Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Odkąd Kuzyni zakłócali sygnał satelitów nawigacyjnych, nie byliśmy w stanie ustalić szerokości geograficznej, ale mogliśmy szacować przebytą drogę i na tej podstawie wyliczać w przybliżeniu nasze położenie. Kiedy uznaliśmy, że zbliżamy się do stacyjki, włożyłem wszystkie posiadane ciepłe rzeczy i napełniłem pęcherz paliwowy w kombiworze. Plecak, który dostałem przy okazji voco, był za mały, za nowy i zbyt elegancki, ale Yul powiedział, że ma w aporcie inny — większy, na metalowym stelażu. Opatuliliśmy się więc i przeszliśmy pomostami na platformę z tyłu pociągu. Wiatr wiał nam w plecy, ale i tak potykaliśmy się i wymachiwaliśmy rozpaczliwie rękami, kiedy sanie podskakiwały na nierównościach lodu. Odgarnęliśmy z aportu trzystopową warstwę śniegu. Śnieg padał zresztą przez cały czas i chwilami nie nadążaliśmy z uprzątaniem go, ale w końcu wdarliśmy się do środka pojazdu, przeleźliśmy na tył i wygrzebaliśmy stary wojskowy plecak, który w towarzystwie, w jakim miałem się niebawem obracać, nie powinien wzbudzić podejrzeń. Przełożyłem do niego zawartość mojego małego plecaczka, a wolne miejsce zapełniliśmy batonikami, zapasowym ubraniem i różnymi drobiazgami. Na wszelki wypadek przypiąłem też do niego (od zewnątrz) rakiety śnieżne.
Wróciliśmy do lokomotywy, gdzie Gnel dał mi trochę monet: wystarczająco dużo, żebym mógł opłacić dalszy przejazd, ale nie aż tyle, żeby przylgnęło do mnie piętno bogacza. Sammann wydrukował mi mapę okolic portu. Cord objęła mnie i cmoknęła w policzek. Wyszedłem na pomost, ściągnąłem mocniej troki obrębionego sztucznym futrem kaptura, który osłaniał mi twarz przed wichurą, i spojrzałem w lewo, gdzie podążały za nami trzy niewielkie zaprzęgi, jak szczeniaki za matką. Zmaterializowały się w ciągu ostatniego kwadransa. Każdy składał się z gąsienicowego ciągnika i kilku przyczepionych do niego sań o różnej konstrukcji i przeznaczeniu. Otwarte platformy służyły do przewozu towarów. Na jednej odbywał się właśnie załadunek: zaprzęg zrównał się z nami na wysokości naszych trzecich sań, z których jacyś ludzie zrzucali pudła i spychali ciężkie worki. Większość sań w zaprzęgach była jednak osłonięta: na platformach rozbito namioty. Dostrzegłem dwóch mężczyzn w pomarańczowych kombiworach, którzy zeskoczyli z naszego pociągu i chowali się właśnie w jednym z namiotów.
Sammann dał mi jedną wskazówkę i kazał zapamiętać dwie reguły. Wskazówka brzmiała: znajdź sanie, na których będzie dużo pasażerów; w liczbie siła. Reguła pierwsza: pod żadnym pozorem nie schodź na lód; sanie odjadą, a ty umrzesz. Do reguły drugiej będzie jeszcze okazja nawiązać.
Przez piętnaście minut chodziliśmy z Gnelem tam i z powrotem po pomostach, wypatrując czegokolwiek mniejszego niż te trzy zaprzęgi. Przy naszym pociągu wydawały się malutkie, ale znacznie przewyższały rozmiarami przeciętne pojazdy spotykane na południowych drogach. Domyślałem się, że szykują się do przeprawy przez góry. Nigdzie jednak nie widzieliśmy małych, zwinnych maszyn, które miały przemycać towary i pasażerów w pobliżu portu. Nie pojawiła się ani jedna — prawdopodobnie z powodu niesprzyjającej pogody.
W końcu wypatrzył mnie bystrooki kierowca jednego z zaprzęgów. Dodał gazu, aż ciągnik prychnął kłębami czarnego dymu, i podjechał do nas. Miał tylko jedne sanie. Uchylił okno w ciągniku, wystawił owłosioną, ogorzałą twarz i wykrzyknął cenę. Cofnąłem się i obejrzałem jego sanie. Puste. Obniżył cenę, zanim zdążyłem się odezwać.
Skakanie do pierwszych sań, które się napatoczyły, wydawało mi się nierozsądne, więc pokręciłem głową i skierowałem się do miejsca, gdzie jeden z większych zaprzęgów zbierał pasażerów. Sprawiał znacznie bardziej profesjonalne wrażenie, jeśli można tak powiedzieć, ale — niestety — przyszedłem za późno: na saniach rozgościły się już zorganizowane bandy podróżnych, którzy spoglądali na mnie w taki sposób, że nie miałem wątpliwości, że nie będę wśród nich mile widzianym gościem. W dodatku cena była wygórowana. Trzeci zaprzęg, mieszany, złożony z sań towarowych i osobowych, wyglądał bardziej obiecująco; nabrał dostatecznie dużo pasażerów, żebym nie musiał się bać, że zostanę na lodzie.
Widząc, że ja i paru innych samotników wdajemy się w negocjacje z kierowcą, właściciel najmniejszego zaprzęgu spadł na nas jak sęp. Podjechał od przodu, żebym mógł zajrzeć do rozbitego na saniach namiotu, w którym miał już dwóch pasażerów. Uchylił też drzwi ciągnika i mignęła mi deska rozdzielcza, nad którą znajdował się wyświetlacz z przewijającą się przez ekran zygzakowatą linią. Sonar. Reguła druga zakazywała mi wsiadania do zaprzęgu bez sonaru: urządzenia sondującego falami dźwiękowymi grunt przed pojazdem i ostrzegającego przed szczelinami w lodzie. Ciągnik na długich gąsienicach pokonywał wprawdzie bezpiecznie większość szczelin, ale zdarzały się i takie, które pochłonęłyby go wraz z resztą zaprzęgu.
Zapytałem kierowcę, dokąd jedzie.
— Kola — odpowiedział.
Dłuższy zaprzęg, mieszany, zmierzał do Imnash. Wiedzieliśmy, że następny lodołamacz odpływa z Koli za trzydzieści jeden godzin. Ustaliwszy cenę, zrzuciłem plecak na sanie i stałem się ich trzecim pasażerem. Zgodnie z panującym zwyczajem zapłaciłem połowę stawki z góry, drugą zaś zatrzymałem w kieszeni i miałem przekazać po dowiezieniu mnie na miejsce. Jeszcze przez kwadrans kierowca obskakiwał pociąg to z jednej, to z drugiej flanki; udało mu się zgarnąć kolejnego pasażera, tym razem z prawej strony. Podesty lokomotywy i olbrzymich sań opustoszały i wszystkie trzy zaprzęgi jak na dany sygnał odskoczyły od pociągu. Domyśliłem się, że zbliżamy się do stacyjki, na której do pociągu wsiadają inspektorzy.
W odległości pięćdziesięciu stóp pociąg lodowy ginął w zadymce, ze stu stóp stawał się w zasadzie niewidoczny, minutę później jazgot wichury przytłumił nawet dudnienie elektrowni zasilającej lokomotywę, a wysoki wizg motoru ciągnika całkowicie je zagłuszył.
Zupełnie inną wizję miałem przed oczami, kiedy dwa tygodnie wcześniej wychodziłem po voco z prezbiterium. Nawet kiedy postanowiłem podążyć za Orolem na drugą stronę bieguna, nie wyobrażałem sobie, że ostatni odcinek pokonam w taki właśnie sposób. Gdyby ktoś w Sambie uprzedził mnie, że czeka mnie taka przejażdżka, wymówiłbym się od niej pod jakimś pretekstem i pojechał prosto do Tredegarha. Nie wiedziałbym tylko jednego: jak bardzo zrutynizowany jest ten proces. Ludzie regularnie podróżowali w ten sposób. Musiałem tylko jakoś zabić najbliższe dwadzieścia cztery godziny, bo tyle czasu potrzebował zaprzęg, żeby dotrzeć do morza.
Siedzieliśmy we czterech na ławkach ustawionych wzdłuż kierunku jazdy, mogących pomieścić osiem osób. W kombiworach byliśmy prawie nie do odróżnienia, chociaż mój wyróżniał się nowością (mimo że nie zdejmowałem go już od tygodnia). Na nic się zdały nasze starania, żeby wyposażyć mnie w bagaż o należycie żałosnym wyglądzie: mój plecak i tak błyszczał przy poliplastowych torbach powiązanych sznurkiem i polepionych taśmą, które zabrali ze sobą pierwsi dwaj podróżni. Trzeci miał starą walizkę, obwiązaną równo plecioną siatką z żółtego sznura.
Pierwsi dwaj nazywali się Laro i Dag, trzeci Brajj; extramuros były to całkiem pospolite imiona. Przedstawiłem się jako Vit. Jazgot silnika utrudniał konwersację, zresztą moi współpasażerowie i tak nie sprawiali wrażenia szczególnie rozmownych. Laro i Dag skulili się pod kocem; wyglądali na braci. Brajj, który dosiadł się do nas ostatni, usiadł najbliżej tyłu sań i wyjścia z namiotu, zostawiając mnóstwo miejsca między swoim ciałem (był niewiele większy ode mnie) i walizką. Nikt jednak nie zamierzał mu tej przestrzeni odbierać, gdyż regularnie zawiewał ją śnieg, podrywany z ziemi pędem jadących sań.