Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 173
Перейти на страницу:

Mimo wszyst­ko na­stęp­ną go­dzi­nę spę­dził na dal­szej ob­ser­wa­cji sali. Je­śli ist­nia­ła okre­ślo­na zwy­cza­jem ko­lej­ność do­py­cha­nia się do pół­mi­sków, to nie uda­ło mu się jej nie­ste­ty roz­gryźć, za to naj­wy­raź­niej so­jusz hra­bie­go z Arol­hem Wy­sse­ry­nem nie był jesz­cze zbyt moc­no sce­men­to­wa­ny, bo mimo po­kle­py­wa­nia się po ple­cach i te­atral­nie gło­śnych wy­bu­chów śmie­chu, przez go­dzi­nę obie gru­py nie wy­mie­sza­ły się ze sobą. Ni­g­dzie nie wi­dział sa­mot­ne­go Wy­sse­ry­na oto­czo­ne­go przez krew­nych hra­bie­go, i od­wrot­nie, Ter­le­acho­wie jak ognia uni­ka­li dłuż­sze­go prze­by­wa­nia sam na sam z Wy­sse­ry­na­mi. Obie gru­py trzy­ma­ły się na dy­stans, jak dwie nie­zna­ją­ce się na­wza­jem ła­wi­ce, któ­re przy­pad­kiem tra­fi­ły do tej sa­mej za­to­ki.

Je­dy­nym wy­jąt­kiem był Ewen­net-sek-Gres. Ba­ron krą­żył po sali swo­bod­nie, od grup­ki do grup­ki, tu za­gad­nął, tam za­żar­to­wał, ów­dzie uśmiech­nął się i wy­mie­nił uścisk dło­ni. Męż­czyź­ni pa­trzy­li na nie­go z po­dzi­wem, ko­bie­ty z tą fa­scy­na­cją obie­cu­ją­cą noce wy­peł­nio­ne na­mięt­no­ścią. Alt­sin mu­siał kil­ka­krot­nie przy­po­mi­nać so­bie, że zbyt dłu­gie ga­pie­nie się na ko­goś ścią­ga w koń­cu uwa­gę ob­ser­wo­wa­ne­go. Od­ry­wał wte­dy wzrok od ba­ro­na i z de­mon­stra­cyj­ną cie­ka­wo­ścią roz­glą­dał się po sali.

Wresz­cie Dar­we­nia Le­wen­der po­de­szła do nie­go, sze­lesz­cząc je­dwa­biem.

– Niech pan nie ob­ra­ża go­ścin­no­ści hra­bie­go, ka­pi­ta­nie – za­szcze­bio­ta­ła. – Pro­szę skosz­to­wać owo­ców mo­rza, więk­szość jesz­cze dziś rano pły­wa­ła w oce­anie.

A ści­sza­jąc głos, mruk­nę­ła:

– Lu­dzie za­czy­na­ją o cie­bie py­tać. Rzu­casz się w oczy, tkwiąc tu jak ko­łek. I nie gap się tak na ba­ro­na.

– Ja­kieś kon­kret­ne su­ge­stie? – Alt­sin uśmiech­nął się lek­ko na uży­tek ga­piów i ru­szył do sto­łu.

– Uni­kaj kło­po­tów i cze­kaj na mój znak.

Zo­sta­wi­ła go przy pół­mi­sku peł­nym ce­sar­skich kre­we­tek i po­pły­nę­ła gdzieś w głąb sali. Alt­sin się­gnął po ta­le­rzyk, na­ło­żył so­bie kil­ka sztuk, po­lał so­sem. Rzu­cił okiem na pra­wo i lewo i wzo­ru­jąc się na resz­cie go­ści, do je­dze­nia użył ma­łe­go, srebr­ne­go szpi­kul­ca. Spró­bo­wał.

To były naj­lep­sze kre­wet­ki, ja­kie jadł w ży­ciu.

* * *

– Dwóch ludzi w czer­ni po­śród ta­kich ra­do­snych ko­lo­rów w koń­cu mu­sia­ło się spo­tkać – usły­szał zza ple­ców.

Od­wró­cił się po­wo­li, prze­ły­ka­jąc. Fer­les-gur-Do­res stał tuż obok, sam, i uśmie­chał się uprzej­mie, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od twa­rzy zło­dzie­ja. Alt­sin wie­dział, że jest te­raz wa­żo­ny, mie­rzo­ny i oce­nia­ny. I za­raz zo­sta­nie za­kla­sy­fi­ko­wa­ny, jako ten, któ­ry może się przy­dać bądź oso­ba nie­ma­ją­ca naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Od po­cząt­ku przy­ję­cia, mimo iż sta­rał się nie rzu­cać w oczy, czuł kil­ka ta­kich spoj­rzeń. Za­pew­ne więk­szość go­ści wie­dzia­ła już, w ja­kim cha­rak­te­rze tu wy­stę­pu­je, lecz wo­bec do­nio­sło­ści wy­da­rzeń w mie­ście nie­zna­ny ka­pi­tan mit­tar­skiej ga­le­ry zna­czył dla nich mniej niż do­staw­ca ryb przy­cho­dzą­cy co rano do ich re­zy­den­cji. Je­dy­nie fakt, że hra­bia Ter­le­ach był skłon­ny go przy­jąć, nada­wał mu nie­co więk­sze­go zna­cze­nia.

Zło­dziej de­mon­stra­cyj­nie od­szu­kał wzro­kiem resz­tę gur-Do­re­sów, tkwią­cych na­dal gdzieś w ką­cie sali.

– Czy to roz­sąd­ne po­rzu­cać ro­dzi­nę i przy­ja­ciół? – Po­zwo­lił so­bie na de­li­kat­ne unie­sie­nie brwi.

– Jak wszy­scy za­uwa­ży­li, dwóch mo­ich star­szych sy­nów zmo­gła ta­jem­ni­cza do­le­gli­wość i nie mo­gli się tu po­ja­wić, choć bar­dzo chcie­li. Tak więc po­nie­waż mo­je­mu ro­do­wi nie gro­zi na­głe i cał­ko­wi­te wy­gi­nię­cie, ja ry­zy­ku­ję śmier­tel­nie i pod­cho­dzę do nie­zna­jo­me­go ka­pi­ta­na, któ­ry przy­cią­ga tyle uwa­gi. Jak na­zy­wa się ga­le­ra, któ­rą przy­pły­nę­li­ście?

– „Śledź” – mruk­nął Alt­sin. – A jej ka­pi­tan na­zy­wa się Aer­wes Klann.

Wy­mie­ni­li uśmie­chy, sze­ro­kie i iro­nicz­ne. W nad­mor­skich mia­stach co dru­ga łódź mia­ła na bur­cie wy­pi­sa­ne „Śledź”, a na­zwi­sko Klann ucho­dzi­ło za tak po­spo­li­te, że nie­któ­rzy że­gla­rze byli zmu­sze­ni je zmie­niać lub ozda­biać przed­rost­ka­mi, by unik­nąć za­mie­sza­nia w por­to­wych do­ku­men­tach.

– Czy­li mam nie wty­kać nosa w spra­wy hra­bie­go... – Gur-Do­res po­ki­wał gło­wą. – Czy to jed­nak na pew­no mą­dre, po­ja­wiać się tu tak ofi­cjal­nie? Za­miast spo­tkać się z Ter­le­achem w środ­ku nocy, gdzieś na ubo­czu?

– Ostat­nie spo­tka­nie w środ­ku nocy, gdzieś na ubo­czu, mia­ło wię­cej uczest­ni­ków, niż hra­bia mógł so­bie ży­czyć – do­bie­gło gdzieś z boku.

Zło­dziej omal nie upu­ścił ta­le­rzy­ka i za­nim się od­wró­cił, wie­dział, z cał­ko­wi­tą pew­no­ścią wie­dział, kogo zo­ba­czy. Ewen­ne­ta-sek-Gre­sa. Biel i zło­to. Z bli­ska bar­dziej kłu­ły w oczy.

– Do­brze, że zna­lazł się bo­ha­ter, któ­ry go­ły­mi rę­ka­mi po­ko­nał na­sła­ne­go mor­der­cę – w gło­sie ubra­ne­go w czerń szlach­ci­ca nie spo­sób było do­szu­kać się cze­go­kol­wiek poza au­ten­tycz­nym po­dzi­wem, lecz i tak kil­ka naj­bliż­szych osób syk­nę­ło z dez­apro­ba­tą. Ba­ron zi­gno­ro­wał za­czep­kę.

– Ka­pi­tan Klann, jak mnie­mam. – Ewen­net-sek-Gres uśmiech­nął się i ski­nął gło­wą. – Hra­bia wspo­mniał, że ma­cie za­pla­no­wa­ne spo­tka­nie.

Alt­sin mie­rzył ba­ro­na wzro­kiem, szu­ka­jąc... sam nie wie­dział cze­go – ze­psu­cia, wy­ra­cho­wa­nia, le­d­wo skry­wa­ne­go okru­cień­stwa? Aro­gan­cji? Z bli­ska czło­wiek, któ­ry za­bił San­we­sa, wy­glą­dał zwy­czaj­nie. Wręcz sym­pa­tycz­nie, ni­czym do­bry kom­pan do par­tyj­ki ko­ści, wy­pi­cia kil­ku fla­szek wina i od­wie­dzin w naj­bliż­szym lu­pa­na­rze. Lecz mimo to, gdy zło­dziej pa­trzył w wy­ra­ża­ją­ce tyl­ko uprzej­me za­cie­ka­wie­nie ob­li­cze, czuł, jak gdzieś w jego głę­bi po­ru­sza się lo­do­wa be­stia, zim­ny dreszcz peł­zną­cy mu po krę­go­słu­pie. Gdy­by twarz Ewen­ne­ta-sek-Gre­sa, pra­wa, szla­chet­na i szcze­ra, była praw­dzi­wym ob­li­czem ba­ro­na, szlach­cic nie prze­żył­by w Wy­so­kim Mie­ście trzech dni. Wszyst­ko w Alt­si­nie wyło, żeby ucie­kał. Mu­siał po­świę­cić chwi­lę, by przy­po­mnieć so­bie, kogo ma uda­wać.

1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)