Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Już czas, Matko. Wszystko gotowe. — Oblizywała wargi czubkiem języka, a jej skośne oczy były szeroko rozwarte.
Siuan zerwała się na równe nogi i pochwyciła swój płaszcz z posłania Egwene, ale nałożywszy go częściowo, znieruchomiała.
— Widzisz, ja potrafię żeglować nocą po Palcach Smoka — powiedziała z powagą. — A kiedyś nawet, razem z moim ojcem, złowiłam morlewa. To się da zrobić.
Sheriam zmarszczyła brwi, kiedy Siuan wypadła na zewnątrz, wpuszczając przy tym do środka jeszcze więcej chłodu.
— Czasami wydaje mi się... — zaczęła, ale ostatecznie nie podzieliła się z Egwene tym, co jej się czasami wydawało. — Dlaczego to robisz, Matko? — spytała zamiast. — Po co to spotkanie nad jeziorem, po co teraz zwołujesz Komnatę? Dlaczego kazałaś nam spędzić cały wczorajszy dzień na gadaniu o Logainie z każdym, kogo spotkałyśmy? Chyba możesz mi to wyjaśnić. Jestem twoją Opiekunką Kronik. I przysięgłam lojalność.
— Mówię ci wszystko, co powinnaś wiedzieć — odparła Egwene, zarzucając sobie płaszcz na ramiona. Nie musiała tłumaczyć, do jakiego stopnia wierzy w wymuszoną przysięgę, nawet jeśli tę przysięgę złożyła jej siostra. Zwłaszcza że Sheriam mogłaby znaleźć wymówkę, by mimo przysięgi szepnąć jakieś słowo do niewłaściwego ucha. Ostatecznie Aes Sedai słynęły ze zdolności odkrycia najmniejszej szczeliny luk w pozornie solidnym murze swych obietnic. Tak naprawdę to wcale w to nie wierzyła, ale podobnie jak w przypadku lorda Bryne’a, nie powinna nawet w najmniejszym stopniu ryzykować, jeśli nie jest to absolutnie konieczne.
— W takim razie powiem ci jedno — odparła Sheriam z goryczą w głosie. — Moim zdaniem jutro twoją Opiekunką Kronik zostanie albo Romanda, albo Lelaine, a mnie wyznaczą pokutę za to, że nie ostrzegłam Komnaty. I niewykluczone, że dalej będziesz mi zazdrościć.
Egwene przytaknęła. Całkiem niewykluczone.
— Idziemy?
Czerwona kopuła słońca przykryła szczyty drzew rosnących na zachodzie, a śnieg jarzył się trupim blaskiem. Trasę wiodącą Egwene wśród wielkich śniegowych zasp wyznaczały milczące ukłony i dygnięcia służby. Ich twarze albo wyrażały niepokój, albo były całkiem pozbawione wyrazu; sługom równie prędko jak Strażnikom udzielał się nastrój tych, którym służyli.
Przez jakiś czas nie widziała ani jednej siostry, a potem jej oczom nagle ukazały się wszystkie, wielkie zgromadzenie ustawione w trzech szeregach wokół pawilonu rozbitego na jedynej w całym obozie dostatecznie rozległej wolnej przestrzeni. Z tego właśnie miejsca siostry Przemykały do gołębników w Salidarze i tu też trafiały, gdy Podróżowały z powrotem po odebraniu raportów od informatorów. Ustawienie tej wielkiej konstrukcji z wielokrotnie łatanego płótna kosztowało sporo wysiłku. Podczas ostatnich dwóch miesięcy Komnata zbierała się przeważnie w taki sam sposób jak ubiegłego ranka, względnie wciskała się do któregoś z większych namiotów. Od czasu opuszczenia Salidaru pawilon wzniesiono zaledwie dwukrotnie. Za każdym razem towarzyszyło temu mnóstwo zachodu.
Widząc zbliżające się Egwene i Sheriam, siostry z tylnego szeregu zaszemrały do tych stojących na przedzie i po chwili wszystkie rozstąpiły się na boki, otwierając przejście. Potem obserwowały je pozbawionymi wyrazu oczyma, niczym nie zdradzając, czy wiedzą albo choć tylko podejrzewają, na co się zanosi. Niczym nie zdradzając, co w ogóle sobie myślą. W żołądku Egwene zatrzepotały motyle. Pączek róży. Spokój.
Postawiła stopę na wzorzystych dywanikach ułożonych warstwami, po czym minęła pierścień koszy z płonącymi węglami opasujący pawilon, a tymczasem Sheriam wygłosiła pierwszą formułę.
— Idzie, już idzie... — Raczej trudno się było dziwić, że tym razem jej głos brzmiał nieco mniej uroczyście niż zazwyczaj. Wyczuwało się w nim namacalne wręcz zdenerwowanie.
Znowu wykorzystano te same wypolerowane ławy i okryte tkaninami skrzynie, które przydały się nad jeziorem. Tworzyły znacznie bardziej oficjalne wrażenie niż zbieranina niedopasowanych krzeseł, jakimi posługiwały się podczas mniej uroczystych posiedzeń. Kobiety stały w dwóch ukośnie względem siebie usytuowanych szeregach, w każdym dziewięć sióstr reprezentujących trzy Ajah — Zielone, Szare i Żółte po jednej stronie, Białe, Brązowe i Błękitne po drugiej. Podstawę tak powstałego trójkąta tworzyła skrzynia okryta pasiastą tkaniną, na której stała ława dla Zasiadającej na Tronie Amyrlin. Gdy na niej zasiądzie, będzie widoczna dla wszystkich zgromadzonych, znakomicie świadoma, że jest sama jedna przeciwko osiemnastu siostrom. I że się nie przebrała; wszystkie Zasiadające miały na sobie te same wspaniałe stroje co wówczas nad jeziorem. Pączek róży. Spokój.
Jedna z ław pozostawała pusta, ale tylko przez chwilę. Kiedy Sheriam skończyła swoją litanię, nadbiegła Delana. Wyraźnie zadyszana i wzburzona Szara siostra przysiadła niezdarnie między Varilin i Kwamesą, tym razem okazując niewiele swej zwykłej gracji. Uśmiechała się blado i bawiła się nerwowo sznurem ogników zdobiących jej szyję. Można było pomyśleć, że to ona stoi przed sądem. Spokój. Przecież nikogo nie będzie się tu sądzić. Na razie.
Egwene kroczyła już powoli po dywanikach, wyprzedzając idącą tuż za nią Sheriam, gdy nagle z miejsca powstała Kwamesa. Ciemną, szczupłą kobietę, najmłodszą z wszystkich Zasiadających, spowiła łuna saidara. Zanosiło się na to, że tego wieczoru nie będzie żadnych odstępstw od obowiązującego ceremoniału.
— To, co zostanie przedłożone Komnacie, tylko Komnata może rozpatrzyć — obwieściła Kwamesa. — Ktokolwiek wtargnie bez zezwolenia, czy to kobieta czy mężczyzna, czy to osoba wtajemniczona czy postronna, czy to przybywając w pokoju czy w gniewie, ja go zgodnie z prawem osądzić każę. Wiedzcie, że to, co mówię, jest prawdą; tak się na pewno stanie, jako powinność stanowi.
Ta formuła, jeszcze starsza niźli przysięga mówienia samej prawdy, wywodziła się z czasów, kiedy niemal tyleż samo Amyrlin ginęło w skrytobójczych zamachach, co umierało w inny sposób. Egwene kontynuowała swój miarowy przemarsz. Musiała się bardzo wysilać, żeby nie dotykać stuły, napominając siebie, kim jest. Zamiast tego starała się skupić na stojącej przed nią ławie.
Kwamesa, wciąż jeszcze otoczona łuną Mocy, usiadła z powrotem, a wtedy z miejsca powstała Aledrin, przedstawicielka Białych, którą również otaczała łuna. Dość urodziwa z tymi ciemnozłotymi lokami i jasnobrązowymi oczami, zwłaszcza kiedy się uśmiechała, ale tego wieczoru jej twarz miała tyle wyrazu, co kamień.
— Mogą nas tu usłyszeć takie, które nie należą do Komnaty — powiedziała chłodnym głosem z silnym taraboniańskim akcentem. — To, co się mówi w Komnacie Wieży, jest przeznaczone wyłącznie dla samej Komnaty, chyba że Komnata postanowi inaczej. Zabezpieczę naszą prywatność. Zapieczętuję nasze słowa, dzięki czemu trafią wyłącznie do naszych uszu. — Utkała pas zabezpieczający pawilon i usiadła. Wśród sióstr zgromadzonych poza pawilonem zapanowało poruszenie, odtąd bowiem miały obserwować Komnatę, nie słysząc ani słowa z tego, co się będzie w niej działo.
Dziwne, że aż w takim stopniu hierarchia wśród Zasiadających zależała od przeżytych lat, skoro przecież odwoływanie się do różnic wiekowych w oczach pozostałych Aes Sedai stanowiło występek niemal zasługujący na klątwę. Czyżby Siuan miała rację, dopatrując się prawidłowości w wieku Zasiadających? Nie. Skupienie. Spokój i skupienie.
Zacisnąwszy dłonie na fałdach płaszcza, Egwene weszła na skrzynię okrytą pasiastą tkaniną i odwróciła się. Lelaine już stała, w szalu z błękitnymi frędzlami okrywającym szczelnie ramiona, a Romanda właśnie się podnosiła, nawet nie czekając, aż Egwene usiądzie. Nie mogła dopuścić, by któraś wyrwała jej rumpel.