Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– Siergiej, Fangowie wystrzelili rakiety w Rjom, Hejor, Schey… Statki Ar-Na-Tina idą na przejęcie. Gdzie jesteś?
– Pięćdziesiąt kilometrów od Hejora. – Odczepiłem pas z mieczem, popatrzyłem na szare niebo. Z chmur powinien padać deszcz, w przeciwnym razie chmury są bez sensu. Żołnierz powinien walczyć, w przeciwnym razie nie jest potrzebny.
Nie będę walczył, moi panowie i dyrygenci. Tej wojny nie da się wygrać mieczem, nawet płaszczyznowym.
– Siergiej, jesteś w kutrze? Włącz osłonę! Rakiety Fangów mają głowice jądrowe! Słyszysz? Pociski jądrowe, absolutna śmierć w promieniu stu kilometrów! Jesteś w kutrze? Co z tobą, kapitanie? Zaczynam odliczanie…
Uciekałem. Od kutra, do pancerza siłowego, od osłony temporalnej, od hiperprzestrzennej skorupy. Od wszystkiego, co było gotowe mnie ochronić – mnie, Siewcę, władcę świata, ośrodek wszechświata. Niech Redrak kpi sobie z mojej władzy, teraz dzielę los poddanych jego planety.
Nawet we śnie trzeba postępować jak na jawie.
Biegłem przez niską fioletową trawę, a pojemnik z blokiem ochronnym miękko uderzał mnie w biodro. Chłopcy stali nad przepaścią – nierówny, czekający na coś szereg. W słuchawkach, zagłuszając słowa Lansa, syczały mechaniczne głosy:
– Osiem… ngi spadają, podchodzą stat… Siedem… Ar-Na-Tin, słyszysz? Sześć… jesteś w kutrze? Na prze… Pięć. Nie zdążą… rakie… Cztery… nie da się powstrzymać… włą… Trzy…
Nie zdążę. Nie osłonię polem siłowym indywidualnego bloku ochronnego ponad dwudziestu ludzi. Może jednego, może dwóch, jeśli przytulę ich do siebie.
– Dwa…
Czas się rozciągnął, sekundy przemieniły się w minuty, wszystko jedno, i tak nie zdążę. A chłopcy patrzyli na skazane miasto, jakby wiedzieli, że jest skazane, jakby mieli w nosie termiczną „brownowską” bombę, wykorzystującą efekt samorzutnego wzmożenia ruchu cząsteczek i przemieniającą świat wokół siebie w rozpaloną parę…
– Jeden…
Patrzył na mnie ten dwunastoletni chłopiec, który stał najbliżej, który machał do mnie ręką, którego skądś znałem… Skoczyłem, próbując pokonać ostatnie metry.
– Zero.
Blok osłony zawył, rejestrując to, co jeszcze było niedostępne ludzkim zmysłom. Wstrząs i odrzut do tyłu.
Halucynacje. Powinno było odrzucić chłopca, który znalazł się na drodze pola siłowego. Wybacz, nie zdążyłem…
Pomiędzy nami migotała ledwie widoczna błękitna błona – granica życia i śmierci. Chłopiec uśmiechał się. Wreszcie go poznałem! Ale on umarł sto lat temu, znikł w strumieniu czasu… Mój mały przyjaciel… Dziwne, nadal myślałem o nim jako przyjacielu. Może dlatego, że wiedziałem, że już nigdy się nie spotkamy?
Nad Hejorem unosił się biały blask. Strefa ciepła wyginała się łagodnie, tworząc półkulę. Chmury dotykały jej i topniały, obnażając żółte niebo. Biała tarcza słońca tonęła w lśnieniu termicznej eksplozji.
Trawa pochyliła się, przygnieciona gorącym wiatrem. Widziałem, jak trzepoczą kolorowe stroje chłopców, jak zwijają się od żaru ich włosy. Chłopiec, który był moim przyjacielem, patrzył na mnie i na jego twarzy widziałem ból, ale nie strach…
Świat na chwilę zastygł, znieruchomiał na nieuchwytnej granicy życia i śmierci. Widziałem wszystko, nie własnymi oczami, nie obcym spojrzeniem, lecz w sposób straszny i kuszący… Nadzmysłem Obojętnych.
Świat oszalałych molekuł, świat rozprzestrzenianej energii… Znałem równania samorzutnego efektu cieplnego – wojskową tajemnicę Ziemi i Fanga, znałem tak samo jak budowę miecza atomowego czy sześciowymiarową strukturę kosmosu.
Wyżej według struktury informacyjnej, niżej w stopniu kontroli. Stałem na parzącym wietrze, czując, jak krew wrze mi w żyłach, jak wysycha w czaszce mózg. Rozkosz bólu – znajoma, pradawna, odwieczna rozkosz. Rozkosz piękna – tak samo znajoma i cudowna. Żółte niebo ponad fioletową trawą, ujęte w przezroczysty pomarańczowy płomień. Osypujące się kamienie. Zapach płonącego ubrania. Bezbronny człowiek w kruchej błonie pola siłowego, sparaliżowany odbłyskiem moich emocji. Już kiedyś go ratowałem, wzmacniając pole siłowe na Somacie. Teraz trzeba będzie zrobić to samo. On jeszcze nie przeszedł swojej drogi. Jeszcze jest potrzebny… Ale myśli bledną, gasną. Zniszczenie struktur biologicznych, przejście do kształtu absolutnego…
…Obce odczucia spływały falą. Patrzyłem, jak płonie ubranie chłopca, który był moim przyjacielem… a raczej – jego kopii… jego prototypu. I jedyne, o czym zdążyłem pomyśleć, nim kolejny futerał Objętnego rozsypie się w proch, nim jego nadrozum zniknie z punktu przestrzeni Ar-Na-Tina, to: „Bądź przeklęty”.
A potem chmura czarnego popiołu zasnuła niebo i zobaczyłem błysk w miejscu Hejora. Żar znikł, pojawił się chłód – nieunikniona zapłata za chwilę ognistego cyklonu. Nieruchome cząsteczki wysysały energię z przestrzeni, a ja jeszcze pamiętałem równanie tego procesu odbłyskami nadświadomości Obojętnych.
– Kuter… – wyszeptałem w zimną czarną zamieć. Moją twarz i ręce porastała skorupka lodu; generator pola wyczerpał się albo nie był przystosowany do ochrony przed molekularnym zimnem. – Kutrze, zabierz mnie… Kurs na Ar-Na-Tin… do Lansa, do sztabu…
Mamrotałem, siedząc już w fotelu pod strumieniem gorącego powierza. Lód topniał, zmieniając się w brudną wodę. Ale gdzieś w głębi serca pozostał okruch lodu i żadne wysiłki kutra nie mogły go roztopić.
4. Na ostrzu igły
Statek Siewców – najpewniejsza kryjówka na Ar-Na-Tinie – został zamieniony w sztab. Jego wnętrze przybrało teraz wygląd przestronnej, okrągłej sali, podzielonej szklanymi przegródkami. Za jedną z nich siedzieli przy terminalach oficerowie Ar-Na-Tina. Miejscowe wyposażenie wyglądało głupio na środku super-statku, ale łatwiej było przenieść je tutaj, niż przeszkalać ludzi do pracy ze sterowaniem myślowym.
– Nasz krążownik jest uszkodzony – powiedział ponuro Lans. – Trwają prace remontowe… Krążownik Fangów został zniszczony.
Napiłem się kawy z filiżanki. Gorący płyn spłynął przez przewód pokarmowy i dotarł do lodowatej pustyni. Gdyby mi powiedziano, że w środku mnie pada śnieg, wcale bym się nie zdziwił.
– Jeńcy są?
– Nie. Krążownik przejęły kutry Ar-Na-Tina… Tu jest niewiele miast, a w Hejorze i Rjomie wszyscy mieli przyjaciół czy krewnych… Rakietę idącą na Schey udało się przechwycić, tam straty są minimalne.
Skinąłem głową i dopiłem kawę.
– Gdzie twój miecz? – zapytał Lans.
– Tam gdzie Hejor. Dziękuję, Lans. Dobrze pracowałeś, w czasie gdy ja rozwiązywałem rebusy.
– O czym ty mówisz?
– Nieważne. Omal nie zawarłem znajomości z Obojętnymi.
Lans nie zdążył o nic więcej zapytać.
Kapitanie, ma pan gościa. Redrak, znany jako…
– Wpuść.
W ścianie pojawił się otwór i przed nami stanął Redrak. Miał na sobie kombinezon bojowy starego typu, w rodzaju tych, których używaliśmy na „Terrze”. Uśmiechnąłem się, Lans skinął głową na powitanie – nic nie wiedział o mojej rozmowie z byłym pilotem.
Redrak milczał.
– Co słychać? – zapytałem. – Udało ci się wygrać kolejną planetę zamiast tego żałosnego światka? Ar-Na-Tin długo nie pociągnie.
– Miałeś rację – powiedział cicho Redrak.
– Oglądałeś obrazki? Hejor… Zresztą Bóg z nim, w końcu to tylko kombinat mięsny. Rjom jest znacznie bardziej interesujący. Duże miasto, półtora miliona ludności. Nagranie!
W powietrzu przed nami pojawił się ekran. Jakby otworzyło się okno do piekła. Płonąca równina połyskująca szkliście w promieniach słońca. Morze ognia, skute lodowatymi brzegami, czarny popiół zaścielający żółte niebo.