Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Wyszczerzył się w trupim, pozbawionym cienia wesołości grymasie. Oto ja, pomyślał. Mały portowy szczur, który wyobrażał sobie, że może przeżyć w klatce pełnej wściekłych kotów.
W kręgu widzów poruszyło się kilku mężczyzn. Altsin zarejestrował to kątem oka razem z błyskiem na stalowych ostrzach, ale było mu wszystko jedno. Ludzie Wysserynów. Gdyby nie pałasz, przewróciłby się już na ziemię.
– Stać!!! Wszyscy stać!!!
Ten głos nie wrzeszczał, tylko grzmiał. Jakby przemawiały niebiosa. Wszyscy zamarli.
– Arolhu Wysserynie, ten człowiek wygrał pojedynek uczciwie, bez pomocy niegodnego podstępu, czarów lub osób trzecich. Tak w imieniu Pana Bitew oświadczam ja, hrabia Bendoret z domu Terleach. Czy ktoś się nie zgodzi?
Złodziej obrócił głowę. Hrabia stał w cieniu, przed nim zajęło pozycję dwóch młodych szlachetków. Kątem oka wyłowił dwóch innych, stojących nieco z boku. I kolejnych dwóch w kręgu gapiów. Wszyscy mieli broń, rękojeści półtoraków wystawały im zza pleców, widok na przyjęciu tyleż nierzeczywisty, co absurdalny. To nie były szlacheckie kordy czy inne ozdobne zabawki, tylko broń wojowników. Takich mieczy używała ciężka najemna piechota.
– Zabrać rannego do moich komnat – rozkazy hrabiego padały już ciszej, ale nie było wątpliwości, że zostaną wykonane co do joty. – Barona sek-Gresa położyć w Sali Mieczowej, służba zajmie się ciałem. Jutro będziemy opłakiwać kogoś, kto żył jak wojownik i poległ śmiercią wojownika. Chwała pamięci o jego czynach.
To dalej przedstawienie, myślał złodziej, gdy zabierano mu broń, ujmowano pod ręce i delikatnie prowadzono w stronę rezydencji. To nadal sztuka teatralna, bo on nie wymienił imienia barona, a powinien... w końcu chłopak był tu honorowym gościem... a hrabia ani razu nie wymienił jego imienia... Podobno stara szlachta nigdy nie kala sobie ust imieniem swojego wroga.
Altsin zachwiał się i poczuł, że pada.
* * *
Gdy otworzył oczy, półleżał na miękkiej sofie, a prawy bark miał spuchnięty do rozmiarów końskiej głowy. Delikatnie dotknął ręką bandaży, warstwy płótna wydawały się mieć kilka cali grubości. Zrobili mu opatrunek, psiakrew, a gdy tracił przytomność, był przekonany, że pozwolą mu się wykrwawić. Tak byłoby najlepiej dla wszystkich.
W komnacie panowały półmrok i cisza. A przecież przyjęcie powinno trwać. Zamrugał, półmrok w pomieszczeniu brał się wprost z różowiejącego nieba, zaglądającego w szerokie okno. Świtało.
Ktoś poruszył się w ciemnym kącie.
– Oprzytomniałeś. – Usłyszał nie pytanie, lecz stwierdzenie faktu. – Dobrze. Mój medyk twierdzi, że cios jednak ominął nerw, choć zaledwie o dziesiątą część cala – w głosie nie dałoby się ukryć ponurego rozbawienia, nawet gdyby jego właściciel próbował to zrobić. Nie próbował. – Czyli nie będziesz sparaliżowany. Ale straciłeś sporo krwi.
Altsin skupił wreszcie wzrok na mówiącym. Hrabia uśmiechnął się dziwnie i skinął głową.
– Dobra walka, chłopcze. Masz duszę wojownika, mimo że nie wyszywasz monogramów na kołnierzu. Choć twoją rolą miało być tylko przyjście tu i śmierć. Nasz drogi baron – wzrok szlachcica stwardniał – razem ze swoją kochanką wszystko sobie dokładnie zaplanowali. Odzyskują sakiewkę, a jednocześnie baron zyskuje sławę obrońcy honoru miasta i Pana Bitew. To miało zapewne jeszcze bardziej zbliżyć go do mnie. Byli przekonani, że nie masz szans w pojedynku. I prawie im się udało.
Złodziej oddychał z trudem.
– Wszystko wiesz... – próbował to powiedzieć głośno, ale z gardła wydobył mu się tylko szept.
– Tak. Od dawna. – Gospodarz zaśmiał się cicho. – Brałem udział w intrygach toczonych przeciw imperialnym Szczurom, w czasach, gdy Meekhan wycofywał się na wschód i nie wiadomo było, czy nie zechce jednak za wszelką cenę utrzymać ujścia Elharan. Grałem w podchody przeciw rodzinie książęcej, żeby nasz miłościwie panujący nie zrujnował miasta, kilkoma listami zdjąłem blokadę nesbordzką i rozbiłem sojusz Mittarczyków z tymi północnymi piratami. A Wysseryni sądzili, że nabiorę się na zabójcę, przed którym rzekomo ocalił mnie ich wysłannik. Przyznam, że dawno nie miałem takiej radości, gdy obserwowałem, jak wszyscy odgrywają swoje role, przekonani, że zatraciłem się w ich przedstawieniu.
Starszy szlachcic spoważniał.
– A poza tym twój przyjaciel miał zaszyty w ubraniu krótki list z informacją, kto i do czego go wynajął. Zapewne nie ufał za bardzo sek-Gresowi. Napisał nawet, kogo zawiadomić w razie swojej śmierci. Posłałem wiadomość temu człowiekowi z sugestią, żeby trzymał się z daleka. Obiecał, że tak zrobi.
Altsin miał ochotę zaśmiać się w głos. Sanwes nie był takim głupcem, za jakiego go miał, a Cetron nie okazał się starym, tłustym tchórzem, który poniechał zemsty ze strachu o własną skórę. Jedynym idiotą w całej historii był on sam. Wszystko, co zrobił, było całkowicie pozbawione sensu. Równie dobrze mógł do tej pory siedzieć przed winiarnią i pić.
– Co teraz?
– Z tobą? Powinienem cię usunąć. Szybko, cicho i bez śladu. Tak byłoby najprościej i najbezpieczniej. Niech Wysseryni i ich sojusznicy nadal sądzą, że jestem ich zabawką, a przecież ty możesz się komuś wygadać, co? I będzie kłopot.
Złodziej patrzył, jak arystokrata idzie w stronę ściany, na której wisiała imponująca kolekcja broni.
– Dwa lata temu powaliła mnie choroba. – Brzęknęły kryształy i hrabia podszedł ku złodziejowi z kielichem w dłoni. – Nikt nie potrafił mi pomóc. Czarownicy, kapłani, uzdrowiciele, nawet ci stosujący nieaspektowaną magię, zawiedli. A próbowałem wszystkiego. Są takie choroby, które wyglądają jak wyrok Wielkiej Matki, pragnącej jak najszybciej zważyć twoją duszę. Być może nawet poddałbym się jej woli, gdyby nie przebieg choroby. Pij.
Kryształ chłodził usta, a wino miało smak ciemnych gron dojrzewających w pełnym słońcu. Kilkoma łykami opróżnił kielich.