Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 210
Перейти на страницу:

Bergh przy­truch­tał do nie­go, pro­wa­dząc na smy­czy dwa psy.

— Ob­wą­cha­li­śmy całą ścia­nę, pa­nie po­rucz­ni­ku. Nic nie zna­la­zły.

Ken­neth ski­nął gło­wą, tłu­miąc prze­kleń­stwo. Psy były ostat­nim po­my­słem, jaki miał, by zna­leźć ukry­te wej­ście. Bo prze­cież, do cięż­kiej cho­le­ry, rufa mu­sia­ła mieć ja­kieś po­łą­cze­nie z resz­tą stat­ku, oprócz naj­bar­dziej oczy­wi­ste­go, jak dra­bi­ny czy scho­dy. Za­nim roz­go­rza­ły na nim wal­ki, oczy­wi­ście.

— Jak są­dzisz, Bergh, jak do­sta­wa­li się na górę?

Dzie­sięt­nik prze­rwał dra­pa­nie psa za usza­mi, wy­pro­sto­wał się, tą samą ręką po­dra­pał się po po­licz­ku.

— Nor­mal­nie, tędy. — Wska­zał ścia­nę. — Tu mo­gła być ja­kaś ram­pa albo scho­dy. Drew­nia­ne, lek­kie, ła­twe do za­wa­le­nia albo spa­le­nia w ra­zie ata­ku. Jak czło­wiek przy­ło­ży twarz do ścia­ny i zer­k­nie w górę, to w kil­ku miej­scach wi­dać coś jak­by wy­pu­kło­ści ster­czą­ce na cal czy dwa. Może tam je mo­co­wa­li?

Ken­neth po­ki­wał gło­wą. Sam już coś ta­kie­go za­uwa­żył. Ścia­na nie była ide­al­nie gład­ka, a ta­jem­ni­cze wy­stę­py po­ja­wia­ły się zbyt re­gu­lar­nie jak na dzie­ło przy­pad­ku. Mimo to za­an­ga­żo­wał do ro­bo­ty psy, ma­jąc na­dzie­ję na ukry­te drzwi. Bo scho­dy sta­no­wi­ły cho­ler­nie nie­prak­tycz­ne roz­wią­za­nie, zwa­żyw­szy, że ca­łość mia­ła pięć­dzie­siąt stóp wy­so­ko­ści.

— Mo­że­my spró­bo­wać do­łem, pa­nie po­rucz­ni­ku. Mu­sie­li prze­cież mieć też przej­ście pod po­kła­dem.

— Zgła­szasz się na ochot­ni­ka, żeby tam po­wę­szyć?

Bergh uśmiech­nął się, z za­kło­po­ta­niem i wred­nie jed­no­cze­śnie.

— Nie, pa­nie po­rucz­ni­ku. Ale mamy spe­cja­li­stów od ła­że­nia po ciem­nych dziu­rach. Po­dob­no na­wet to lu­bią.

No tak. Szczu­ry. Mo­gli je­chać z kom­pa­nią na jed­nym wo­zie, a ra­czej pły­nąć na jed­nym stat­ku, ale i tak żoł­nie­rze nie uzna­ją ich za swo­ich. Zresz­tą, on też nie. Ale czas, by po­słać dru­ży­nę Ola­ga w szam­bo, jesz­cze nie nad­szedł. Jesz­cze mie­li inne opcje.

— Za­cny po­mysł, dzie­sięt­ni­ku — skwi­to­wał kwa­śno i znów oce­nił wy­so­kość ścia­ny. — Ale naj­pierw spraw­dzi­my, jak nam pój­dzie z rzu­ca­niem.

* * *

Kom­pa­nia mia­ła dwa zwo­je gru­bej, rze­mien­nej liny, któ­ra mo­gła utrzy­mać pię­ciu lu­dzi na­raz, lecz tyl­ko je­den ze­staw lek­kiej, ko­nop­no-je­dwab­nej lin­ki za­koń­czo­nej sta­lo­wą ko­twicz­ką. W gó­rach sta­no­wi­ło to, obok ha­ków, cze­ka­nów i ra­ków, pod­sta­wo­we wy­po­sa­że­nie każ­de­go od­dzia­łu Stra­ży. Po­ma­ga­ło się do­stać w miej­sca, gdzie nie dało się wspiąć o wła­snych si­łach. Ken­neth pil­no­wał, by jego Szóst­ki po­sia­da­ły przy­naj­mniej dwa ta­kie ze­sta­wy na sta­nie; je­den co praw­da prze­padł w mo­rzu, ale trze­ba się było cie­szyć tym, co zo­sta­ło. Pro­ble­mem oka­za­ła się wy­so­kość. Lin­ka mia­ła dłu­gość nie­wie­le więk­szą niż ścia­na, więc mu­sie­li rzu­cać nie­mal pio­no­wo w górę.

Za­da­nie to przy­pa­dło w udzia­le Pią­tej, bo to je­den z nich miał przy so­bie ko­twicz­kę. Pró­bo­wa­li. Nie moż­na po­wie­dzieć, że nie. Pią­ta oto­czo­na wia­nusz­kiem ki­bi­cu­ją­cych, udzie­la­ją­cych do­brych rad i po­kpi­wa­ją­cych żoł­nie­rzy z in­nych dzie­sią­tek da­wa­ła z sie­bie wszyst­ko. Po trzy­dzie­stym rzu­cie, gdy ko­twicz­ka albo od­bi­ja­ła się od drew­na, albo fru­nę­ła w nie­bo i spa­da­ła bez­sil­nie w dół, Ken­neth ge­stem przy­wo­łał do sie­bie Ve­ler­gor­fa.

— Masz ja­kiś po­mysł, że­by­śmy nie spę­dzi­li tu resz­ty dnia?

Wy­ta­tu­owa­ny dzie­sięt­nik uśmiech­nął się zło­śli­wie.

— Oczy­wi­ście, pa­nie po­rucz­ni­ku. Po­wie­dzia­łem na­wet, że po­mo­gę, ale Nur ka­zał mi spa­dać.

Ofi­cer zmarsz­czył brwi.

— Var­henn, nie mamy na to cza­su.

— Wiem, pa­nie po­rucz­ni­ku. Ale lu­dzie są zmę­cze­ni, nie­wy­spa­ni i głod­ni. Daj­my im chwi­lę od­po­czyn­ku. I roz­ryw­ki.

Ko­twicz­ka znów wy­fru­nę­ła w górę i na­gle za­trzy­ma­ła się w pół ru­chu, bo je­den z żoł­nie­rzy przy­dep­nął przez nie­uwa­gę linę. Zło­śli­we okrzy­ki i gwiz­dy za­głu­szy­ły wią­zan­kę prze­kleństw rzu­ca­ją­ce­go.

Po­rucz­nik z dzie­sięt­ni­kiem po­de­szli do żoł­nie­rzy Nura, zmę­czo­nych, zzia­ja­nych i czer­wo­nych z wy­sił­ku i zło­ści. Każ­dy z nich spró­bo­wał już za­rzu­cić ko­twicz­kę przy­naj­mniej kil­ka razy, ale ścia­na naj­wy­raź­niej drwi­ła z ich prób.

— Daj­cie mi rzu­cić. — Ve­ler­gorf wy­cią­gnął dłoń z pra­wie prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem przy­kle­jo­nym do twa­rzy.

— Ja­sne. — Krę­py Fen­lo jesz­cze się nie pod­da­wał, zer­k­nął tyl­ko złym wzro­kiem na szczyt kasz­te­lu, od­mie­rzył pięć stóp liny za­koń­czo­ne ko­twicz­ką i roz­krę­cił je w wi­ru­ją­cy dysk. — Że­byś po­tem ga­dał, że my, chło­pa­ki z Pią­tej, to nie­do­łę… uuuch… — Ci­snął ko­twicz­kę w górę. — … nie­do­łę­gi.

Cała kom­pa­nia ob­ser­wo­wa­ła, jak czte­ro­ra­mien­na ko­twicz­ka mknie w górę, cią­gnąc za sobą linę. I jak zwal­nia, za­wi­sa na chwi­lę w po­wie­trzu i spa­da.

Fen­lo Nur za­klął. Na­wet nie­zbyt szpet­nie.

— Do­bra. — Pod­niósł ko­twicz­kę i wrę­czył Ve­ler­gor­fo­wi. — Masz trzy rzu­ty. Je­śli ci się uda, pierw­szy wej­dę na górę i oso­bi­ście cię tam wcią­gnę.

— Je­den.

— Co, je­den?

— Je­den rzut.

Kil­ku straż­ni­ków z Pią­tej par­sk­nę­ło kpią­co. Nur zmru­żył oczy.

— Je­śli ci się uda za pierw­szym ra­zem, wcią­gnie­my tam cie­bie i two­ją dzie­siąt­kę, ra­cja, Pią­ta? — Od­po­wie­dział mu chó­rek przy­tłu­mio­nych po­tak­nięć. — Ale je­śli ci się nie uda, wy rzu­ca­cie aż do skut­ku i wcią­ga­cie nas.

Twa­rze straż­ni­ków z dzie­siąt­ki Nura roz­ja­śni­ły się w zło­śli­wych uśmie­chach. Ve­ler­gorf spoj­rzał na ich do­wód­cę, po­tem na Ken­ne­tha.

— Mo­że­my, pa­nie po­rucz­ni­ku? Taki mały za­kład.

— Znam tę minę. To nie za­kład, tyl­ko eg­ze­ku­cja.

— Nie ja kła­pię pasz­czą. — Spoj­rze­nie wy­ta­tu­owa­ne­go pod­ofi­ce­ra wy­ra­ża­ło naj­czyst­szą nie­win­ność. — Poza tym za­wsze jest szan­sa, że taki sta­rzec jak ja o je­den raz za dużo obe­rwał w gło­wę i pa­ku­je swo­ją dzie­siąt­kę w kło­po­ty.

Cała kom­pa­nia wwier­ca­ła się w nich spoj­rze­nia­mi, a kil­ku żoł­nie­rzy aż prze­bie­ra­ło no­ga­mi z nie­cier­pli­wo­ści. Ken­ne­tho­wi prze­mknę­ła przez gło­wę kwa­śna myśl – co też te­raz po­my­ślał­by so­bie o nich Bo­re­hed? Sto­ją na po­kła­dzie naj­więk­sze­go dzi­wu od cza­su Wo­jen Bo­gów, a w gło­wie im tyl­ko szcze­nię­ce wy­głu­py. W grun­cie rze­czy jed­nak miał w no­sie opi­nię sza­ma­na.

— Do­bra. Za­kład stoi. Jak ci się uda, Pią­ta wcią­ga na górę Dru­gą, jak nie, Dru­ga – Pią­tą. Je­den rzut, żad­nych prób, po­pra­wek ani ję­ków, że lina się po­plą­ta­ła.

Dzie­sięt­ni­cy za­sa­lu­to­wa­li.

— Roz­kaz.

— Ile cza­su po­trze­bu­jesz na przy­go­to­wa­nie się?

1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)