Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 197
Перейти на страницу:

— Adeleas i Vandene zabrały ją do małej chatki drwala, pół mili stąd — odparł równie cicho. — Moim zdaniem, przy takim zamieszaniu nikt nie zauważył kobiety z workiem na głowie. Siostry obiecały, że zostaną tam z nią na noc.

Elayne zadygotała. Wychodziło na to, że gdy tylko wzejdzie słońce, ta kobieta znowu będzie przesłuchiwana. Znajdowali się już na terytorium Andoru, co sprawiało, że przejmowała się tym o wiele bardziej, prawie jakby sama wydała rozkaz.

Niebawem siedziała w miedzianej wannie, rozkoszując się perfumowanym mydłem i tym, że jej ciało jest znowu czyste, śmiejąc się i bryzgając wodą na Birgitte, która nurzała się w drugiej wannie i też na nią pryskała; obie chichotały na widok Aviendhy, która krzywiła się przerażona, że oto siedzi po piersi w wodzie. Na szczęście jednak rozumiała, że się ośmiesza, i w końcu nawet opowiedziała wyjątkowo sprośną historyjkę o mężczyźnie, który usiadł na kolczastej segade. Birgitte też opowiedziała historyjkę, i to jeszcze bardziej nieprzyzwoitą, o kobiecie, której głowa uwięzła między sztachetami w płocie. Nawet Aviendha się czerwieniła, gdy tego słuchała. Ale tak czy siak, były to bardzo zabawne opowieści. Elayne żałowała, że sama nie zna żadnej podobnej.

Razem z Aviendhą rozczesały i wyszczotkowały sobie wzajem włosy — zgodnie z nakazami wieczornego rytuału uprawianego przez prawie-siostry — a potem, bardzo zmęczone, położyły się do łoża z baldachimem, wciśniętego do małej izdebki. We cztery do jednego łoża: ona i Aviendha, Birgitte i Nynaeve, całe szczęście, że nie było ich więcej. Wszystkie większe izby, w tym również bawialnie, kuchnie i większość korytarzy, zostały całkiem zastawione łóżkami i pryczami. Nynaeve przez pierwszą połowę nocy utyskiwała, że nie uchodzi kazać kobiecie spać z dala od męża, a przez drugą stale budziła Elayne, szturchając ją łokciem. Birgitte za nic nie chciała zamienić się miejscami, a Aviendhy raczej nie mogła prosić, by zechciała narażać się na tego rodzaju niewygody ze strony tej kobiety, więc nie wyspała się najlepiej.

Wciąż jeszcze była zaspana, kiedy następnego ranka przygotowywali się do odjazdu, w promieniach wschodzącego słońca podobnego do kuli płynnego złota. We dworze mieli niewiele koni, więc nie mogli się nimi podzielić, no, chyba że zechciałaby całkiem ich tu ogołocić, dlatego więc sama jechała na czarnym wałachu zwanym Ogniste Serce, Aviendha i Birgitte dostały nowe wierzchowce, ale tych, którzy pieszo uciekali z farmy Rodziny, nadal czekała wędrówka na własnych nogach. Odnosiło się to do prawie wszystkich Kuzynek, prowadzących juczne konie sług, oraz ponad dwudziestu kobiet, które nareszcie przestały żałować, że zdecydowały się przybyć na farmę Rodziny wiedzione nadzieją spokoju i medytacji. Strażnicy wysforowali naprzód i przeprowadzali zwiady wśród łagodnych wzgórz porośniętych wyniszczonym przez suszę lasem, pozostali natomiast rozciągnęli się niczym nadzwyczaj osobliwy wąż, którego łeb stanowiły Nynaeve, ona sama i pozostałe siostry. I oczywiście Aviendha.

Nie była to raczej grupa, która mogła długo pozostać nie zauważona — tyle kobiet podróżujących pod eskortą garstki mężczyzn, nie wspominając już o dwudziestu smagłych Poszukiwaczkach Wiatru, niezdarnie dosiadających koni i kolorowych jak egzotyczne ptaki, a także dziewięciu Aes Sedai, w tym sześciu doskonale rozpoznawalnych dla każdego, kto choć raz w życiu taką widział. No i oczywiście ta jedna, która jechała w skórzanym worku na głowie. Elayne miała przedtem nadzieję, że dotrze do Caemlyn niezauważenie, ale teraz wydawało jej się to niemożliwe. Na szczęście jednak ciągle brakowało podstaw, by ktoś mógł nabrać podejrzeń, że w tej grupie jest Dziedziczka Tronu, Elayne Trakand we własnej osobie. A wszak na samym początku bała się, że to będzie ich największy problem, że ktoś niechętny jej roszczeniom dowie się o jej obecności i pośle przeciwko nim uzbrojonych ludzi, którzy będą próbowali ją pojmać i zatrzymać w niewoli do czasu, aż sprawa sukcesji zostanie rozstrzygnięta.

Po prawdzie, należało oczekiwać, że pierwszych kłopotów nastręczą im rzemieślniczki i arystokratki z otartymi stopami, kobiety, wśród których żadna nie była przyzwyczajona do pieszych wędrówek po zapylonych pagórkach. Tym bardziej, że pokojówka Merilille mogła sobie jechać na tłustej klaczy. Nielicznym farmerskim żonom należącym do ich grupy to jakby nie przeszkadzało, ale blisko połowa kobiet posiadała przecież ziemie, dwory i pałace, a większość pozostałych mogła sobie pozwolić na kupno nieruchomości ziemskiej, jeśli nawet nie dwóch albo trzech. Do takich należały dwie złotniczki, trzy tkaczki, które wspólnie posiadały ponad czterysta krosien, kobieta, której manufaktury wytwarzały dziesiątą część wszystkich wyrobów lakierowanych produkowanych przez Ebou Dar, a także właścicielka banku. Szły z dobytkiem przytroczonym do pleców, podczas gdy ich konie niosły kosze wypełnione żywnością. Tak dyktowała konieczność. Pozbierano monety z wszystkich sakiewek i oddano je Nynaeve, która nie wypuszczała ich ze skąpej garści, ale cała ta kwota mogła nie wystarczyć na zakup żywności, paszy i noclegu dla tak wielkiej grupy aż do końca drogi, czyli do Caemlyn. A one jakby tego nie rozumiały. Narzekały głośno i nieprzerwanie przez cały pierwszy dzień marszu. A najgłośniejsza była Malien, szczupła szlachetnie urodzona dama z cienką blizną na policzku, która niemal uginała się wpół pod ciężarem wielkiego tobołka zawierającego co najmniej tuzin sukien i należących do nich zmian bielizny.

Kiedy rozbili obóz tamtej pierwszej nocy i rozpalili ogniska, by móc ugotować strawę, a potem wszyscy najedli się już fasoli i chleba, nawet jeśli nie całkiem do syta, Malien skrzyknęła arystokratki, w ich jedwabiach poplamionych w trakcie podróży. Rzemieślniczki też się przyłączyły, w tym również właścicielka banku; wieśniaczki przystanęły obok. Zanim jednak Malien zdążyła wypowiedzieć bodaj jedno słowo, w sam środek grupy wkroczyła Reanne. Twarz miała pokrytą zmarszczkami uśmiechu, a w tej sukni ze zgrzebnej burej wełny ze spódnicą zaszytą po lewej stronie, przez co ukazywała warstwy kolorowych halek, równie dobrze sama mogła być wieśniaczką.

— Jeśli chcecie wrócić do domu — oznajmiła zaskakująco cienkim głosem — to możecie to zrobić w dowolnym momencie. Z żalem was jednak informuję, że będziemy musieli zatrzymać wasze konie. Wszelako otrzymacie za nie zapłatę, najszybciej jak to się da załatwić. Jeśli jednak postanowicie zostać, to pamiętajcie proszę, że nadal obowiązują zasady przyjęte na farmie. — Niektóre z otaczających ją kobiet wytrzeszczyły oczy. Malien nie była jedyną, która gniewnie otwarła usta.

U boku Reanne jakby spod ziemi wyrosła Alise, z pięściami wspartymi na biodrach. Nie uśmiechała się tym razem.

— Zapowiedziałam, że ostatnie dziesięć będzie zmywało — przypomniała stanowczo. A potem wymieniła je z imienia: była to Jillien, pulchna złotniczka, Naiselle, chłodnooka właścicielka banku oraz osiem arystokratek. Wszystkie stały i gapiły się na nią, a ona klasnęła w ręce i dodała: — Nie każcie mi przytaczać na głos zasady obowiązującej w sytuacji, gdy któraś z was nie wywiąże się ze swego udziału w codziennych obowiązkach.

Malien, z szeroko otwartymi oczami i pomrukująca z niedowierzaniem, była ostatnia, która rzuciła się do zbierania brudnych misek, ale następnego ranka, jeszcze zanim wyruszyli w drogę, zredukowała swój tobołek, porzucając obrzeżone koronkami jedwabne suknie i bieliznę na zboczu jakiegoś wzgórza. Elayne nadal czuła, że sytuacja jest napięta, i spodziewała się wybuchu, ale Reanne znakomicie panowała nad wszystkimi, Alise jeszcze lepiej i nawet jeśli Malien oraz pozostałe patrzyły chmurnie na coraz liczniejsze tłuste plamy na ich sukniach, to jednak wystarczyło, że Reanne powiedziała kilka słów i natychmiast zabierały się do przydzielonych im zadań. Alise tylko klaskała w dłonie.

1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)