Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 173
Перейти на страницу:

Wy­szcze­rzył się w tru­pim, po­zba­wio­nym cie­nia we­so­ło­ści gry­ma­sie. Oto ja, po­my­ślał. Mały por­to­wy szczur, któ­ry wy­obra­żał so­bie, że może prze­żyć w klat­ce peł­nej wście­kłych ko­tów.

W krę­gu wi­dzów po­ru­szy­ło się kil­ku męż­czyzn. Alt­sin za­re­je­stro­wał to ką­tem oka ra­zem z bły­skiem na sta­lo­wych ostrzach, ale było mu wszyst­ko jed­no. Lu­dzie Wy­sse­ry­nów. Gdy­by nie pa­łasz, prze­wró­cił­by się już na zie­mię.

– Stać!!! Wszy­scy stać!!!

Ten głos nie wrzesz­czał, tyl­ko grzmiał. Jak­by prze­ma­wia­ły nie­bio­sa. Wszy­scy za­mar­li.

– Arol­hu Wy­sse­ry­nie, ten czło­wiek wy­grał po­je­dy­nek uczci­wie, bez po­mo­cy nie­god­ne­go pod­stę­pu, cza­rów lub osób trze­cich. Tak w imie­niu Pana Bi­tew oświad­czam ja, hra­bia Ben­do­ret z domu Ter­le­ach. Czy ktoś się nie zgo­dzi?

Zło­dziej ob­ró­cił gło­wę. Hra­bia stał w cie­niu, przed nim za­ję­ło po­zy­cję dwóch mło­dych szla­chet­ków. Ką­tem oka wy­ło­wił dwóch in­nych, sto­ją­cych nie­co z boku. I ko­lej­nych dwóch w krę­gu ga­piów. Wszy­scy mie­li broń, rę­ko­je­ści pół­to­ra­ków wy­sta­wa­ły im zza ple­ców, wi­dok na przy­ję­ciu ty­leż nie­rze­czy­wi­sty, co ab­sur­dal­ny. To nie były szla­chec­kie kor­dy czy inne ozdob­ne za­baw­ki, tyl­ko broń wo­jow­ni­ków. Ta­kich mie­czy uży­wa­ła cięż­ka na­jem­na pie­cho­ta.

– Za­brać ran­ne­go do mo­ich kom­nat – roz­ka­zy hra­bie­go pa­da­ły już ci­szej, ale nie było wąt­pli­wo­ści, że zo­sta­ną wy­ko­na­ne co do joty. – Ba­ro­na sek-Gre­sa po­ło­żyć w Sali Mie­czo­wej, służ­ba zaj­mie się cia­łem. Ju­tro bę­dzie­my opła­ki­wać ko­goś, kto żył jak wo­jow­nik i po­legł śmier­cią wo­jow­ni­ka. Chwa­ła pa­mię­ci o jego czy­nach.

To da­lej przed­sta­wie­nie, my­ślał zło­dziej, gdy za­bie­ra­no mu broń, uj­mo­wa­no pod ręce i de­li­kat­nie pro­wa­dzo­no w stro­nę re­zy­den­cji. To na­dal sztu­ka te­atral­na, bo on nie wy­mie­nił imie­nia ba­ro­na, a po­wi­nien... w koń­cu chło­pak był tu ho­no­ro­wym go­ściem... a hra­bia ani razu nie wy­mie­nił jego imie­nia... Po­dob­no sta­ra szlach­ta ni­g­dy nie kala so­bie ust imie­niem swo­je­go wro­ga.

Alt­sin za­chwiał się i po­czuł, że pada.

* * *

Gdy otwo­rzył oczy, pół­le­żał na mięk­kiej so­fie, a pra­wy bark miał spuch­nię­ty do roz­mia­rów koń­skiej gło­wy. De­li­kat­nie do­tknął ręką ban­da­ży, war­stwy płót­na wy­da­wa­ły się mieć kil­ka cali gru­bo­ści. Zro­bi­li mu opa­tru­nek, psia­krew, a gdy tra­cił przy­tom­ność, był prze­ko­na­ny, że po­zwo­lą mu się wy­krwa­wić. Tak by­ło­by naj­le­piej dla wszyst­kich.

W kom­na­cie pa­no­wa­ły pół­mrok i ci­sza. A prze­cież przy­ję­cie po­win­no trwać. Za­mru­gał, pół­mrok w po­miesz­cze­niu brał się wprost z ró­żo­wie­ją­ce­go nie­ba, za­glą­da­ją­ce­go w sze­ro­kie okno. Świ­ta­ło.

Ktoś po­ru­szył się w ciem­nym ką­cie.

– Oprzy­tom­nia­łeś. – Usły­szał nie py­ta­nie, lecz stwier­dze­nie fak­tu. – Do­brze. Mój me­dyk twier­dzi, że cios jed­nak omi­nął nerw, choć za­le­d­wie o dzie­sią­tą część cala – w gło­sie nie da­ło­by się ukryć po­nu­re­go roz­ba­wie­nia, na­wet gdy­by jego wła­ści­ciel pró­bo­wał to zro­bić. Nie pró­bo­wał. – Czy­li nie bę­dziesz spa­ra­li­żo­wa­ny. Ale stra­ci­łeś spo­ro krwi.

Alt­sin sku­pił wresz­cie wzrok na mó­wią­cym. Hra­bia uśmiech­nął się dziw­nie i ski­nął gło­wą.

– Do­bra wal­ka, chłop­cze. Masz du­szę wo­jow­ni­ka, mimo że nie wy­szy­wasz mo­no­gra­mów na koł­nie­rzu. Choć two­ją rolą mia­ło być tyl­ko przyj­ście tu i śmierć. Nasz dro­gi ba­ron – wzrok szlach­ci­ca stward­niał – ra­zem ze swo­ją ko­chan­ką wszyst­ko so­bie do­kład­nie za­pla­no­wa­li. Od­zy­sku­ją sa­kiew­kę, a jed­no­cze­śnie ba­ron zy­sku­je sła­wę obroń­cy ho­no­ru mia­sta i Pana Bi­tew. To mia­ło za­pew­ne jesz­cze bar­dziej zbli­żyć go do mnie. Byli prze­ko­na­ni, że nie masz szans w po­je­dyn­ku. I pra­wie im się uda­ło.

Zło­dziej od­dy­chał z tru­dem.

– Wszyst­ko wiesz... – pró­bo­wał to po­wie­dzieć gło­śno, ale z gar­dła wy­do­był mu się tyl­ko szept.

– Tak. Od daw­na. – Go­spo­darz za­śmiał się ci­cho. – Bra­łem udział w in­try­gach to­czo­nych prze­ciw im­pe­rial­nym Szczu­rom, w cza­sach, gdy Me­ekhan wy­co­fy­wał się na wschód i nie wia­do­mo było, czy nie ze­chce jed­nak za wszel­ką cenę utrzy­mać uj­ścia El­ha­ran. Gra­łem w pod­cho­dy prze­ciw ro­dzi­nie ksią­żę­cej, żeby nasz mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­cy nie zruj­no­wał mia­sta, kil­ko­ma li­sta­mi zdją­łem blo­ka­dę nes­bordz­ką i roz­bi­łem so­jusz Mit­tar­czy­ków z tymi pół­noc­ny­mi pi­ra­ta­mi. A Wy­sse­ry­ni są­dzi­li, że na­bio­rę się na za­bój­cę, przed któ­rym rze­ko­mo oca­lił mnie ich wy­słan­nik. Przy­znam, że daw­no nie mia­łem ta­kiej ra­do­ści, gdy ob­ser­wo­wa­łem, jak wszy­scy od­gry­wa­ją swo­je role, prze­ko­na­ni, że za­tra­ci­łem się w ich przed­sta­wie­niu.

Star­szy szlach­cic spo­waż­niał.

– A poza tym twój przy­ja­ciel miał za­szy­ty w ubra­niu krót­ki list z in­for­ma­cją, kto i do cze­go go wy­na­jął. Za­pew­ne nie ufał za bar­dzo sek-Gre­so­wi. Na­pi­sał na­wet, kogo za­wia­do­mić w ra­zie swo­jej śmier­ci. Po­sła­łem wia­do­mość temu czło­wie­ko­wi z su­ge­stią, żeby trzy­mał się z da­le­ka. Obie­cał, że tak zro­bi.

Alt­sin miał ocho­tę za­śmiać się w głos. San­wes nie był ta­kim głup­cem, za ja­kie­go go miał, a Ce­tron nie oka­zał się sta­rym, tłu­stym tchó­rzem, któ­ry po­nie­chał ze­msty ze stra­chu o wła­sną skó­rę. Je­dy­nym idio­tą w ca­łej hi­sto­rii był on sam. Wszyst­ko, co zro­bił, było cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne sen­su. Rów­nie do­brze mógł do tej pory sie­dzieć przed wi­niar­nią i pić.

– Co te­raz?

– Z tobą? Po­wi­nie­nem cię usu­nąć. Szyb­ko, ci­cho i bez śla­du. Tak by­ło­by naj­pro­ściej i naj­bez­piecz­niej. Niech Wy­sse­ry­ni i ich so­jusz­ni­cy na­dal są­dzą, że je­stem ich za­baw­ką, a prze­cież ty mo­żesz się ko­muś wy­ga­dać, co? I bę­dzie kło­pot.

Zło­dziej pa­trzył, jak ary­sto­kra­ta idzie w stro­nę ścia­ny, na któ­rej wi­sia­ła im­po­nu­ją­ca ko­lek­cja bro­ni.

– Dwa lata temu po­wa­li­ła mnie cho­ro­ba. – Brzęk­nę­ły krysz­ta­ły i hra­bia pod­szedł ku zło­dzie­jo­wi z kie­li­chem w dło­ni. – Nikt nie po­tra­fił mi po­móc. Cza­row­ni­cy, ka­pła­ni, uzdro­wi­cie­le, na­wet ci sto­su­ją­cy nie­aspek­to­wa­ną ma­gię, za­wie­dli. A pró­bo­wa­łem wszyst­kie­go. Są ta­kie cho­ro­by, któ­re wy­glą­da­ją jak wy­rok Wiel­kiej Mat­ki, pra­gną­cej jak naj­szyb­ciej zwa­żyć two­ją du­szę. Być może na­wet pod­dał­bym się jej woli, gdy­by nie prze­bieg cho­ro­by. Pij.

Krysz­tał chło­dził usta, a wino mia­ło smak ciem­nych gron doj­rze­wa­ją­cych w peł­nym słoń­cu. Kil­ko­ma ły­ka­mi opróż­nił kie­lich.

1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)