Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Bergh przytruchtał do niego, prowadząc na smyczy dwa psy.
— Obwąchaliśmy całą ścianę, panie poruczniku. Nic nie znalazły.
Kenneth skinął głową, tłumiąc przekleństwo. Psy były ostatnim pomysłem, jaki miał, by znaleźć ukryte wejście. Bo przecież, do ciężkiej cholery, rufa musiała mieć jakieś połączenie z resztą statku, oprócz najbardziej oczywistego, jak drabiny czy schody. Zanim rozgorzały na nim walki, oczywiście.
— Jak sądzisz, Bergh, jak dostawali się na górę?
Dziesiętnik przerwał drapanie psa za uszami, wyprostował się, tą samą ręką podrapał się po policzku.
— Normalnie, tędy. — Wskazał ścianę. — Tu mogła być jakaś rampa albo schody. Drewniane, lekkie, łatwe do zawalenia albo spalenia w razie ataku. Jak człowiek przyłoży twarz do ściany i zerknie w górę, to w kilku miejscach widać coś jakby wypukłości sterczące na cal czy dwa. Może tam je mocowali?
Kenneth pokiwał głową. Sam już coś takiego zauważył. Ściana nie była idealnie gładka, a tajemnicze występy pojawiały się zbyt regularnie jak na dzieło przypadku. Mimo to zaangażował do roboty psy, mając nadzieję na ukryte drzwi. Bo schody stanowiły cholernie niepraktyczne rozwiązanie, zważywszy, że całość miała pięćdziesiąt stóp wysokości.
— Możemy spróbować dołem, panie poruczniku. Musieli przecież mieć też przejście pod pokładem.
— Zgłaszasz się na ochotnika, żeby tam powęszyć?
Bergh uśmiechnął się, z zakłopotaniem i wrednie jednocześnie.
— Nie, panie poruczniku. Ale mamy specjalistów od łażenia po ciemnych dziurach. Podobno nawet to lubią.
No tak. Szczury. Mogli jechać z kompanią na jednym wozie, a raczej płynąć na jednym statku, ale i tak żołnierze nie uznają ich za swoich. Zresztą, on też nie. Ale czas, by posłać drużynę Olaga w szambo, jeszcze nie nadszedł. Jeszcze mieli inne opcje.
— Zacny pomysł, dziesiętniku — skwitował kwaśno i znów ocenił wysokość ściany. — Ale najpierw sprawdzimy, jak nam pójdzie z rzucaniem.
* * *
Kompania miała dwa zwoje grubej, rzemiennej liny, która mogła utrzymać pięciu ludzi naraz, lecz tylko jeden zestaw lekkiej, konopno-jedwabnej linki zakończonej stalową kotwiczką. W górach stanowiło to, obok haków, czekanów i raków, podstawowe wyposażenie każdego oddziału Straży. Pomagało się dostać w miejsca, gdzie nie dało się wspiąć o własnych siłach. Kenneth pilnował, by jego Szóstki posiadały przynajmniej dwa takie zestawy na stanie; jeden co prawda przepadł w morzu, ale trzeba się było cieszyć tym, co zostało. Problemem okazała się wysokość. Linka miała długość niewiele większą niż ściana, więc musieli rzucać niemal pionowo w górę.
Zadanie to przypadło w udziale Piątej, bo to jeden z nich miał przy sobie kotwiczkę. Próbowali. Nie można powiedzieć, że nie. Piąta otoczona wianuszkiem kibicujących, udzielających dobrych rad i pokpiwających żołnierzy z innych dziesiątek dawała z siebie wszystko. Po trzydziestym rzucie, gdy kotwiczka albo odbijała się od drewna, albo frunęła w niebo i spadała bezsilnie w dół, Kenneth gestem przywołał do siebie Velergorfa.
— Masz jakiś pomysł, żebyśmy nie spędzili tu reszty dnia?
Wytatuowany dziesiętnik uśmiechnął się złośliwie.
— Oczywiście, panie poruczniku. Powiedziałem nawet, że pomogę, ale Nur kazał mi spadać.
Oficer zmarszczył brwi.
— Varhenn, nie mamy na to czasu.
— Wiem, panie poruczniku. Ale ludzie są zmęczeni, niewyspani i głodni. Dajmy im chwilę odpoczynku. I rozrywki.
Kotwiczka znów wyfrunęła w górę i nagle zatrzymała się w pół ruchu, bo jeden z żołnierzy przydepnął przez nieuwagę linę. Złośliwe okrzyki i gwizdy zagłuszyły wiązankę przekleństw rzucającego.
Porucznik z dziesiętnikiem podeszli do żołnierzy Nura, zmęczonych, zziajanych i czerwonych z wysiłku i złości. Każdy z nich spróbował już zarzucić kotwiczkę przynajmniej kilka razy, ale ściana najwyraźniej drwiła z ich prób.
— Dajcie mi rzucić. — Velergorf wyciągnął dłoń z prawie przepraszającym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
— Jasne. — Krępy Fenlo jeszcze się nie poddawał, zerknął tylko złym wzrokiem na szczyt kasztelu, odmierzył pięć stóp liny zakończone kotwiczką i rozkręcił je w wirujący dysk. — Żebyś potem gadał, że my, chłopaki z Piątej, to niedołę… uuuch… — Cisnął kotwiczkę w górę. — … niedołęgi.
Cała kompania obserwowała, jak czteroramienna kotwiczka mknie w górę, ciągnąc za sobą linę. I jak zwalnia, zawisa na chwilę w powietrzu i spada.
Fenlo Nur zaklął. Nawet niezbyt szpetnie.
— Dobra. — Podniósł kotwiczkę i wręczył Velergorfowi. — Masz trzy rzuty. Jeśli ci się uda, pierwszy wejdę na górę i osobiście cię tam wciągnę.
— Jeden.
— Co, jeden?
— Jeden rzut.
Kilku strażników z Piątej parsknęło kpiąco. Nur zmrużył oczy.
— Jeśli ci się uda za pierwszym razem, wciągniemy tam ciebie i twoją dziesiątkę, racja, Piąta? — Odpowiedział mu chórek przytłumionych potaknięć. — Ale jeśli ci się nie uda, wy rzucacie aż do skutku i wciągacie nas.
Twarze strażników z dziesiątki Nura rozjaśniły się w złośliwych uśmiechach. Velergorf spojrzał na ich dowódcę, potem na Kennetha.
— Możemy, panie poruczniku? Taki mały zakład.
— Znam tę minę. To nie zakład, tylko egzekucja.
— Nie ja kłapię paszczą. — Spojrzenie wytatuowanego podoficera wyrażało najczystszą niewinność. — Poza tym zawsze jest szansa, że taki starzec jak ja o jeden raz za dużo oberwał w głowę i pakuje swoją dziesiątkę w kłopoty.
Cała kompania wwiercała się w nich spojrzeniami, a kilku żołnierzy aż przebierało nogami z niecierpliwości. Kennethowi przemknęła przez głowę kwaśna myśl – co też teraz pomyślałby sobie o nich Borehed? Stoją na pokładzie największego dziwu od czasu Wojen Bogów, a w głowie im tylko szczenięce wygłupy. W gruncie rzeczy jednak miał w nosie opinię szamana.
— Dobra. Zakład stoi. Jak ci się uda, Piąta wciąga na górę Drugą, jak nie, Druga – Piątą. Jeden rzut, żadnych prób, poprawek ani jęków, że lina się poplątała.
Dziesiętnicy zasalutowali.
— Rozkaz.
— Ile czasu potrzebujesz na przygotowanie się?