Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– Bliźnięta Mórz. Jakże mógłbym o nich zapomnieć. Ich kapłani nadal co miesiąc, bez względu na pogodę, przepływają trzy mile w oceanie?
– Tak. Jak każe zwyczaj.
– Ha. W takim razie kapłani Reagwyra powinni cały czas ćwiczyć ciało i dusze do walki, hę? Powinni być mistrzami szermierki oraz znakomitymi strategami, nie sądzisz?
– Być może – zgodził się ostrożnie.
– Podobno świątynie mają być naczyniami, czekającymi, aż bóg zechce objawić się światu jako awenderi. Ciała kapłanów powinny zatem pozostawać w najwyższej formie. Jak sądzisz, Reagwyr byłby dziś zadowolony ze swoich sług? Czy gdyby zechciał wypełnić ludzkie ciało, zjednoczyć się z czyjąś duszą, miałby duży wybór?
Altsin przypomniał sobie większość hierarchów z większości świątyń.
– Myślę, że gdyby Reagwyr miał wybierać, nie znalazłby wśród swoich kapłanów zbyt wielu godnych, by dostąpić tego zaszczytu.
– Bo są zbyt grubi, głupi i tchórzliwi, by biegać z bronią po polach bitew?
– Właśnie.
– Więc twierdzisz, Mittarczyku – baron nagle podniósł głos, aż cała sala przycichła – że kapłani Reagwyra w naszym mieście to banda spasionych i bojaźliwych tępaków? – Wyraźnie akcentował każde słowo. – A może całe Ponkee-Laa to według ciebie miasto głupców i śmierdzieli o zajęczych duszach?
Altsin otworzył usta i przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa. Gdzie się podział ten przyjacielski i uprzejmy szlachcic, który podszedł do niego przed kilkoma chwilami? Teraz Ewennet-sek-Gres trząsł się z oburzenia, prawdziwego czy pozorowanego, na przemian bladł i czerwieniał i widać było, że tylko szacunek dla gospodarza powstrzymuje go od rzucenia się na złodzieja.
– Może więc... znajdziesz w sobie dość odwagi, by zadośćuczynić tej obeldze tak, jak przystało mężczyźnie...? Hę, Mittarczyku?
Wokół nich zrobiło się pusto. Jakby niewidzialny wir odessał gości na boki.
– O co chodzi? – Zanim złodziej zdążył odpowiedzieć, pojawił się przed nimi hrabia Terleach.
– Ten obcy obraził właśnie miasto i Świątynię Reagwyra, panie hrabio.
Altsin nie zauważył, kto się usłużnie odezwał, ale nie miało to znaczenia. Gdyby sek-Gres nagle stwierdził, że ten Mittarczyk ogłosił się właśnie cesarzem, wszyscy jak jeden mąż też by to potwierdzili.
– Kapitanie? – Arystokratyczna twarz gospodarza zwróciła się ku niemu.
Złodziej spojrzał mu prosto w oczy.
– Być może zostałem źle zrozumiany... – zaczął niepewnie.
– Nie. – Baron wszedł mu w słowo. – Słyszałem wyraźnie. A takie obelgi nie mogą ujść płazem. Skoro obraził Pana Bitew, niech on go oceni. Żądam sądu Reagwyra.
Altsin przyjrzał mu się uważnie. Lekkie zgarbienie ramion, dłonie zaciśnięte w pięści, usta jak wąska kreska. Szczere oburzenie aż parowało z młodego szlachcica. I wtedy, gdy przez chwilę zapomniał, z kim ma do czynienia i niemal dał się nabrać, sczepili się spojrzeniami. Na mniej niż uderzenie przestraszonego serca, lecz to wystarczyło. Na dnie źrenic barona nie było nienawiści, niechęci czy pragnienia rewanżu, tylko najczystsze rozbawienie. Mam cię – mówiło to spojrzenie. Wiem, kim jesteś. Wygrałem.
Chłopak oderwał wzrok i w otaczającym ich tłumie odszukał baronową. Czekał, kiedy zainterweniuje. Miała dokładnie taką minę, jaką powinna mieć osoba zapraszająca niezbyt dobrze znanego jej kapitana mittarskiej galery, który przez głupotę obraził najlepszego szermierza w mieście. Zakłopotanie i niepewność oraz lekko płaczliwe skrzywienie warg osóbki, która już wie, że będzie musiała przepraszać gospodarza za nieodpowiednie zachowanie swojego gościa. Wydawała się zaskoczona, niepewna i lekko przestraszona.
Zrozumiał, że mu nie pomoże. Baron uprzedził ich ruch i teraz wszystko zależało od złodzieja. Przynajmniej będzie miał szansę zabić sukinsyna w walce. Przez chwilę nawet prawie w to uwierzył. Prawie. Ale ta chwila minęła, a on został sam.
Altsin spojrzał jeszcze raz na hrabiego.
– Chyba nie... – zaczął niepewnie.
– Dosyć. – Gospodarz wydawał się bardziej zasmucony niż rozgniewany, lecz widać było, że podjął decyzję. – Wszyscy wiedzą, że mieszkańcy Ar-Mittar nie darzą nas zbytnią miłością, ze szczerą wzajemnością zresztą. Dlatego kpiny z Ponkee-Laa ze strony Mittarczyka mógłbym znieść, zwalając je na karb wypitego wina, jednak obrazy Reagwyra nie mogę tolerować. Zbyt wiele zawdzięczam Panu Bitew. Gdy dotknęła mnie choroba ciała, powoli zmieniająca każdy mój dzień w pasmo udręk, Reagwyr za pośrednictwem swojego miecza uleczył mnie i wskazał drogę. Pozostała panu stal i krew, kapitanie.
Serce Altsina biło coraz szybciej. Zacisnął i rozluźnił dłonie. Spojrzał ponownie w oczy gospodarza, lecz zamiast tępego wzroku fanatyka napotkał uważne, inteligentne i lekko ironiczne spojrzenie. Można być człowiekiem głębokiej wiary, ale można też radcą, politykiem i przywódcą miejskiej frakcji. Można obserwować cudze gry i nieźle się bawić. Najwyraźniej hrabia uznał, że młodemu baronowi przyda się jeszcze odrobina sławy zdobytej cudzą krwią.
Altsin tylko skinął głową.
Zrobili im miejsce za rezydencją, w ogrodzie, w którym rosły mające po kilkaset lat dęby. Środek nocy, polanka między wiekowymi drzewami oświetlona półsetką lamp i pochodni, miękka, pokryta rosą trawa i dwie postacie, mające stoczyć walkę na śmierć i życie. Jedna w bieli i złocie, druga w matowej czerni. Krąg otaczających polanę gapiów nie musiał syczeć, powarkiwać ani wydawać złowrogich okrzyków, żeby wiadomo było, komu sprzyja. Złodziej, stojąc pośrodku placu, musiał wytężyć całą siłę woli, żeby nie zacząć szczerzyć się głupkowato. Wszystko układało się jak w kiepskim przedstawieniu. Począwszy od pretekstu, a skończywszy na ich ubiorach. Biel i czerń. Dzień przeciw nocy, prawda przeciw kłamstwu, nasz przeciw obcemu.
Zwycięzca mógł być jeden.
Przyniesiono broń. Hrabia Terleach stanął przed pojedynkującymi się i zaklaskał.
– Baron sek-Gres wyzwał kapitana Aerwesa Klanna na pojedynek za obrazę Miasta i Pana Bitew. Ponieważ walka będzie między szlachcicem a człowiekiem wolnym, lecz nieposiadającym tytułu, zgodnie z zasadami pojedynków baron założy pancerz kolczy.