy porzucą po kilku milach, gdy okaże się, że nie można ich przepchnąć przez bagnisty teren, a potem spróbują nieść resztki dobytku na własnych grzbietach. Kobiety wezmą młodsze dzieci na ręce, żeby im pomóc, a gdy zaczną opadać z sił, będą musiały wybierać – rodzinny dobytek czy maluchy.
Wybiorą dzieci. Zawsze wybierają dzieci.
Więc szlak ich wędrówki znaczyłyby najpierw porzucone wozy, potem rząd paczek, tobołów i skrzyń, później ślady pełznięcia, czołgania się, upadków i mozolnego powstawania, a potem pierwsze ciała. Najpierw starzy mężczyźni, nie wiedzieć czemu zawsze są to starzy mężczyźni, jakby stare kobiety mocniej trzymały się życia. Ale w końcu pokona ich wszystkich nie tyle morderczy wysiłek, ile zimno i wilgoć. Wychłodzenie. Gdy człowiek pierwszy raz przewróci się w błocko, jego szanse maleją o połowę. Można zarzucić na grzbiet skórzaną, natartą tłuszczem pelerynę, która chroni przed deszczem, ale po upadku szlam błyskawicznie wdziera się pod ubranie, wciska pod nie jak żywa istota, jak gigantyczna pijawka, spragniona ciepła i sił życiowych. Nagle pojawiają się dreszcze, błoto ciąży niczym kolejne warstwy nałożonych na siebie kolczug, stopy zdają się wrastać w ziemię. Ktoś pomógł ci wstać, deszcz zmył wierzchnią warstwę błocka, lecz to, które dostało się pod ubranie, już zaczęło wysysać twoją energię i życie. Więc kolejny upadek nadejdzie szybko, a po nim następny, i jeszcze jeden. A potem nikt już nie będzie miał sił, żeby pomóc ci wstać.