Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Zza jego pleców wyłonił się sek-Gres. Zastąpił biały jedwab kolczugą z krótkimi rękawami, błyszczącą srebrzyście, jakby wykonano ją z zestalonej rtęci. Pod kolczugę założył skórzaną kurtkę. Hrabia kontynuował:
– Baronowi, jako szlachetnie urodzonemu, przysługuje również wybór broni. Ewennet-sek-Gres zdecydował się na pojedynkowy pałasz i lewak, broń podobną do tej, do jakiej powinien być przyzwyczajony kapitan każdej galery.
Tłumek zaszemrał z aprobatą. Ich bohater okazał się prawy i szlachetny, nie chciał wykorzystywać przewagi pochodzenia, by wybrać najlepszą dla siebie broń. Zapowiadało się przednie widowisko.
Przyniesiono miecze i sztylety. Altsin machnął demonstracyjnie obiema rękami, dłuższa klinga zaciążyła mu w dłoni, za to krótsza pasowała jak ulał. Sztylet był dobrze wyważony, z solidną głownią i szerokim jelcem, wyposażonym w kilka zębów do wyłapywania broni przeciwnika.
Mimochodem zauważył, że zarówno pałasz, jak i lewak mają zaokrąglone sztychy. To była broń do pojedynków między szlachcicami, w których niekoniecznie chodziło o zabicie przeciwnika. Można nimi było oczywiście zadać skuteczne pchnięcie, lecz wymagało to znacznie większej siły, niż gdyby walczyli normalnymi ostrzami. Biorąc pod uwagę kolczugę i skórzany pancerz barona, złodziej miał niewielkie szanse na wyprowadzenie zabójczego ciosu. Takie małe oszustwo, żeby na pewno wygrał ten, kto powinien.
Jakby nie wystarczyły różnice w umiejętnościach.
Na dany znak stanęli naprzeciw siebie, prawa ręka przed sobą, lewa z boku, dłuższe ostrze w stronę przeciwnika, krótsze przygotowane do parowania.
Hrabia stanął między nimi, uniósł rękę, zadudnił:
– W imię Reagwyra, zaczynajcie. – I cofnął się w tłum gapiów.
Altsin próbował złapać wzrok barona, ten jednak zdawał się w ogóle na niego nie patrzeć. Miał lekko przymknięte oczy i powoli nabierał powietrza, jakby skupiał się na własnym oddechu.
Skoczył do przodu bez ostrzeżenia, nie zdradzając się nawet drgnieniem powieki. Zadał dwa szerokie, lekkie i lekceważące cięcia, łatwe do wychwycenia nawet dla ignoranta. Altsin sparował je bez kłopotu i cofnął się o pół kroku. I znów, skok, dwa ciosy, proste, jakby szlachcic ćwiczył podstawowe kombinacje uderzeń w szkółce fechtunku dla dzieci, i zatrzymanie się. Drugiego uderzenia złodziej nawet nie blokował, uchylił się lekko, wiedząc, że klinga i tak go ominie. I znów, dwa, a potem jeszcze dwa ciosy, góra, góra, dół, góra. Powoli, z szerokim zamachem całego ramienia, niezbyt szybko. On go nawet nie testował, tylko się bawił, lewak trzymał wciąż za plecami, jakby był pewien, że nie będzie musiał go używać. Altsin dwa razy sparował, dwa razy uchylił się. I tyle. Jeśli baron nie zmieni sposobu walki, pojedynek przeciągnie się do rana i będzie bardzo nudny.
Po czwartym ataku, równie wolnym jak poprzednie, widzowie wydali kilka poirytowanych syknięć. Nie podobało im się. Przyszli tu po widowisko, po krew na trawie i zwycięstwo dnia nad nocą, a nie po leniwe okładanie się kawałkami żelaza. Ewennet-sek-Gres zatrzymał się, zrobił dwa kroki wstecz i rozłożył bezradnie ręce z taką miną, jakby mówił „cóż ja mogę, kiedy on nie chce walczyć”.
Wciąż nie patrzył na Altsina. Jakby złodziej był najmniej ważnym elementem całego przedstawienia. Jego rolą było przyjście tutaj z sakiewką i pozwolenie, by lepiej urodzeni mieli chwilę rozrywki. Altsin nagle zdał sobie sprawę, że podobnie jak Sanwes, był martwy już w chwili, gdy po raz pierwszy wkroczył do Klaweli. No, może ciut później, gdy baronowa zorientowała się, z kim ma do czynienia i postanowiła wykorzystać go do własnej gry. Gdy siedział na słońcu, pijąc wino, gdy planowali, w jakim stroju pokaże się na przyjęciu, gdy wiozła go tu swoim powozem, już był trupem. Bo ktoś inny, i to bez chwili wahania, tak postanowił. Jawynder miał rację. Oni nie traktowali go jak przeciwnika, tylko jak szczura, który przypadkiem wszedł im w drogę. Jak szkodnika, którego śmierci nie poświęca się więcej uwagi, niż potrzeba czasu na usunięcie trupa.
A on uczestniczył w ich grze z takim zadęciem, jakby uważał się za równego. I teraz, zgodnie z zasadami tej gry, powinien dać się malowniczo zabić, najlepiej padając z teatralnym jękiem pod nogi barona i tryskając dookoła krwią.
Młody szlachcic wreszcie spojrzał na niego, a raczej, co Altsin pojął wreszcie dokładnie, nie na niego, lecz jakby przez niego. Patrzył na ubiór, paradny strój kapitana galery, jakby złodziej był pustką utkaną z jakiegoś zaklęcia, na której ktoś powiesił ubranie. Dla kogoś, kto grał o władzę w Wysokim Mieście, jakiś portowy złodziej tak naprawdę nie istniał. Był figurą taką jak pion na planszy, pozbawioną znaczenia i człowieczeństwa. Tak naprawdę, czego Altsin był teraz pewien, Ewennet-sek-Gres zapomni o nim już w chwili, gdy będzie ocierał klingę z krwi.
Lód, o którym zdążył niemal zapomnieć, pojawił się i wypełnił mu żyły. Jakby od dołu, od stóp, wrastał w niego mroźny kwiat. Nabrał powoli powietrze, wypuścił je, niemal spodziewając się obłoku pary z ust. Sanwesowi przynajmniej zapłacił za śmierć pięć cesarskich. Jego cenił tak nisko, że chciał go dostać za nic. Ale kto powiedział, że Altsin ma grać według tych reguł do samego końca?
Lód roztopił się, ustępując miejsca ponuremu rozbawieniu – baronowi wydawało się, że zadanie chłopaka polegało na odgrywaniu kapitana mittarskiej galery do samego końca. Był tak arogancki, że nie przyszło mu nawet do głowy, że złodziej mógł wyłamać się z roli. Nie dopuszczał myśli, że portowy szczur mógł być jakimkolwiek przeciwnikiem. Nie wiedział, jak to jest, walczyć nocą w śmierdzących zaułkach, mając za broń tylko tępy nóż i kawałek deski. Może i zarżnie cię jak świniaka, myśl złodzieja była spokojna, ale postaraj się przynajmniej, żeby twoja gęba śniła mu się po nocach.
Baron znudził się wreszcie robieniem min do widzów i ruszył na przeciwnika, machając pałaszem. Patrząc, jak się porusza, Altsin był pewien, że pierwsze dwa ciosy zada tak jak poprzednio, lekko i wolno, a potem uderzy poważniej. Publika domagała się krwi, więc dostanie krew, rana zapewne nie będzie śmiertelna ani nawet ciężka, ale za to widowiskowa. Bo zabawa powinna potrwać jeszcze chwilę.