Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 197
Перейти на страницу:

Kiedy jednak wśniły się do Salidaru w Tel’aran’rhiod, do izdebki w Małej Wieży, którą nazwały Gabinetem Amyrlin, Egwene tam nie zastały, jedynym zaś śladem, że odwiedziła to miejsce od ostatniego spotkania, były ledwie widoczne słowa wyryte w przeżartej przez korniki desce w ścianie, jakby przez czyjąś leniwą rękę, której nie chciało się trudzić przy tym zajęciu.

ZOSTAŃCIE W CAEMLYN

I kilka stóp dalej:

NIC NIE MÓWCIE I BĄDŹCIE OSTROŻNE

Tak brzmiały instrukcje, jakich ostatnim razem udzieliła im Egwene. Mają jechać do Caemlyn i zostać tam do czasu, aż ona wykoncypuje, jak nie dopuścić, by Komnata je zasoliła i wpakowała do beczki. Przypomnienie, którego nie miały jak wymazać.

Objąwszy saidara, Elayne przeniosła, by pozostawić odpowiedź, liczbę piętnaście wyrytą wyraźnie na ciężkim stole, który kiedyś służył Egwene za biurko do pisania. Dzięki przenicowaniu splotu i podwiązaniu go jedynie ktoś, kto przeciągnąłby palcami po tych liczbach, zrozumiałby, że tak naprawdę wcale ich tu nie było. Być może dotrą do Caemlyn wcześniej niż za piętnaście dni, ale była pewna, że będzie to więcej niż tydzień.

Nynaeve podeszła do okna i rozejrzała się w obie strony, starając się jednocześnie nie wychylać głowy na zewnątrz. W Salidarze panowała noc tak samo jak w świecie jawy, księżyc odbijał się od śniegu, ale powietrze nie wydawało się zimne. Wprawdzie nie spodziewały się, że oprócz nich będzie tam ktoś jeszcze, ale gdyby jednak; to należało unikać takich spotkań.

— Mam nadzieję, że Egwene nie ma kłopotów z realizacją swoich planów — mruknęła.

— Przecież zabroniła nam o nich rozmawiać, Nynaeve. — ”Tajemnica wypowiedziana na głos dostaje skrzydeł”, tak brzmiało jeszcze jedno z ulubionych powiedzonek Lini.

Nynaeve obejrzała się na nią z krzywą miną, po czym znowu zajęła się obserwowaniem wąskiej uliczki.

— W twoim przypadku sytuacja wygląda inaczej. A ja opiekowałam się nią, kiedy była mała, zmieniałam jej pieluszki, kilka razy przetrzepałam jej siedzenie. I teraz muszę skakać, kiedy ona tylko pstryknie palcami. To trudne.

Elayne nie potrafiła się pohamować. Pstryknęła palcami.

Nynaeve, z oczyma wytrzeszczonymi ze zgrozy, obróciła się tak prędko, że aż zamieniła się w zamazaną plamę. Jej suknia z błękitnego jedwabiu też się zamazała, stając się najpierw białą szatą Przyjętej, a potem suknią z ciemnej i grubej tkaniny, którą lubiła nazywać „dobrą, mocną wełną z Dwu Rzek”. I omal nie zemdlała z ulgi, kiedy do niej dotarło, że Egwene tam nie ma, że wcale nie przysłuchiwała się temu, co ona wygadywała.

Kiedy wróciły do swych ciał i oprzytomniały na tyle, by móc powiedzieć swym przyjaciółkom, że mogą się już położyć, Aviendha z pewnością uznała to za dobry żart i Birgitte też się śmiała. Ale Nynaeve znalazła okazję do zemsty. Następnego ranka urządziła Elayne pobudkę za pomocą lodowego sopla. Wrzaski przyszłej królowej Andoru obudziły wszystkich w całej wiosce.

Trzy dni później doszło do pierwszego prawdziwego wybuchu.

21

Odpowiedź na wezwanie

Cemaros, straszliwe zimowe burze, wciąż przewalały się nad Morzem Sztormów, gwałtowne jak nigdy. Niektórzy powiadali, że tego roku cemaros stara się nadrobić za wiele miesięcy zwłoki. Niebo bezustannie rozcinały błyskawice, pokrywając je nocą pstrokacizną srebra i czerni. Ziemię chłostały wiatry i strugi deszczu, które przeobrażały nawet najlepiej ubite trakty w rzeki błota. Błoto niekiedy zamarzało wraz z zapadnięciem mroku, ale wschód słońca zawsze przynosił odwilż, nawet pod zszarzałym niebem, i ziemia na powrót przemieniała się w trzęsawisko. Rand nie umiał się nadziwić, że to wszystko stanowi aż tak wielką przeszkodę w realizacji planów.

Wezwani przez niego Asha’mani zjawili się szybko, bo już rankiem następnego dnia wyjechali na koniach z bramy prosto pod siekące strugi ulewy, która tak zasnuła niebo, że równie dobrze mógł być już zmierzch. W powietrzu po drugiej stronie otworu widać było śnieg padający w Andorze, wielkie, białe płaty wirujące gęstymi tumanami, które przesłaniały cały krajobraz. Większość mężczyzn tworzących krótką kolumnę była opatulona w grube czarne płaszcze, ale strugi deszczu zdawały się omijać zarówno ich, jak i ich konie. To może nawet nie bardzo rzucało się w oczy, jednak każdy, kto przypadkiem rzecz całą zauważył, przyglądał im się odtąd znacznie dokładniej. Wystarczył nieskomplikowany splot i człowiek pozostawał suchy, jeśli mu nie przeszkadzało, że tym samym zdradza wszystkim, kim jest. Ale do tego z kolei wystarczał czarno-biały dysk w purpurowym kręgu, który zdobił ich płaszcze. I chociaż prawie nie było ich widać zza kurtyny deszczu, to jednak czuło się dumę bijącą z aroganckich póz, w jakich siedzieli w siodłach. Dumę i butę. Oni chełpili się tym, kim są.

Ich dowódca, Charl Gedwyn, kilka lat starszy od Randa, był średniego wzrostu i podobnie jak Torval nosił Miecz oraz Smoka wpięte w wysoki kołnierz kaftana, znakomicie skrojonego z najprzedniejszego czarnego jedwabiu. Miecz miał suto zdobiony srebrem, okuty srebrem pas zapinał się na srebrną sprzączkę w kształcie zaciśniętej pięści. Gedwyn przedstawiał się jako Tsorovan’m’hael; czyli w Dawnej Mowie Dowódca Oddziałów Szturmowych, cokolwiek by to miało znaczyć. Aczkolwiek przy takiej aurze to miano zdawało się nawet całkiem trafne.

Gedwyn stanął w wejściu do namiotu Randa i zapatrzył się ponurym wzrokiem na kaskady deszczu. Namiot otaczała warta złożona z siedzących na koniach Towarzyszy, dzielił ich dystans tylko trzydziestu kroków, a jednak ledwie ich było widać. Równie dobrze wszelako mogli być posągami lekceważącymi nawałnicę.

— Niby jak miałbym kogoś znaleźć w taką pogodę? — burknął Gedwyn, oglądając się przez ramię na Randa. — Lordzie Smoku — dodał po chwili. Patrzył twardym i wyzywającym spojrzeniem, ono nie ulegało zmianie, czy spoczywało na człowieku, czy na sztachecie w płocie. — Razem z Rochaidem sprowadziliśmy ośmiu Oddanych i czterdziestu Żołnierzy, dość, by zniszczyć armię albo nastraszyć dziesięciu królów. Nawet Aes Sedai zasłoniłyby oczy na nasz widok — dodał złośliwie. — Ażebym sczezł, we dwóch uporalibyśmy się z takim zadaniem. Albo ty sam, w pojedynkę. Po co ci ktoś jeszcze?

— Oczekuję posłuszeństwa, Gedwyn — odparł chłodno Rand. Dowódca Oddziałów Szturmowych? A Manel Rochaid, drugi po Gedwynie, przedstawiał się jako Baijan’m’hael, Dowódca Oddziałów Natarcia. Co temu Taimowi chodziło po głowie, że wymyślał nowe rangi? Ten człowiek miał się zajmować wytwarzaniem broni. Takiej broni, która dostatecznie długo pozostanie przy zdrowych zmysłach, by mogła okazać swą przydatność. — I nie życzę sobie, żebyś marnował czas na kwestionowanie moich rozkazów.

— Jak każesz, Lordzie Smoku — odburknął Gedwyn. — Natychmiast wysyłam ludzi. — Zasalutował, przykładając dłoń do piersi, i wkroczył w sam środek nawałnicy. Ulewne strugi odskakiwały od niego, ześlizgując się po tarczy, którą utkał wokół własnego ciała. Rand zastanawiał się, czy ten człowiek w ogóle się zorientował, jak bliski był śmierci, gdy bez ostrzeżenia objął saidina.

„Musisz go zabić, zanim on zabije ciebie” — zachichotał Lews Therin. — „Bo będą chcieli cię zabić, wiesz przecież. A tylko martwi nie są zdolni do zdrady”. Głos w głowie Randa popadł w zadumę. „Tylko że czasami oni nie umierają. Czy ja umarłem? A ty?”

1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)