Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 173
Перейти на страницу:

– Cho­ro­ba od­bie­ra­ła mi... – szlach­cic za­wa­hał się – mnie. Ro­zu­miesz? Nie tyl­ko nisz­czy­ła cia­ło, lecz tak­że du­cha. Mógł­bym znieść, że trzę­są mi się ręce, nie mogę utrzy­mać w pio­nie gło­wy i za­czy­nam się śli­nić, ale bu­dzić się ran­kiem i nie wie­dzieć, kim się jest, gdzie się jest, kim są lu­dzie, któ­rzy coś do cie­bie mó­wią? Ka­za­łem naj­bar­dziej za­ufa­nym słu­żą­cym utrzy­my­wać mój stan w ta­jem­ni­cy, lecz co ra­nek po­trze­bo­wa­łem wię­cej cza­su, by przy­po­mnieć so­bie naj­bar­dziej pod­sta­wo­we rze­czy. A były dni, gdy nie mo­głem po­ka­zać się ni­ko­mu, bo ci sami przy­ja­cie­le, któ­rzy dziś je­dzą mi z ręki, ode­bra­li­by mi ma­ją­tek, miej­sce w Ra­dzie i ska­za­li na do­ży­wot­ni po­byt w ja­kimś przy­tuł­ku dla obłą­ka­nych, gdy­by mnie wte­dy zo­ba­czy­li. A ja na­wet nie wie­dział­bym, co się sta­ło.

Gniew hra­bie­go był nie­mal na­ma­cal­ny i Alt­sin nie po­sta­wił­by mie­dzia­ka za trwa­łość jego obec­ne­go so­ju­szu z Wy­sse­ry­na­mi.

– I wte­dy, pew­ne­go dnia, gdy po­czu­łem się le­piej, po­sze­dłem na do­rocz­ne na­bo­żeń­stwo do Świą­ty­ni Re­agwy­ra. Spoj­rza­łem na Den­go­tha­ag i usły­sza­łem głos Pana Bi­tew. Za­nim zdą­ży­li mnie po­wstrzy­mać, do­tkną­łem klin­gi, a po­tem... wró­ci­łem do domu. Na­stęp­ne­go ran­ka obu­dzi­łem się bez drże­nia koń­czyn i pa­mię­ta­łem wszyst­ko, łącz­nie z imie­niem pierw­sze­go ku­cy­ka, na któ­rym jeź­dzi­łem. By­łem zdro­wy.

Alt­sin po­pa­trzył mu pro­sto w oczy. To nie były oczy tę­pe­go fa­na­ty­ka, tyl­ko czło­wie­ka, któ­ry wie­rzył. Wy­da­rze­nia sprzed nie­mal roku, ko­bie­ta przy­ku­ta do czar­ne­go ostrza i śmierć trzech ka­pła­nów, wró­ci­ły de­li­kat­nym wspo­mnie­niem. Zło­dziej pa­mię­tał, że Świą­ty­nia Re­agwy­ra szyb­ko się otrzą­snę­ła po stra­cie, mar­twi hie­rar­cho­wie wy­je­cha­li – ofi­cjal­nie – w po­dróż, a w pro­ce­sji znów no­szo­no świę­ty Miecz. Cie­ka­we, co hra­bia by po­wie­dział, gdy­by znał praw­dę? Czy szlach­cic od dwu­dzie­stu po­ko­leń prze­jął­by się lo­sem ja­kie­goś bie­da­ka, ko­na­ją­ce­go na bo­żej klin­dze? Ra­czej nie.

– Wi­dzisz, chłop­cze... Wi­dzia­łem już sek-Gre­sa w wal­ce. Kil­ka razy. I w wa­szym po­je­dyn­ku po­sta­wił­bym na nie­go cały ma­ją­tek prze­ciw sta­rym łap­ciom. Lecz gdy po­de­rwa­łeś się na nogi i star­łeś z nim... Wi­dzia­łem Wo­jow­ni­ka... Ro­zu­miesz? Pana Bi­tew, któ­ry w swo­im świę­tym sza­le zstą­pił mię­dzy nas. Po­ko­na­łeś go, bo bóg spoj­rzał na cie­bie i udzie­lił swo­jej siły. Więc odej­dziesz wol­ny i znik­niesz z mia­sta.

Alt­sin otwo­rzył usta, ale hra­bia tyl­ko uśmiech­nął się ła­god­nie, kła­dąc mu dłoń na ustach.

– Nic nie mów. Nie ma in­ne­go wyj­ścia. Ka­za­łem ogło­sić, że two­ja rana oka­za­ła się śmier­tel­na i zmar­łeś go­dzi­nę po ba­ro­nie. To za­mknie spra­wę ze­msty Wy­sse­ry­nów. Ale zbyt wie­lu lu­dzi wi­dzia­ło two­ją twarz, że­byś mógł wró­cić do Ni­skie­go Mia­sta. Je­śli kto­kol­wiek by cię roz­po­znał, na­wet przy­pad­kiem, ja wy­szedł­bym na kłam­cę, a cie­bie za­czę­li­by prze­py­ty­wać.

Zło­dziej spoj­rzał mu w oczy i zro­zu­miał, że oczy­wi­ście ma jesz­cze jed­no wyj­ście. Może zdjąć opa­tru­nek i roz­dra­pać świe­żą ranę.

– A ba­ro­no­wa? – za­py­tał.

– Jaka ba­ro­no­wa? – Uśmiech ary­sto­kra­ty na­dal był ła­god­ny, a głos ci­chy.

No cóż, Bie­dron­ko. Trze­ba było po­zo­stać przy urzą­dza­niu przy­jęć.

– Jak tyl­ko dasz radę ustać, do­sta­niesz ko­nia, tro­chę pie­nię­dzy i znik­niesz z mia­sta, chłop­cze. Psia­krew, na­wet nie wiem, jak ci na­praw­dę na imię. Nie, nie mów. Kiw­nij tyl­ko gło­wą, je­śli wszyst­ko zro­zu­mia­łeś.

Alt­sin kiw­nął, a hra­bia uśmiech­nął się raz jesz­cze i wy­szedł.

Gdy zło­dziej zo­stał sam, uświa­do­mił so­bie, że tak na­praw­dę los, któ­ry za­pla­no­wał dla nie­go szlach­cic, nie miał żad­ne­go zna­cze­nia.

Bo gdy za­my­kał oczy, pod po­wie­ka­mi po­ja­wia­ła mu się do­li­na wy­peł­nio­na krwa­wym błoc­kiem.

I lu­dzie z bro­nią, to­wa­rzy­sze i przy­ja­cie­le, idą­cy po jego śmierć.

I Moc ude­rza­ją­ca ze wszyst­kich stron.

I bi­tew­ny szał pło­ną­cy w ży­łach.

I ta­niec z mie­czem.

I ból utra­ty.

Bał się.

Jak ni­g­dy w ży­ciu.

Ob­ję­cia mia­sta

Deszcz, deszcz i deszcz. Pa­da­ło od wie­lu dni i nie za­no­si­ło się na to, żeby mia­ło prze­stać. Sie­dzi na grzbie­cie anh’ogie­ra i spo­glą­da na le­żą­ce w do­li­nie mia­stecz­ko. Co tam mia­stecz­ko, wio­skę le­d­wo, tyle że miesz­kań­cy oto­czy­li ją wa­łem ziem­nym i pa­li­sa­dą i naj­wy­raź­niej nie mie­li za­mia­ru po­słu­chać roz­ka­zów, że wszy­scy lu­dzie od no­wo­rod­ków po star­ców mają opu­ścić te zie­mie i udać się na pół­noc. Być może rze­czy­wi­ście mie­li do­bre po­wo­dy, naj­pew­niej w wio­sce zo­sta­ło nie­wie­lu męż­czyzn, ra­czej same ko­bie­ty, dzie­ci i grup­ka sta­ru­chów. Je­śli wy­ru­szą, cią­gnąc wozy przez roz­mię­kłą rów­ni­nę – cią­gnąc wła­sno­ręcz­nie, bo za­ra­za wy­bi­ła ze­szłe­go roku wszyst­kie zwie­rzę­ta po­cią­go­we w pro­mie­niu stu mil – naj­pew­niej tyl­ko co pią­ty do­trze do celu. Po­jaz­dy będą grzę­znąć po osie w błoc­ku, któ­re po­kry­wa już całą oko­li­cę, lu­dzie za­pad­ną się naj­pierw po kost­ki, póź­niej po ko­la­na w szla­mie. Będą się prze­wra­cać, ta­plać i peł­zać. Wozy po­rzu­cą po kil­ku mi­lach, gdy oka­że się, że nie moż­na ich prze­pchnąć przez ba­gni­sty te­ren, a po­tem spró­bu­ją nieść reszt­ki do­byt­ku na wła­snych grzbie­tach. Ko­bie­ty we­zmą młod­sze dzie­ci na ręce, żeby im po­móc, a gdy za­czną opa­dać z sił, będą mu­sia­ły wy­bie­rać – ro­dzin­ny do­by­tek czy ma­lu­chy.

Wy­bio­rą dzie­ci. Za­wsze wy­bie­ra­ją dzie­ci.

Więc szlak ich wę­drów­ki zna­czy­ły­by naj­pierw po­rzu­co­ne wozy, po­tem rząd pa­czek, to­bo­łów i skrzyń, póź­niej śla­dy peł­znię­cia, czoł­ga­nia się, upad­ków i mo­zol­ne­go po­wsta­wa­nia, a po­tem pierw­sze cia­ła. Naj­pierw sta­rzy męż­czyź­ni, nie wie­dzieć cze­mu za­wsze są to sta­rzy męż­czyź­ni, jak­by sta­re ko­bie­ty moc­niej trzy­ma­ły się ży­cia. Ale w koń­cu po­ko­na ich wszyst­kich nie tyle mor­der­czy wy­si­łek, ile zim­no i wil­goć. Wy­chło­dze­nie. Gdy czło­wiek pierw­szy raz prze­wró­ci się w błoc­ko, jego szan­se ma­le­ją o po­ło­wę. Moż­na za­rzu­cić na grzbiet skó­rza­ną, na­tar­tą tłusz­czem pe­le­ry­nę, któ­ra chro­ni przed desz­czem, ale po upad­ku szlam bły­ska­wicz­nie wdzie­ra się pod ubra­nie, wci­ska pod nie jak żywa isto­ta, jak gi­gan­tycz­na pi­jaw­ka, spra­gnio­na cie­pła i sił ży­cio­wych. Na­gle po­ja­wia­ją się dresz­cze, bło­to cią­ży ni­czym ko­lej­ne war­stwy na­ło­żo­nych na sie­bie kol­czug, sto­py zda­ją się wra­stać w zie­mię. Ktoś po­mógł ci wstać, deszcz zmył wierzch­nią war­stwę błoc­ka, lecz to, któ­re do­sta­ło się pod ubra­nie, już za­czę­ło wy­sy­sać two­ją ener­gię i ży­cie. Więc ko­lej­ny upa­dek na­dej­dzie szyb­ko, a po nim na­stęp­ny, i jesz­cze je­den. A po­tem nikt już nie bę­dzie miał sił, żeby po­móc ci wstać.

1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)