Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Sprawdzę, czyście mnie zrozumieli – powiedział Molina. – No, zobaczymy, o, na przykład ty, powtórz, co będziesz robił.
Ten, co miał być z nim w jednej dwójce, podał mu butelkę i Trifulcio pociągnął łyk: mrówki w całym ciele, a potem gorąco. Trifulcio wyciągnął do niego rękę: bardzo mi miło, a czy jemu, co mieszka w Limie, ta wysokość nie szkodzi? Nie, powiedział Ludovico i uśmiechnął się do siebie. No a ty, mówił Molina i jakiś gość wstawał: ja na parterze, z lewej od tyłu, razem z tym. I Molina: a ty? Wstawał inny: na galerii, w środku, razem z nim. Wszyscy wstawali, kiedy ich pytał, ale kiedy doszło do Trifulcia, nie podniósł się: na parterze, przy samej scenie, razem z tym panem. Dla czarnuchów jest balkon! powiedział Urondo i rozległy się śmiechy.
– Więc już chyba wiecie – powiedział Molina. – Macie siedzieć cicho, póki nie usłyszycie gwizdu i hasła. To znaczy okrzyku: Niech żyje generał Odria! Kto krzyknie?
– Ja – powiedział ten co dawał rozkazy. – Będę w pierwszym rzędzie balkonu, w samym środku.
– Ale ja bym chciał jeszcze coś wyjaśnić, inspektorze Molina – powiedział czyjś zażenowany głos. – Oni się dobrze przygotowali. Widziałem ich ludzi, jak jeździli samochodami i robili propagandę. To znane zabijaki, inspektorze. Na przykład Arguelles. Stary nożowiec, proszę pana.
– I sprowadzili gorylów z Limy – powiedział inny głos. – Co najmniej piętnastu, panie inspektorze.
– Ci z policji, co ich Molina ściągnął, nie mieli zaprawy, u nich całe morale w piętach – powiedział Ludovico. – Zaraz wywąchałem, że jeżeli tylko coś będzie nie tak, oni zaczną wiać.
– Jak nie wszystko się uda, to od tego są policjanci – powiedział Molina. – Dostali wyraźne rozkazy. Chyba że wszyscy stchórzycie jak baby.
– Jeżeli pan myśli, że to ze strachu, to pan się myli, inspektorze – powiedział ten zażenowany głos. – Chciałem tylko panu wyjaśnić.
– W porządku, już mi wyjaśniłeś – powiedział Molina. – No więc ten pan daje sygnał, a wy wtedy robicie piekło. Popychacie ludzi do wyjścia, na ulicę, a tam już nasza kontrmanifestacja. Przyłączacie się do tych z Partii Odnowy, a po mityngu na placu znowu zbiórka tutaj.
Jeszcze raz dali popić i rozdawali papierosy, a potem gazety do owinięcia łańcuchów, kastetów, pałek. Molina i ten co dawał rozkazy zrobili jeszcze przegląd, pochowajcie to dobrze, zapnij sobie kurtkę, a kiedy doszło do Trifulcia, ten co dawał rozkazy dodał mu otuchy: już ci lepiej, Murzynie, co? od razu widać. Tak, powiedział Trifulcio, lepiej, i pomyślał pies ci mordę, taka twoja. Uważać ze strzelaniem w powietrze, powiedział Molina. Na ulicy czekały taksówki. My do tej, powiedział Ludovico Panto ja i Trifulcio wsiadł za nim. Pierwsi stanęli pod teatrem. Przy wejściu kręciło się trochę ludzi, rozdawali ulotki, ale parter był prawie pusty. Usiedli w trzecim rzędzie i Trifulcio zamknął oczy: tak, teraz, żyły mu pękną, krew spryska cały teatr. Źle z tobą, co? powiedział facet z Limy. A Trifulcio: nie, bardzo dobrze. Zaczynały wchodzić następne dwójki, siadali na swoich miejscach. Kilku smarkaczy krzyczało: Wol-ność, Wol-ność. Ludzie ciągle napływali i parter się zapełniał.
– Dobrze, żeśmy tak wcześnie przyszli – powiedział Trifulcio. – Nie chciałoby mi się cały czas stać.
– Tak, don Cayo, już się zaczęło – powiedział prefekt. – Teatr prawie pełny. Kontrmanifestacja powinna w tej chwili wychodzić z targowiska.
Najpierw zapełnił się parter, potem galeria, potem przejścia, a teraz ludzie tłoczyli się przy samej scenie i chcieli przerwać kordon mężczyzn z czerwonymi opaskami, to była służba porządkowa. Na scenie stało może ze dwadzieścia krzeseł, mikrofon, flaga państwowa, plakaty z napisami Koalicja Narodowa, Wolność. Jak się nie ruszam, to całkiem nieźle, myślał Trifulcio. Ludzie powtarzali chórem Wol-ność, a jakaś grupka w głębi zaczęła drugą śpiewkę: Le-ga-li-za-cja, Le-ga-li-za-cja. Rozległy się oklaski, wołano niech żyje i wszyscy gadali jednocześnie, prawie krzycząc. Na scenę wychodzili jacyś panowie i zajmowali krzesła. Przywitała ich salwa braw i krzyki jeszcze się wzmogły.
– Nie rozumiem tego o legalizacji – powiedział Trifulcio.
– Legalizacja tych partii, co są wyjęte spod prawa – powiedział Ludo vico. – Bo tu oprócz milionerów dołączyli się jeszcze apriści i komuniści.
– Ja już nieraz byłem na manifestacjach – powiedział Trifulcio. – W pięćdziesiątym roku w Ica razem z senatorem Arévalo. Ale to się zawsze odbywało na powietrzu. Pierwszy raz widzę manifestację w teatrze.
– O, tam z tyłu stoi Hipólito – powiedział Ludovico. – To mój kumpel. Już będzie z dziesięć lat, jak robimy razem.
– Pana szczęście, że pan nie dostał górskiej choroby, bardzo dziwnie człowiekowi, jak go tak złapie – powiedział Trifulcio. – Aha, proszę pana, a dlaczego pan też krzyczał Wolność?
– I ty też krzycz – powiedział Ludovico. – Chcesz, żeby się połapali, kto ty jesteś?
– Mnie kazali, żebym wszedł na scenę i rozwalił ten ich mikrofon, a nie żebym krzyczał-powiedział Trifulcio. – Ten, co ma dać sygnał, to mój szef, on nas widzi. Nerwus, za każde głupstwo potrąca z wypłaty.
– Nie bądź głupi, Murzynie – powiedział Ludovico. – No krzycz, mówię ci, i bij brawo.
Nie do wiary, że tak dobrze się czuję, pomyślał Trifulcio. Jeden nieduży gość, w okularach i krawacie na gumce, podjudzał publiczność, żeby krzyczała o wolności, i zapowiadał mówców. Podawał ich nazwiska, pokazywał ich ludziom, a ci coraz bardziej się podniecali, hałasowali i klaskali. Między tymi od Wolności a tymi od Legalizacji powstał rodzaj współzawodnictwa: kto głośniej, Trifulcio odwracał się, żeby spojrzeć na inne dwójki, ale niewielu dostrzegł, bo już naokoło stał gęsty tłum. Jednak ten co dawał rozkazy był na swoim miejscu, siedział oparłszy się łokciami o balustradę galerii, a obok niego jeszcze czterech, i tylko słuchali i rozglądali się na wszystkie strony.
– Na samej scenie postawili piętnastu do ochrony – powiedział Ludovico. – A popatrz, ilu tych facetów z naramiennikami w całym teatrze. Nie licząc tego, że jak się zacznie ruch, to jeszcze tu i tam wyskoczy ktoś z własnej woli. Chyba nie damy rady.
– A czemu nie damy? – powiedział Trifulcio. – Przecież ten jakiś Molina wszystko dokładnie wytłumaczył, nie?
– Powinno by nas tu być z pół setki, i to chłopów z dobrą zaprawą – powiedział Ludovico. Ci z Arequipy to mięczaki, od razu wiedziałem. Nie damy rady.
– Musimy dać radę – i Trifulcio wskazał na galerię. – Bo jak nie, to on potem zalezie za skórę.
– Kontrmanifestacja już pewno jest pod teatrem – powiedział Ludovico. – Słyszysz tam co z ulicy?
Trifulcio nie odpowiedział, słuchał, co mówi jeden pan w granatowym garniturze, prężący się przed mikrofonem: Odria to dyktator, ustawa o bezpieczeństwie wewnątrz kraju jest sprzeczna z konstytucją, każdy szary obywatel pragnie wolności. I przypodchlebiał się mieszkańcom Arequipy: buntownicze miasto, miasto męczeńskie, tyrania Odrii oblała krwią Arequipę w pięćdziesiątym roku, ale nie zdołała w niej zabić umiłowania wolności.
– Dobrze mówi, nie? – powiedział Trifulcio. – Senator Arévalo też tak przemawia, nawet jeszcze lepiej niż ten typek. Aż ludzie płaczą naokoło. Nigdy pan go nie słyszał?
– Nawet szpilki się tu nie wetknie, a ci wchodzą i wchodzą – powiedział Ludovico. – Mam nadzieję, że temu twojemu cholernemu szefowi nie przyjdzie teraz do głowy, żeby dać sygnał.
– Ale ten bije na łeb doktora Lamę – powiedział Trifulcio. – Tak samo elegancki, a nie takie trudne słowa mówi. Wszystko można zrozumieć.