Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Mimo wszystko następną godzinę spędził na dalszej obserwacji sali. Jeśli istniała określona zwyczajem kolejność dopychania się do półmisków, to nie udało mu się jej niestety rozgryźć, za to najwyraźniej sojusz hrabiego z Arolhem Wysserynem nie był jeszcze zbyt mocno scementowany, bo mimo poklepywania się po plecach i teatralnie głośnych wybuchów śmiechu, przez godzinę obie grupy nie wymieszały się ze sobą. Nigdzie nie widział samotnego Wysseryna otoczonego przez krewnych hrabiego, i odwrotnie, Terleachowie jak ognia unikali dłuższego przebywania sam na sam z Wysserynami. Obie grupy trzymały się na dystans, jak dwie nieznające się nawzajem ławice, które przypadkiem trafiły do tej samej zatoki.
Jedynym wyjątkiem był Ewennet-sek-Gres. Baron krążył po sali swobodnie, od grupki do grupki, tu zagadnął, tam zażartował, ówdzie uśmiechnął się i wymienił uścisk dłoni. Mężczyźni patrzyli na niego z podziwem, kobiety z tą fascynacją obiecującą noce wypełnione namiętnością. Altsin musiał kilkakrotnie przypominać sobie, że zbyt długie gapienie się na kogoś ściąga w końcu uwagę obserwowanego. Odrywał wtedy wzrok od barona i z demonstracyjną ciekawością rozglądał się po sali.
Wreszcie Darwenia Lewender podeszła do niego, szeleszcząc jedwabiem.
– Niech pan nie obraża gościnności hrabiego, kapitanie – zaszczebiotała. – Proszę skosztować owoców morza, większość jeszcze dziś rano pływała w oceanie.
A ściszając głos, mruknęła:
– Ludzie zaczynają o ciebie pytać. Rzucasz się w oczy, tkwiąc tu jak kołek. I nie gap się tak na barona.
– Jakieś konkretne sugestie? – Altsin uśmiechnął się lekko na użytek gapiów i ruszył do stołu.
– Unikaj kłopotów i czekaj na mój znak.
Zostawiła go przy półmisku pełnym cesarskich krewetek i popłynęła gdzieś w głąb sali. Altsin sięgnął po talerzyk, nałożył sobie kilka sztuk, polał sosem. Rzucił okiem na prawo i lewo i wzorując się na reszcie gości, do jedzenia użył małego, srebrnego szpikulca. Spróbował.
To były najlepsze krewetki, jakie jadł w życiu.
* * *
– Dwóch ludzi w czerni pośród takich radosnych kolorów w końcu musiało się spotkać – usłyszał zza pleców.
Odwrócił się powoli, przełykając. Ferles-gur-Dores stał tuż obok, sam, i uśmiechał się uprzejmie, nie odrywając wzroku od twarzy złodzieja. Altsin wiedział, że jest teraz ważony, mierzony i oceniany. I zaraz zostanie zaklasyfikowany, jako ten, który może się przydać bądź osoba niemająca najmniejszego znaczenia. Od początku przyjęcia, mimo iż starał się nie rzucać w oczy, czuł kilka takich spojrzeń. Zapewne większość gości wiedziała już, w jakim charakterze tu występuje, lecz wobec doniosłości wydarzeń w mieście nieznany kapitan mittarskiej galery znaczył dla nich mniej niż dostawca ryb przychodzący co rano do ich rezydencji. Jedynie fakt, że hrabia Terleach był skłonny go przyjąć, nadawał mu nieco większego znaczenia.
Złodziej demonstracyjnie odszukał wzrokiem resztę gur-Doresów, tkwiących nadal gdzieś w kącie sali.
– Czy to rozsądne porzucać rodzinę i przyjaciół? – Pozwolił sobie na delikatne uniesienie brwi.
– Jak wszyscy zauważyli, dwóch moich starszych synów zmogła tajemnicza dolegliwość i nie mogli się tu pojawić, choć bardzo chcieli. Tak więc ponieważ mojemu rodowi nie grozi nagłe i całkowite wyginięcie, ja ryzykuję śmiertelnie i podchodzę do nieznajomego kapitana, który przyciąga tyle uwagi. Jak nazywa się galera, którą przypłynęliście?
– „Śledź” – mruknął Altsin. – A jej kapitan nazywa się Aerwes Klann.
Wymienili uśmiechy, szerokie i ironiczne. W nadmorskich miastach co druga łódź miała na burcie wypisane „Śledź”, a nazwisko Klann uchodziło za tak pospolite, że niektórzy żeglarze byli zmuszeni je zmieniać lub ozdabiać przedrostkami, by uniknąć zamieszania w portowych dokumentach.
– Czyli mam nie wtykać nosa w sprawy hrabiego... – Gur-Dores pokiwał głową. – Czy to jednak na pewno mądre, pojawiać się tu tak oficjalnie? Zamiast spotkać się z Terleachem w środku nocy, gdzieś na uboczu?
– Ostatnie spotkanie w środku nocy, gdzieś na uboczu, miało więcej uczestników, niż hrabia mógł sobie życzyć – dobiegło gdzieś z boku.
Złodziej omal nie upuścił talerzyka i zanim się odwrócił, wiedział, z całkowitą pewnością wiedział, kogo zobaczy. Ewenneta-sek-Gresa. Biel i złoto. Z bliska bardziej kłuły w oczy.
– Dobrze, że znalazł się bohater, który gołymi rękami pokonał nasłanego mordercę – w głosie ubranego w czerń szlachcica nie sposób było doszukać się czegokolwiek poza autentycznym podziwem, lecz i tak kilka najbliższych osób syknęło z dezaprobatą. Baron zignorował zaczepkę.
– Kapitan Klann, jak mniemam. – Ewennet-sek-Gres uśmiechnął się i skinął głową. – Hrabia wspomniał, że macie zaplanowane spotkanie.
Altsin mierzył barona wzrokiem, szukając... sam nie wiedział czego – zepsucia, wyrachowania, ledwo skrywanego okrucieństwa? Arogancji? Z bliska człowiek, który zabił Sanwesa, wyglądał zwyczajnie. Wręcz sympatycznie, niczym dobry kompan do partyjki kości, wypicia kilku flaszek wina i odwiedzin w najbliższym lupanarze. Lecz mimo to, gdy złodziej patrzył w wyrażające tylko uprzejme zaciekawienie oblicze, czuł, jak gdzieś w jego głębi porusza się lodowa bestia, zimny dreszcz pełznący mu po kręgosłupie. Gdyby twarz Ewenneta-sek-Gresa, prawa, szlachetna i szczera, była prawdziwym obliczem barona, szlachcic nie przeżyłby w Wysokim Mieście trzech dni. Wszystko w Altsinie wyło, żeby uciekał. Musiał poświęcić chwilę, by przypomnieć sobie, kogo ma udawać.