Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 120 121 122 123 124 125 126 127 128 ... 173
Перейти на страницу:

– Bliź­nię­ta Mórz. Jak­że mógł­bym o nich za­po­mnieć. Ich ka­pła­ni na­dal co mie­siąc, bez wzglę­du na po­go­dę, prze­pły­wa­ją trzy mile w oce­anie?

– Tak. Jak każe zwy­czaj.

– Ha. W ta­kim ra­zie ka­pła­ni Re­agwy­ra po­win­ni cały czas ćwi­czyć cia­ło i du­sze do wal­ki, hę? Po­win­ni być mi­strza­mi szer­mier­ki oraz zna­ko­mi­ty­mi stra­te­ga­mi, nie są­dzisz?

– Być może – zgo­dził się ostroż­nie.

– Po­dob­no świą­ty­nie mają być na­czy­nia­mi, cze­ka­ją­cy­mi, aż bóg ze­chce ob­ja­wić się świa­tu jako awen­de­ri. Cia­ła ka­pła­nów po­win­ny za­tem po­zo­sta­wać w naj­wyż­szej for­mie. Jak są­dzisz, Re­agwyr był­by dziś za­do­wo­lo­ny ze swo­ich sług? Czy gdy­by ze­chciał wy­peł­nić ludz­kie cia­ło, zjed­no­czyć się z czy­jąś du­szą, miał­by duży wy­bór?

Alt­sin przy­po­mniał so­bie więk­szość hie­rar­chów z więk­szo­ści świą­tyń.

– My­ślę, że gdy­by Re­agwyr miał wy­bie­rać, nie zna­la­zł­by wśród swo­ich ka­pła­nów zbyt wie­lu god­nych, by do­stą­pić tego za­szczy­tu.

– Bo są zbyt gru­bi, głu­pi i tchórz­li­wi, by bie­gać z bro­nią po po­lach bi­tew?

– Wła­śnie.

– Więc twier­dzisz, Mit­tar­czy­ku – ba­ron na­gle pod­niósł głos, aż cała sala przy­ci­chła – że ka­pła­ni Re­agwy­ra w na­szym mie­ście to ban­da spa­sio­nych i bo­jaź­li­wych tę­pa­ków? – Wy­raź­nie ak­cen­to­wał każ­de sło­wo. – A może całe Pon­kee-Laa to we­dług cie­bie mia­sto głup­ców i śmier­dzie­li o za­ję­czych du­szach?

Alt­sin otwo­rzył usta i przez chwi­lę nie mógł wy­du­sić z sie­bie sło­wa. Gdzie się po­dział ten przy­ja­ciel­ski i uprzej­my szlach­cic, któ­ry pod­szedł do nie­go przed kil­ko­ma chwi­la­mi? Te­raz Ewen­net-sek-Gres trząsł się z obu­rze­nia, praw­dzi­we­go czy po­zo­ro­wa­ne­go, na prze­mian bladł i czer­wie­niał i wi­dać było, że tyl­ko sza­cu­nek dla go­spo­da­rza po­wstrzy­mu­je go od rzu­ce­nia się na zło­dzie­ja.

– Może więc... znaj­dziesz w so­bie dość od­wa­gi, by za­dość­uczy­nić tej obe­ldze tak, jak przy­sta­ło męż­czyź­nie...? Hę, Mit­tar­czy­ku?

Wo­kół nich zro­bi­ło się pu­sto. Jak­by nie­wi­dzial­ny wir ode­ssał go­ści na boki.

– O co cho­dzi? – Za­nim zło­dziej zdą­żył od­po­wie­dzieć, po­ja­wił się przed nimi hra­bia Ter­le­ach.

– Ten obcy ob­ra­ził wła­śnie mia­sto i Świą­ty­nię Re­agwy­ra, pa­nie hra­bio.

Alt­sin nie za­uwa­żył, kto się usłuż­nie ode­zwał, ale nie mia­ło to zna­cze­nia. Gdy­by sek-Gres na­gle stwier­dził, że ten Mit­tar­czyk ogło­sił się wła­śnie ce­sa­rzem, wszy­scy jak je­den mąż też by to po­twier­dzi­li.

– Ka­pi­ta­nie? – Ary­sto­kra­tycz­na twarz go­spo­da­rza zwró­ci­ła się ku nie­mu.

Zło­dziej spoj­rzał mu pro­sto w oczy.

– Być może zo­sta­łem źle zro­zu­mia­ny... – za­czął nie­pew­nie.

– Nie. – Ba­ron wszedł mu w sło­wo. – Sły­sza­łem wy­raź­nie. A ta­kie obe­lgi nie mogą ujść pła­zem. Sko­ro ob­ra­ził Pana Bi­tew, niech on go oce­ni. Żą­dam sądu Re­agwy­ra.

Alt­sin przyj­rzał mu się uważ­nie. Lek­kie zgar­bie­nie ra­mion, dło­nie za­ci­śnię­te w pię­ści, usta jak wą­ska kre­ska. Szcze­re obu­rze­nie aż pa­ro­wa­ło z mło­de­go szlach­ci­ca. I wte­dy, gdy przez chwi­lę za­po­mniał, z kim ma do czy­nie­nia i nie­mal dał się na­brać, scze­pi­li się spoj­rze­nia­mi. Na mniej niż ude­rze­nie prze­stra­szo­ne­go ser­ca, lecz to wy­star­czy­ło. Na dnie źre­nic ba­ro­na nie było nie­na­wi­ści, nie­chę­ci czy pra­gnie­nia re­wan­żu, tyl­ko naj­czyst­sze roz­ba­wie­nie. Mam cię – mó­wi­ło to spoj­rze­nie. Wiem, kim je­steś. Wy­gra­łem.

Chło­pak ode­rwał wzrok i w ota­cza­ją­cym ich tłu­mie od­szu­kał ba­ro­no­wą. Cze­kał, kie­dy za­in­ter­we­niu­je. Mia­ła do­kład­nie taką minę, jaką po­win­na mieć oso­ba za­pra­sza­ją­ca nie­zbyt do­brze zna­ne­go jej ka­pi­ta­na mit­tar­skiej ga­le­ry, któ­ry przez głu­po­tę ob­ra­ził naj­lep­sze­go szer­mie­rza w mie­ście. Za­kło­po­ta­nie i nie­pew­ność oraz lek­ko płacz­li­we skrzy­wie­nie warg osób­ki, któ­ra już wie, że bę­dzie mu­sia­ła prze­pra­szać go­spo­da­rza za nie­od­po­wied­nie za­cho­wa­nie swo­je­go go­ścia. Wy­da­wa­ła się za­sko­czo­na, nie­pew­na i lek­ko prze­stra­szo­na.

Zro­zu­miał, że mu nie po­mo­że. Ba­ron uprze­dził ich ruch i te­raz wszyst­ko za­le­ża­ło od zło­dzie­ja. Przy­naj­mniej bę­dzie miał szan­sę za­bić su­kin­sy­na w wal­ce. Przez chwi­lę na­wet pra­wie w to uwie­rzył. Pra­wie. Ale ta chwi­la mi­nę­ła, a on zo­stał sam.

Alt­sin spoj­rzał jesz­cze raz na hra­bie­go.

– Chy­ba nie... – za­czął nie­pew­nie.

– Do­syć. – Go­spo­darz wy­da­wał się bar­dziej za­smu­co­ny niż roz­gnie­wa­ny, lecz wi­dać było, że pod­jął de­cy­zję. – Wszy­scy wie­dzą, że miesz­kań­cy Ar-Mit­tar nie da­rzą nas zbyt­nią mi­ło­ścią, ze szcze­rą wza­jem­no­ścią zresz­tą. Dla­te­go kpi­ny z Pon­kee-Laa ze stro­ny Mit­tar­czy­ka mógł­bym znieść, zwa­la­jąc je na karb wy­pi­te­go wina, jed­nak ob­ra­zy Re­agwy­ra nie mogę to­le­ro­wać. Zbyt wie­le za­wdzię­czam Panu Bi­tew. Gdy do­tknę­ła mnie cho­ro­ba cia­ła, po­wo­li zmie­nia­ją­ca każ­dy mój dzień w pa­smo udręk, Re­agwyr za po­śred­nic­twem swo­je­go mie­cza ule­czył mnie i wska­zał dro­gę. Po­zo­sta­ła panu stal i krew, ka­pi­ta­nie.

Ser­ce Alt­si­na biło co­raz szyb­ciej. Za­ci­snął i roz­luź­nił dło­nie. Spoj­rzał po­now­nie w oczy go­spo­da­rza, lecz za­miast tę­pe­go wzro­ku fa­na­ty­ka na­po­tkał uważ­ne, in­te­li­gent­ne i lek­ko iro­nicz­ne spoj­rze­nie. Moż­na być czło­wie­kiem głę­bo­kiej wia­ry, ale moż­na też rad­cą, po­li­ty­kiem i przy­wód­cą miej­skiej frak­cji. Moż­na ob­ser­wo­wać cu­dze gry i nie­źle się ba­wić. Naj­wy­raź­niej hra­bia uznał, że mło­de­mu ba­ro­no­wi przy­da się jesz­cze odro­bi­na sła­wy zdo­by­tej cu­dzą krwią.

Alt­sin tyl­ko ski­nął gło­wą.

Zro­bi­li im miej­sce za re­zy­den­cją, w ogro­dzie, w któ­rym ro­sły ma­ją­ce po kil­ka­set lat dęby. Śro­dek nocy, po­lan­ka mię­dzy wie­ko­wy­mi drze­wa­mi oświe­tlo­na pół­set­ką lamp i po­chod­ni, mięk­ka, po­kry­ta rosą tra­wa i dwie po­sta­cie, ma­ją­ce sto­czyć wal­kę na śmierć i ży­cie. Jed­na w bie­li i zło­cie, dru­ga w ma­to­wej czer­ni. Krąg ota­cza­ją­cych po­la­nę ga­piów nie mu­siał sy­czeć, po­war­ki­wać ani wy­da­wać zło­wro­gich okrzy­ków, żeby wia­do­mo było, komu sprzy­ja. Zło­dziej, sto­jąc po­środ­ku pla­cu, mu­siał wy­tę­żyć całą siłę woli, żeby nie za­cząć szcze­rzyć się głup­ko­wa­to. Wszyst­ko ukła­da­ło się jak w kiep­skim przed­sta­wie­niu. Po­cząw­szy od pre­tek­stu, a skoń­czyw­szy na ich ubio­rach. Biel i czerń. Dzień prze­ciw nocy, praw­da prze­ciw kłam­stwu, nasz prze­ciw ob­ce­mu.

Zwy­cięz­ca mógł być je­den.

Przy­nie­sio­no broń. Hra­bia Ter­le­ach sta­nął przed po­je­dyn­ku­ją­cy­mi się i za­kla­skał.

– Ba­ron sek-Gres wy­zwał ka­pi­ta­na Aer­we­sa Klan­na na po­je­dy­nek za ob­ra­zę Mia­sta i Pana Bi­tew. Po­nie­waż wal­ka bę­dzie mię­dzy szlach­ci­cem a czło­wie­kiem wol­nym, lecz nie­po­sia­da­ją­cym ty­tu­łu, zgod­nie z za­sa­da­mi po­je­dyn­ków ba­ron za­ło­ży pan­cerz kol­czy.

1 ... 120 121 122 123 124 125 126 127 128 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)