Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 173
Перейти на страницу:

Star­li się po­środ­ku po­lan­ki. Pierw­sze ude­rze­nie od góry, na wprost, dru­gie lek­ko po sko­sie, i trze­cie! Szyb­kie, od dołu, z le­wej, z nad­garst­ka na wpół wy­pro­sto­wa­nej ręki. Głow­nia pa­ła­sza zmie­ni­ła się w roz­ma­za­ną smu­gę. Cios miał roz­chla­stać udo, za­dać ranę bo­le­sną i wi­do­wi­sko­wą. Alt­sin przy­jął go na ostrze, nie­zgrab­nie, nie­mal bo­kiem klin­gi, a szlach­cic płyn­nie prze­szedł do skom­pli­ko­wa­ne­go młyn­ka. Pa­łasz za­tań­czył w dło­ni zło­dzie­ja i od­chy­lił się na­gle w bok, od­sła­nia­jąc go na ude­rze­nie.

Alt­sin zro­bił krok do przo­du tak szyb­ko, że ba­ron nie zdą­żył się na­wet skrzy­wić. Skrę­cił broń w ręku i na­parł, klin­gi za­zgrzy­ta­ły, a jel­ce stuk­nę­ły o sie­bie. Jed­nym ru­chem prze­szedł do chwy­tu od­wrot­ne­go, coś nie do po­my­śle­nia dla praw­dzi­we­go szer­mie­rza, na­gle trzy­mał pa­łasz ostrzem w dół, osła­nia­jąc całe cia­ło, blo­ku­jąc jel­cem kontrę w górę. Ude­rzył dru­gą ręką, tra­fia­jąc le­wa­kiem w tu­łów szlach­ci­ca. Za sła­bo, kol­czu­ga wy­trzy­ma­ła, choć siła cio­su wy­rwa­ła z ust prze­ciw­ni­ka krót­ki okrzyk. Zło­dziej uśmiech­nął się lek­ko.

Ka­pi­tan mit­tar­skiej ga­le­ry nie za­sto­so­wał­by ta­kiej sztucz­ki, por­to­wy szczur jak naj­bar­dziej. Wi­ta­my w praw­dzi­wym świe­cie, su­kin­sy­nu.

Kop­nął w ko­la­no, tra­fił źle, za wy­so­ko, choć po­czuł, jak noga ba­ro­na wiot­cze­je, i ude­rzył le­wa­kiem w dół, w we­wnętrz­ną stro­nę uda.

Chy­bił o włos. Ewen­net-sek-Gres był jed­nak zna­ko­mi­tym szer­mie­rzem, uwol­nił pa­łasz, za­wi­ro­wał, wy­szedł ze zwar­cia w bły­ska­wicz­nym ob­ro­cie, od­gra­dza­jąc się od Alt­si­na po­zio­mym cio­sem. Zło­dziej też od­sko­czył, zmie­nił chwyt bro­ni i wy­su­nął oba ostrza przed sie­bie. Sta­nął w po­zy­cji na­jem­ne­go za­bi­ja­ki, wal­czą­ce­go no­żem i pał­ką. Ko­niec z gra­niem w szla­chec­kiej ko­me­dii.

Po­ma­chał wol­no le­wa­kiem, by wszy­scy zwró­ci­li uwa­gę na kar­mi­no­we, a w świe­tle po­chod­ni nie­mal czar­ne kro­ple, zna­czą­ce ostrze.

– Pół cala – ode­zwał się po raz pierw­szy od roz­po­czę­cia po­je­dyn­ku. – Po­myśl o tym, ba­ro­nie. Tyl­ko pół cala i już byś nie żył.

Bia­łe spodnie szlach­ci­ca ciem­nia­ły szyb­ko. Pół cala, a zło­dziej roz­ha­ra­tał­by mu tęt­ni­cę i by­ło­by po wszyst­kim. Rana mu­sia­ła bo­leć.

Alt­sin wy­szcze­rzył się sze­ro­ko, pró­bu­jąc spro­wo­ko­wać prze­ciw­ni­ka do błę­du. On uczył się wal­czyć no­żem i szty­le­tem, pał­ką i ki­jem. Bro­nią bie­do­ty. Mógł za­sko­czyć ba­ro­na i upu­ścić mu krwi, lecz te­raz za­ba­wa się skoń­czy­ła. W praw­dzi­wym po­je­dyn­ku ze szla­chet­nie uro­dzo­nym szer­mie­rzem nie miał więk­szych szans. Chy­ba że tam­ten da się po­nieść emo­cjom.

W krę­gu wi­dzów za­pa­no­wa­ła ci­sza, jak­by resz­ta to­wa­rzy­stwa wresz­cie zro­zu­mia­ła, że nie oglą­da te­atral­ne­go przed­sta­wie­nia, a krew szlach­ty ma taki sam ko­lor jak u in­nych lu­dzi. Na­strój nocy prysł, to już nie był po­je­dy­nek do­bra ze złem, bie­li z czer­nią, tyl­ko wal­ka dwóch męż­czyzn, z któ­rych każ­dy mógł zgi­nąć. Z tym że je­den dużo ła­twiej niż dru­gi.

Star­li się po­środ­ku po­lan­ki i po trze­cim cio­sie Alt­sin zro­zu­miał, że pa­łasz to nie pał­ka, a umie­jęt­no­ści na­by­te pod okiem Ce­tro­na to za mało w star­ciu z ma­szy­ną do wal­ki, jaką był szko­lo­ny od dziec­ka na szer­mie­rza sy­na­lek szla­chec­kie­go rodu.

Le­d­wo spa­ro­wał te pierw­sze trzy ude­rze­nia. Czwar­te­go na­wet nie zo­ba­czył.

Pa­łasz się­gnął go sa­mym koń­cem szty­chu, cio­sem, któ­ry wy­wo­łał u zło­dzie­ja roz­ma­za­ny srebr­ny po­wi­dok. Alt­sin po­czuł, jak­by do­stał w pra­wy oboj­czyk wio­słem cięż­kiej ga­le­ry, skó­rza­na kurt­ka i jej po­czer­nio­ne kół­ka i ćwie­ki zła­go­dzi­ły nie­co siłę ude­rze­nia, ale to było za mało. Czas zwol­nił. Na­gle po­czuł, że nie może unieść bro­ni do na­stęp­nej pa­ra­dy, ostrze za­cią­ży­ło mu w dło­ni stu­fun­to­wym cię­ża­rem, a jego sztych nie­ubła­ga­nie zmie­rzał ku zie­mi. Chło­pak sku­pił się, usi­łu­jąc utrzy­mać je w po­zio­mie, a wte­dy ból wy­buchł w nim kulą ognia. Od oboj­czy­ka, przez ra­mię, aż do dło­ni, pa­ra­li­żu­jąc pra­wy bok.

Nogi ugię­ły się pod nim, broń wy­pa­dła z ręki i sam nie wie­dział jak, zna­lazł się na ko­la­nach.

Ba­ron jesz­cze nie skoń­czył. Cof­nął się o kil­ka kro­ków i spoj­rzał na nie­go z czymś w ro­dza­ju za­in­te­re­so­wa­nia w ja­snych oczach.

– Otwie­ra­nie Mał­ża. Tak mój na­uczy­ciel na­zy­wał ten cios, ka­pi­ta­nie. Prze­ci­na się nerw i pa­ra­li­żu­je pra­wą stro­nę cia­ła prze­ciw­ni­ka. A sko­ro tak in­te­re­su­ją cię róż­ne dłu­go­ści, to pew­nie za­cie­ka­wi cię, że je­śli chce się go wy­ko­nać po­praw­nie, nie moż­na chy­bić na­wet o dzie­sią­tą część cala. Mimo wszyst­ko cze­goś mnie dziś na­uczy­łeś...

– Ba­ro­nie sek-Gres.

Głos do­bie­gał zza ple­ców zło­dzie­ja, z bar­dzo, ale to bar­dzo da­le­ka.

– Słu­cham, pa­nie hra­bio.

– Pro­szę to skoń­czyć. Wal­czy­cie w są­dzie Re­agwy­ra, na pla­cu po­świę­co­nym Jego imie­niu. To nie czas ani miej­sce na prze­chwał­ki.

Ba­ron ukło­nił się lek­ko.

– Oczy­wi­ście.

Ru­szył do przo­du, uno­sząc klin­gę, i w tej sa­mej chwi­li w gło­wie zło­dzie­ja wy­bu­chło słoń­ce.

Uchy­lić się! Ob­rót! Pa­ra­da i kon­tra! Sto­py grzę­zną w błoc­ku, w zie­mi roz­mię­kłej od krwi, ale wspo­ma­ga się skrę­tem bio­der i ude­rze­nie jest per­fek­cyj­ne. Cios roz­ci­na prze­ciw­ni­ko­wi gar­dło. Ten też umie­ra bez jęku, jak wszy­scy po­przed­ni.

Cię­żar mie­cza cią­gnie go w przód, nogi nie na­dą­ża­ją za skrę­tem cia­ła, pada na ko­la­na i dło­nie, upusz­cza­jąc broń. Wi­dzi wła­sne przed­ra­mio­na, ta­tu­aże pod ciem­ną skó­rą wiją się jak węże, roz­peł­za­ją na boki, ucie­ka­ją przed spły­wa­ją­cą ja­sną krwią. Czy to jego krew? Musi być jego, ina­czej ry­sun­ki nie za­cho­wy­wa­ły­by się w ten spo­sób. Pró­bu­je się­gnąć po Moc, za­trzy­mać krwa­wie­nie i za­mknąć ranę, lecz na­dal nie może. Je­śli choć na mgnie­nie oka zdej­mie osło­ny, zmiaż­dżą go. Na wzgó­rzach wo­kół są ich set­ki! Od naj­słab­szych aż do sa­me­go De­wer’han­re­na. Nie­któ­rzy pła­czą i krzy­czą, ale atak nie słab­nie. Spla­ta­ją, prze­ku­wa­ją i drą pa­sma Mocy, po czym tym wszyst­kim ude­rza­ją w nie­go. Zmió­tł­by ich w sto ude­rzeń ser­ca, gdy­by nie mu­siał wal­czyć, gdy­by nie resz­ta! Scho­dzą do ko­tlin­ki, w któ­rą go zwa­bi­li, i mi­ja­jąc tru­py to­wa­rzy­szy, idą ku nie­mu z bro­nią w ręku. Tych zna jesz­cze le­piej niż sa­me­go De­wer’han­re­na. We­rleh, Kurn’buw, po­tęż­ny Hon­we­re, inni... Zna więk­szość od dziec­ka, nie­któ­rych na­wet jesz­cze przed uro­dze­niem, gdy kształ­to­wał przy­szłych to­wa­rzy­szy w ło­nach ma­tek. Naj­lep­si z naj­lep­szych. Za­trzy­ma­li ich na ko­niec, gdy bę­dzie już krwa­wił, gdy go­dzi­ny mor­der­czej wal­ki wy­ci­sną z nie­go wszyst­kie siły. Na­uczył ich wszyst­kie­go, wpla­ta­jąc w cia­ła i du­sze umie­jęt­no­ści, któ­rych nie­któ­rzy uczą się przez całe ży­cie. Mie­li być jego tar­czą, pan­ce­rzem!

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)