Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 173
Перейти на страницу:

Zza jego ple­ców wy­ło­nił się sek-Gres. Za­stą­pił bia­ły je­dwab kol­czu­gą z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi, błysz­czą­cą sre­brzy­ście, jak­by wy­ko­na­no ją z ze­sta­lo­nej rtę­ci. Pod kol­czu­gę za­ło­żył skó­rza­ną kurt­kę. Hra­bia kon­ty­nu­ował:

– Ba­ro­no­wi, jako szla­chet­nie uro­dzo­ne­mu, przy­słu­gu­je rów­nież wy­bór bro­ni. Ewen­net-sek-Gres zde­cy­do­wał się na po­je­dyn­ko­wy pa­łasz i le­wak, broń po­dob­ną do tej, do ja­kiej po­wi­nien być przy­zwy­cza­jo­ny ka­pi­tan każ­dej ga­le­ry.

Tłu­mek za­szem­rał z apro­ba­tą. Ich bo­ha­ter oka­zał się pra­wy i szla­chet­ny, nie chciał wy­ko­rzy­sty­wać prze­wa­gi po­cho­dze­nia, by wy­brać naj­lep­szą dla sie­bie broń. Za­po­wia­da­ło się przed­nie wi­do­wi­sko.

Przy­nie­sio­no mie­cze i szty­le­ty. Alt­sin mach­nął de­mon­stra­cyj­nie obie­ma rę­ka­mi, dłuż­sza klin­ga za­cią­ży­ła mu w dło­ni, za to krót­sza pa­so­wa­ła jak ulał. Szty­let był do­brze wy­wa­żo­ny, z so­lid­ną głow­nią i sze­ro­kim jel­cem, wy­po­sa­żo­nym w kil­ka zę­bów do wy­ła­py­wa­nia bro­ni prze­ciw­ni­ka.

Mi­mo­cho­dem za­uwa­żył, że za­rów­no pa­łasz, jak i le­wak mają za­okrą­glo­ne szty­chy. To była broń do po­je­dyn­ków mię­dzy szlach­ci­ca­mi, w któ­rych nie­ko­niecz­nie cho­dzi­ło o za­bi­cie prze­ciw­ni­ka. Moż­na nimi było oczy­wi­ście za­dać sku­tecz­ne pchnię­cie, lecz wy­ma­ga­ło to znacz­nie więk­szej siły, niż gdy­by wal­czy­li nor­mal­ny­mi ostrza­mi. Bio­rąc pod uwa­gę kol­czu­gę i skó­rza­ny pan­cerz ba­ro­na, zło­dziej miał nie­wiel­kie szan­se na wy­pro­wa­dze­nie za­bój­cze­go cio­su. Ta­kie małe oszu­stwo, żeby na pew­no wy­grał ten, kto po­wi­nien.

Jak­by nie wy­star­czy­ły róż­ni­ce w umie­jęt­no­ściach.

Na dany znak sta­nę­li na­prze­ciw sie­bie, pra­wa ręka przed sobą, lewa z boku, dłuż­sze ostrze w stro­nę prze­ciw­ni­ka, krót­sze przy­go­to­wa­ne do pa­ro­wa­nia.

Hra­bia sta­nął mię­dzy nimi, uniósł rękę, za­dud­nił:

– W imię Re­agwy­ra, za­czy­naj­cie. – I cof­nął się w tłum ga­piów.

Alt­sin pró­bo­wał zła­pać wzrok ba­ro­na, ten jed­nak zda­wał się w ogó­le na nie­go nie pa­trzeć. Miał lek­ko przy­mknię­te oczy i po­wo­li na­bie­rał po­wie­trza, jak­by sku­piał się na wła­snym od­de­chu.

Sko­czył do przo­du bez ostrze­że­nia, nie zdra­dza­jąc się na­wet drgnie­niem po­wie­ki. Za­dał dwa sze­ro­kie, lek­kie i lek­ce­wa­żą­ce cię­cia, ła­twe do wy­chwy­ce­nia na­wet dla igno­ran­ta. Alt­sin spa­ro­wał je bez kło­po­tu i cof­nął się o pół kro­ku. I znów, skok, dwa cio­sy, pro­ste, jak­by szlach­cic ćwi­czył pod­sta­wo­we kom­bi­na­cje ude­rzeń w szkół­ce fech­tun­ku dla dzie­ci, i za­trzy­ma­nie się. Dru­gie­go ude­rze­nia zło­dziej na­wet nie blo­ko­wał, uchy­lił się lek­ko, wie­dząc, że klin­ga i tak go omi­nie. I znów, dwa, a po­tem jesz­cze dwa cio­sy, góra, góra, dół, góra. Po­wo­li, z sze­ro­kim za­ma­chem ca­łe­go ra­mie­nia, nie­zbyt szyb­ko. On go na­wet nie te­sto­wał, tyl­ko się ba­wił, le­wak trzy­mał wciąż za ple­ca­mi, jak­by był pe­wien, że nie bę­dzie mu­siał go uży­wać. Alt­sin dwa razy spa­ro­wał, dwa razy uchy­lił się. I tyle. Je­śli ba­ron nie zmie­ni spo­so­bu wal­ki, po­je­dy­nek prze­cią­gnie się do rana i bę­dzie bar­dzo nud­ny.

Po czwar­tym ata­ku, rów­nie wol­nym jak po­przed­nie, wi­dzo­wie wy­da­li kil­ka po­iry­to­wa­nych syk­nięć. Nie po­do­ba­ło im się. Przy­szli tu po wi­do­wi­sko, po krew na tra­wie i zwy­cię­stwo dnia nad nocą, a nie po le­ni­we okła­da­nie się ka­wał­ka­mi że­la­za. Ewen­net-sek-Gres za­trzy­mał się, zro­bił dwa kro­ki wstecz i roz­ło­żył bez­rad­nie ręce z taką miną, jak­by mó­wił „cóż ja mogę, kie­dy on nie chce wal­czyć”.

Wciąż nie pa­trzył na Alt­si­na. Jak­by zło­dziej był naj­mniej waż­nym ele­men­tem ca­łe­go przed­sta­wie­nia. Jego rolą było przyj­ście tu­taj z sa­kiew­ką i po­zwo­le­nie, by le­piej uro­dze­ni mie­li chwi­lę roz­ryw­ki. Alt­sin na­gle zdał so­bie spra­wę, że po­dob­nie jak San­wes, był mar­twy już w chwi­li, gdy po raz pierw­szy wkro­czył do Kla­we­li. No, może ciut póź­niej, gdy ba­ro­no­wa zo­rien­to­wa­ła się, z kim ma do czy­nie­nia i po­sta­no­wi­ła wy­ko­rzy­stać go do wła­snej gry. Gdy sie­dział na słoń­cu, pi­jąc wino, gdy pla­no­wa­li, w ja­kim stro­ju po­ka­że się na przy­ję­ciu, gdy wio­zła go tu swo­im po­wo­zem, już był tru­pem. Bo ktoś inny, i to bez chwi­li wa­ha­nia, tak po­sta­no­wił. Ja­wyn­der miał ra­cję. Oni nie trak­to­wa­li go jak prze­ciw­ni­ka, tyl­ko jak szczu­ra, któ­ry przy­pad­kiem wszedł im w dro­gę. Jak szkod­ni­ka, któ­re­go śmier­ci nie po­świę­ca się wię­cej uwa­gi, niż po­trze­ba cza­su na usu­nię­cie tru­pa.

A on uczest­ni­czył w ich grze z ta­kim za­dę­ciem, jak­by uwa­żał się za rów­ne­go. I te­raz, zgod­nie z za­sa­da­mi tej gry, po­wi­nien dać się ma­low­ni­czo za­bić, naj­le­piej pa­da­jąc z te­atral­nym ję­kiem pod nogi ba­ro­na i try­ska­jąc do­oko­ła krwią.

Mło­dy szlach­cic wresz­cie spoj­rzał na nie­go, a ra­czej, co Alt­sin po­jął wresz­cie do­kład­nie, nie na nie­go, lecz jak­by przez nie­go. Pa­trzył na ubiór, pa­rad­ny strój ka­pi­ta­na ga­le­ry, jak­by zło­dziej był pust­ką utka­ną z ja­kie­goś za­klę­cia, na któ­rej ktoś po­wie­sił ubra­nie. Dla ko­goś, kto grał o wła­dzę w Wy­so­kim Mie­ście, ja­kiś por­to­wy zło­dziej tak na­praw­dę nie ist­niał. Był fi­gu­rą taką jak pion na plan­szy, po­zba­wio­ną zna­cze­nia i czło­wie­czeń­stwa. Tak na­praw­dę, cze­go Alt­sin był te­raz pe­wien, Ewen­net-sek-Gres za­po­mni o nim już w chwi­li, gdy bę­dzie ocie­rał klin­gę z krwi.

Lód, o któ­rym zdą­żył nie­mal za­po­mnieć, po­ja­wił się i wy­peł­nił mu żyły. Jak­by od dołu, od stóp, wra­stał w nie­go mroź­ny kwiat. Na­brał po­wo­li po­wie­trze, wy­pu­ścił je, nie­mal spo­dzie­wa­jąc się ob­ło­ku pary z ust. San­we­so­wi przy­naj­mniej za­pła­cił za śmierć pięć ce­sar­skich. Jego ce­nił tak ni­sko, że chciał go do­stać za nic. Ale kto po­wie­dział, że Alt­sin ma grać we­dług tych re­guł do sa­me­go koń­ca?

Lód roz­to­pił się, ustę­pu­jąc miej­sca po­nu­re­mu roz­ba­wie­niu – ba­ro­no­wi wy­da­wa­ło się, że za­da­nie chło­pa­ka po­le­ga­ło na od­gry­wa­niu ka­pi­ta­na mit­tar­skiej ga­le­ry do sa­me­go koń­ca. Był tak aro­ganc­ki, że nie przy­szło mu na­wet do gło­wy, że zło­dziej mógł wy­ła­mać się z roli. Nie do­pusz­czał my­śli, że por­to­wy szczur mógł być ja­kim­kol­wiek prze­ciw­ni­kiem. Nie wie­dział, jak to jest, wal­czyć nocą w śmier­dzą­cych za­uł­kach, ma­jąc za broń tyl­ko tępy nóż i ka­wa­łek de­ski. Może i za­rżnie cię jak świ­nia­ka, myśl zło­dzie­ja była spo­koj­na, ale po­sta­raj się przy­naj­mniej, żeby two­ja gęba śni­ła mu się po no­cach.

Ba­ron znu­dził się wresz­cie ro­bie­niem min do wi­dzów i ru­szył na prze­ciw­ni­ka, ma­cha­jąc pa­ła­szem. Pa­trząc, jak się po­ru­sza, Alt­sin był pe­wien, że pierw­sze dwa cio­sy zada tak jak po­przed­nio, lek­ko i wol­no, a po­tem ude­rzy po­waż­niej. Pu­bli­ka do­ma­ga­ła się krwi, więc do­sta­nie krew, rana za­pew­ne nie bę­dzie śmier­tel­na ani na­wet cięż­ka, ale za to wi­do­wi­sko­wa. Bo za­ba­wa po­win­na po­trwać jesz­cze chwi­lę.

1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)