Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Starli się pośrodku polanki. Pierwsze uderzenie od góry, na wprost, drugie lekko po skosie, i trzecie! Szybkie, od dołu, z lewej, z nadgarstka na wpół wyprostowanej ręki. Głownia pałasza zmieniła się w rozmazaną smugę. Cios miał rozchlastać udo, zadać ranę bolesną i widowiskową. Altsin przyjął go na ostrze, niezgrabnie, niemal bokiem klingi, a szlachcic płynnie przeszedł do skomplikowanego młynka. Pałasz zatańczył w dłoni złodzieja i odchylił się nagle w bok, odsłaniając go na uderzenie.
Altsin zrobił krok do przodu tak szybko, że baron nie zdążył się nawet skrzywić. Skręcił broń w ręku i naparł, klingi zazgrzytały, a jelce stuknęły o siebie. Jednym ruchem przeszedł do chwytu odwrotnego, coś nie do pomyślenia dla prawdziwego szermierza, nagle trzymał pałasz ostrzem w dół, osłaniając całe ciało, blokując jelcem kontrę w górę. Uderzył drugą ręką, trafiając lewakiem w tułów szlachcica. Za słabo, kolczuga wytrzymała, choć siła ciosu wyrwała z ust przeciwnika krótki okrzyk. Złodziej uśmiechnął się lekko.
Kapitan mittarskiej galery nie zastosowałby takiej sztuczki, portowy szczur jak najbardziej. Witamy w prawdziwym świecie, sukinsynu.
Kopnął w kolano, trafił źle, za wysoko, choć poczuł, jak noga barona wiotczeje, i uderzył lewakiem w dół, w wewnętrzną stronę uda.
Chybił o włos. Ewennet-sek-Gres był jednak znakomitym szermierzem, uwolnił pałasz, zawirował, wyszedł ze zwarcia w błyskawicznym obrocie, odgradzając się od Altsina poziomym ciosem. Złodziej też odskoczył, zmienił chwyt broni i wysunął oba ostrza przed siebie. Stanął w pozycji najemnego zabijaki, walczącego nożem i pałką. Koniec z graniem w szlacheckiej komedii.
Pomachał wolno lewakiem, by wszyscy zwrócili uwagę na karminowe, a w świetle pochodni niemal czarne krople, znaczące ostrze.
– Pół cala – odezwał się po raz pierwszy od rozpoczęcia pojedynku. – Pomyśl o tym, baronie. Tylko pół cala i już byś nie żył.
Białe spodnie szlachcica ciemniały szybko. Pół cala, a złodziej rozharatałby mu tętnicę i byłoby po wszystkim. Rana musiała boleć.
Altsin wyszczerzył się szeroko, próbując sprowokować przeciwnika do błędu. On uczył się walczyć nożem i sztyletem, pałką i kijem. Bronią biedoty. Mógł zaskoczyć barona i upuścić mu krwi, lecz teraz zabawa się skończyła. W prawdziwym pojedynku ze szlachetnie urodzonym szermierzem nie miał większych szans. Chyba że tamten da się ponieść emocjom.
W kręgu widzów zapanowała cisza, jakby reszta towarzystwa wreszcie zrozumiała, że nie ogląda teatralnego przedstawienia, a krew szlachty ma taki sam kolor jak u innych ludzi. Nastrój nocy prysł, to już nie był pojedynek dobra ze złem, bieli z czernią, tylko walka dwóch mężczyzn, z których każdy mógł zginąć. Z tym że jeden dużo łatwiej niż drugi.
Starli się pośrodku polanki i po trzecim ciosie Altsin zrozumiał, że pałasz to nie pałka, a umiejętności nabyte pod okiem Cetrona to za mało w starciu z maszyną do walki, jaką był szkolony od dziecka na szermierza synalek szlacheckiego rodu.
Ledwo sparował te pierwsze trzy uderzenia. Czwartego nawet nie zobaczył.
Pałasz sięgnął go samym końcem sztychu, ciosem, który wywołał u złodzieja rozmazany srebrny powidok. Altsin poczuł, jakby dostał w prawy obojczyk wiosłem ciężkiej galery, skórzana kurtka i jej poczernione kółka i ćwieki złagodziły nieco siłę uderzenia, ale to było za mało. Czas zwolnił. Nagle poczuł, że nie może unieść broni do następnej parady, ostrze zaciążyło mu w dłoni stufuntowym ciężarem, a jego sztych nieubłaganie zmierzał ku ziemi. Chłopak skupił się, usiłując utrzymać je w poziomie, a wtedy ból wybuchł w nim kulą ognia. Od obojczyka, przez ramię, aż do dłoni, paraliżując prawy bok.
Nogi ugięły się pod nim, broń wypadła z ręki i sam nie wiedział jak, znalazł się na kolanach.
Baron jeszcze nie skończył. Cofnął się o kilka kroków i spojrzał na niego z czymś w rodzaju zainteresowania w jasnych oczach.
– Otwieranie Małża. Tak mój nauczyciel nazywał ten cios, kapitanie. Przecina się nerw i paraliżuje prawą stronę ciała przeciwnika. A skoro tak interesują cię różne długości, to pewnie zaciekawi cię, że jeśli chce się go wykonać poprawnie, nie można chybić nawet o dziesiątą część cala. Mimo wszystko czegoś mnie dziś nauczyłeś...
– Baronie sek-Gres.
Głos dobiegał zza pleców złodzieja, z bardzo, ale to bardzo daleka.
– Słucham, panie hrabio.
– Proszę to skończyć. Walczycie w sądzie Reagwyra, na placu poświęconym Jego imieniu. To nie czas ani miejsce na przechwałki.
Baron ukłonił się lekko.
– Oczywiście.
Ruszył do przodu, unosząc klingę, i w tej samej chwili w głowie złodzieja wybuchło słońce.
Uchylić się! Obrót! Parada i kontra! Stopy grzęzną w błocku, w ziemi rozmiękłej od krwi, ale wspomaga się skrętem bioder i uderzenie jest perfekcyjne. Cios rozcina przeciwnikowi gardło. Ten też umiera bez jęku, jak wszyscy poprzedni.
Ciężar miecza ciągnie go w przód, nogi nie nadążają za skrętem ciała, pada na kolana i dłonie, upuszczając broń. Widzi własne przedramiona, tatuaże pod ciemną skórą wiją się jak węże, rozpełzają na boki, uciekają przed spływającą jasną krwią. Czy to jego krew? Musi być jego, inaczej rysunki nie zachowywałyby się w ten sposób. Próbuje sięgnąć po Moc, zatrzymać krwawienie i zamknąć ranę, lecz nadal nie może. Jeśli choć na mgnienie oka zdejmie osłony, zmiażdżą go. Na wzgórzach wokół są ich setki! Od najsłabszych aż do samego Dewer’hanrena. Niektórzy płaczą i krzyczą, ale atak nie słabnie. Splatają, przekuwają i drą pasma Mocy, po czym tym wszystkim uderzają w niego. Zmiótłby ich w sto uderzeń serca, gdyby nie musiał walczyć, gdyby nie reszta! Schodzą do kotlinki, w którą go zwabili, i mijając trupy towarzyszy, idą ku niemu z bronią w ręku. Tych zna jeszcze lepiej niż samego Dewer’hanrena. Werleh, Kurn’buw, potężny Honwere, inni... Zna większość od dziecka, niektórych nawet jeszcze przed urodzeniem, gdy kształtował przyszłych towarzyszy w łonach matek. Najlepsi z najlepszych. Zatrzymali ich na koniec, gdy będzie już krwawił, gdy godziny morderczej walki wycisną z niego wszystkie siły. Nauczył ich wszystkiego, wplatając w ciała i dusze umiejętności, których niektórzy uczą się przez całe życie. Mieli być jego tarczą, pancerzem!