Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
Oczy Mathicluanny oddaliły się od siebie. Jej uśmiech przypominał mu ten dzień w stolicy, gdy ich korony po raz pierwszy zetknęły się ze sobą… i oszołomiony Uthacalthing stanął jak wryty na samym środku zatłoczonej ulicy. Na wpół oślepiony przez glif, który nie miał żadnej nazwy, podążał jej śladem przez zaułki, mosty i mroczne kawiarnie, poszukując jej z rosnącą desperacją, aż wreszcie znalazł ją czekającą na niego na ławce w odległości mniejszej niż dwanaście sistaarów od miejsca, w którym po raz pierwszy ją wyczuł.
— Widzisz? — zapytała go we śnie głosem tamtej dziewczyny z dawnych czasów. — Jesteśmy kształtowani. Zmieniamy się. Niemniej to, czym ongiś byliśmy, również pozostaje na zawsze.
Uthacalthing poruszył się. Obraz jego żony zmarszczył się, po czym zniknął wśród drobnych, rozkołysanych fal światła. Glifem unoszącym się w miejscu, gdzie się wcześniej znajdowała, było syulif-tha… symbolizujące radość płynącą z nie rozwiązanej jeszcze zagadki.
Westchnął i usiadł, pocierając sobie oczy.
Z jakiegoś powodu Uthacalthing sądził, że jasne światło dnia może rozproszyć glif. Syulif-tha było już jednak teraz czymś więcej niż tylko snem. Bez żadnego impulsu z jego strony uniosło się w górę i oddaliło powoli w stronę jego towarzysza, wielkiego Thennanianina.
Kault siedział zwrócony do Uthacalthinga plecami, wciąż pochłonięty swymi badaniami. Kompletnie nie zauważył syulif-tha, które przekształciło się subtelnie… i zmieniło w syulif-kuonn. Glif ulokował się powoli nad grzebieniem grzbietowym Kaulta, obniżył się, osiadł na nim i zniknął. Uthacalthing wytrzeszczył oczy ze zdumienia, gdy Kault chrząknął i podniósł wzrok. Ze szczelin oddechowych Thennanianina popłynęło sapanie. Odłożył on instrumenty i odwrócił się w stronę Uthacalthinga.
— Jest tu coś bardzo dziwnego, kolego. Coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Uthacalthing zwilżył wargi, zanim udzielił odpowiedzi.
— Powiedz mi, co cię niepokoi, szanowny ambasadorze. Głos Kaulta brzmiał jak niskie dudnienie.
— Wygląda na to, że istnieje stworzenie… które niedawno żerowało w tych kępach jagód. Dostrzegałem ślady jego posiłków już od kilku dni, Uthacalthing. Jest wielkie… bardzo wielkie jak na mieszkańca Garthu.
Tymbrimczyk wciąż próbował oswoić się z myślą, że syulif-kuonn przebiło się do Kaulta, podczas gdy tak wiele bardziej subtelnych i potężniejszych glifów nie zdołało tego dokonać.
— Doprawdy? Czy to jest ważne?
Kault przerwał, jak gdyby nie był pewien, czy ma powiedzieć coś więcej. Wreszcie Thennanianin westchnął.
— Mój przyjacielu, to nadzwyczaj dziwne. Muszę ci jednak powiedzieć, że od czasów Bururalskiej Masakry nie powinno tu być zwierzęcia zdolnego sięgnąć tak wysoko między te krzaki. Ponadto sposób jego żerowania jest zgoła nadzwyczajny.
— Nadzwyczajny pod jakim względem? Grzebień Kaulta nadął się w krótkich sapnięciach, co wskazywało na niepewność.
— Proszę cię, żebyś się ze mnie nie śmiał, kolego.
— Śmiać się z ciebie? Nigdy! — skłamał Uthacalthing.
— W takim razie powiem ci wszystko. Nabrałem już przekonania, że to stworzenie ma ręce, Uthacalthing. Jestem tego pewien.
— Hm — wyraził niezobowiązujący komentarz Tymbrimczyk. Głos Thennanianina stał się jeszcze cichszy.
— Kryje się w tym jakaś tajemnica, kolego. Tu na Garthu dzieje się coś bardzo dziwnego.
Uthacalthing zapanował nad swą koroną. Wymazał z twarzy wszelki wyraz. Teraz zrozumiał dlaczego syulif-kuonn — symbolizujące oczekiwanie na wypełnienie się dowcipu — zdołał się przebić tam, gdzie nie zdołał tego dokonać żaden inny glif.
To ja padłem ofiarą tego dowcipu!
Tymbrimczyk wyjrzał za krawędź ich markizy, gdzie jasne popołudnie zaczęło nabierać kolorów pod wpływem chmur przelewających się nad górami.
Jego ukrywający się w buszu wspólnik podrzucał „wskazówki” już od tygodni, od czasu gdy tymbrimski jacht rozbił się tam, gdzie pragnął tego Uthacalthing — na krawędzi bagien, daleko na południowy wschód od gór. Mały Jo-Jo — atawistyczny szym, który nie potrafił nawet mówić inaczej jak za pomocą rąk — wędrował tuż przed Uthacalthingiem nagi jak zwierzę, pozostawiał zwodnicze odciski stóp, wykonywał kamienne narzędzia, które podrzucał na ich drodze, i utrzymywał słaby kontakt z Uthacalthingiem za pośrednictwem błękitnej kuli strażniczej.
Wszystko to stanowiło część skomplikowanego planu, który miał w nieubłagany sposób doprowadzić Thennanianina do wniosku, że na Garthu istnieje przedrozumne życie. Kault jednak nie dostrzegł żadnego ze śladów! Żadnej ze specjalnie spreparowanych wskazówek!
Nie, tym, co Kault wreszcie zauważył, był sam Jo-Jo… ślady pozostawione przez małego szyma, gdy żerował w okolicy!
Uthacalthing zdał sobie sprawę, że syulif-kuonn miało całkowitą rację. Żart, którego ofiarą padł, był naprawdę przezabawny.
Odniósł wrażenie, że niemal może usłyszeć ponownie głos Mathicluanny.
— Nigdy nie wiadomo… — zdawała się mówić.
— To zdumiewające — rzekł do Thennanianina. — To po prostu zdumiewające.
61. Athaclena
Od czasu do czasu niepokoiła się, że za bardzo przyzwyczaja się do zmian, które w niej zaszły. Przestawione zakończenia nerwowe, przemieszczona tkanka tłuszczowa, zabawna wyniosłość jej tak teraz humanoidalnego nosa — były to rzeczy, z którymi tak już się zżyła, że czasami zastanawiała się, czy będzie w stanie wrócić do standardowej tymbrimskiej morfologii.
Ta myśl napawała ją strachem.
Do tej pory istniały poważne powody do podtrzymywania tych upodabniających ją do człowieka przekształceń. Gdy dowodziła armią znajdujących się w połowie procesu Wspomagania podopiecznych dzikusów, upodobnienie się wyglądem do ludzkiej kobiety mogło być dobrym posunięciem politycznym. Tworzyło to rodzaj więzi pomiędzy nią a szymami i gorylami.
Oraz Robertem — przypomniała sobie.
Athaclena zastanowiła się, czy będą jeszcze kiedyś eksperymentować we dwoje — jak robili to ongiś — z na wpół zakazaną słodyczą międzygatunkowego flirtu? W tej chwili wydawało się to bardzo mało prawdopodobne. Ich związek małżeński uległ redukcji do pary podpisów na kawałku kory drzewa — użytecznego aktu politycznego. Nic już nie było takie jak przedtem.
Spojrzała w dół. W mrocznej wodzie rozciągającej się przed nią zobaczyła własne odbicie.
— Ni pies, ni wydra — szepnęła w anglicu. Nie pamiętała, gdzie przeczytała lub usłyszała ten zwrot, rozumiała jednak jego przenośny sens. Każdy młody tymbrimski mężczyzna, który ujrzałby ją w jej obecnym kształcie, z pewnością pękłby ze śmiechu. Jeśli zaś chodzi o Roberta, cóż, przed niespełna miesiącem czuła się mu bardzo bliska. Jego narastający pociąg do niej — ten surowy głód dzikusa — pochlebiał jej i sprawiał przyjemność w dość śmiały sposób.
Teraz jednak Robert jest z powrotem wśród swoich. A ja jestem sama.
Athaclena potrząsnęła głową. Postanowiła odpędzić od siebie podobne myśli. Wzięła w rękę manierkę i rozproszyła swe odbicie, wlewając do sadzawki ćwierć litra jasnego płynu. Błoto w pobliżu brzegu zabulgotało, przesłaniając delikatną, oplatającą staw pajęczynę wąsów zwisających z przebiegających nad nim pnączy.