Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 210
Перейти на страницу:

* * *

Pły­nął na wschód z mak­sy­mal­ną pręd­ko­ścią, jaką ośmie­lił się roz­wi­nąć. Jak do tej pory qa­imu ra­dzi­ła so­bie za­ska­ku­ją­co do­brze, ale z pew­no­ścią nie skon­stru­owa­no jej do wy­ści­gów. Gdy pró­bo­wał tchnąć wię­cej wia­tru w ża­giel, cała kon­struk­cja za­czy­na­ła trzesz­czeć, a dziób nie­bez­piecz­nie po­chy­lał się do przo­du.

Słoń­ce świe­ci­ło mu nad gło­wą, grze­jąc przy­jem­nie i moc­no, choć wi­docz­ny na wscho­dzie wał chmur za­po­wia­dał wil­goć i pa­skud­niej­szą po­go­dę. A to tam wła­śnie Alt­sin zmie­rzał.

Cel jego po­dró­ży znacz­nie zwol­nił. Zło­dziej czuł go, jak­by wi­dział coś ką­tem oka. Zbli­żał się do nie­go i nie wie­dział, czy ma się cie­szyć, czy nie­po­ko­ić.

Obaj ura­to­wa­ni męż­czyź­ni le­że­li na dzio­bie, przy­kry­ci skó­rą mor­sa. Cen­na pe­le­ry­na z li­sich fu­ter grza­ła ich od dołu. Alt­sin ro­ze­brał obu do naga, za­wi­nął w je­dy­ne su­che rze­czy, ja­kie miał, po czym de­li­kat­nym tchnie­niem Mocy roz­grzał ich po­sła­nie.

Cie­ka­we, jak kie­dyś będą opo­wia­dać tę hi­sto­rię.

Cie­ka­we, czy kie­dy­kol­wiek będą ją opo­wia­dać.

Ży­cie znów udo­wad­nia­ło mu, że po­tę­ga, jaką po­siadł, jest cza­sa­mi gów­no war­ta.

Nie po­tra­fił ura­to­wać tych lu­dzi ma­gią. Nie miał od­po­wied­nich umie­jęt­no­ści. Mógł wal­czyć jak ni­g­dy przed­tem, przy­spie­szać swo­je ru­chy, aż sta­wa­ły się nie­wi­docz­ne dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, jed­nym pre­cy­zyj­nym cio­sem w ser­ce po­wa­lić śnież­ne­go niedź­wie­dzia albo ude­rze­niem Mocy roz­łu­py­wać kry. Ale je­śli cho­dzi o tych dwóch, mógł tyl­ko po­sta­rać się, by było im cie­pło. I tyle. Byli sil­ni, cze­pia­li się ży­cia jak małż ka­mie­nia, ale przez ostat­nie go­dzi­ny ża­den nie od­zy­skał przy­tom­no­ści.

Alt­sin nie ośmie­lił się eks­pe­ry­men­to­wać na nich z cza­ra­mi. Na myśl, że mógł­by pró­bo­wać spraw­dzić ma­gią, ja­kie od­nie­śli ob­ra­że­nia, ogar­niał go pu­sty śmiech. Po­tra­fił prze­pu­ścić przez ludz­kie cia­ło Moc, spo­pie­la­jąc je do szczę­tu, ale le­czyć? Na­pra­wiać uszko­dzo­ne or­ga­ny? Tchnąć ży­cie w umie­ra­ją­ce cia­ło? No­sił du­szę Bi­tew­nej Pię­ści, a ten su­kin­syn spe­cja­li­zo­wał się w czymś zu­peł­nie in­nym.

Bez­sil­ność ści­ska­ła go lo­do­wa­ty­mi pa­lu­cha­mi za gar­dło.

Zło­dziej wy­su­szył tyl­ko ich ubra­nia, wzo­ro­wa­ne, jak za­uwa­żył, na stro­jach ahe­rów. Fu­tra i skó­ry, choć zno­szo­ne, były nie­złej ja­ko­ści i chy­ba tyl­ko one po­zwo­li­ły im prze­żyć tak dłu­go na środ­ku mo­rza. Męż­czyź­ni mie­li przy so­bie noże, je­den pro­sty, dru­gi z dziw­nym, roz­sze­rza­ją­cym się i za­krzy­wia­ją­cym w przód ostrzem. Nie roz­po­zna­wał tej bro­ni. Ten, któ­ry przez cały czas był nie­przy­tom­ny, no­sił też na po­licz­kach i skro­niach za­wi­łe, nie­bie­skie i czar­ne ta­tu­aże.

Alt­sin spraw­dził je od­ru­cho­wo, lecz nie mia­ły w so­bie ma­gii, ot, zwy­kłe kla­no­we lub ro­do­we ozdo­by, tak po­pu­lar­ne na Pół­no­cy. Mó­wi­li w me­ekhu… no­si­li miej­sco­we stro­je… Wnio­sek na­su­wał się sam. Po­cho­dzi­li stąd. Z tego świa­ta. Ale kim, do cho­le­ry, byli? My­śli­wy­mi, któ­rzy za­pę­dzi­li się za da­le­ko na lód w po­szu­ki­wa­niu zdo­by­czy? Ale w mo­dli­twie, któ­ra go do nich przy­wio­dła, wspo­mnia­no o ja­kiejś po­tycz­ce, o ofia­rach dla Pana Bi­tew i o Se­tre­nie-Byku.

Za dużo su­ge­stii żoł­nier­skie­go ży­cia było w tych sło­wach.

Co to mo­gło zna­czyć?

Im­pe­rium prze­su­wa­ło od­dzia­ły na Pół­noc, czuł je na prze­łę­czy… Cho­le­ra, gu­bie­nie się w do­my­słach było ostat­nią rze­czą, na jaką miał w tej chwi­li ocho­tę. Je­śli prze­ży­ją, sami mu po­wie­dzą, kim są.

No, chy­ba że z wła­snych po­wo­dów po­czę­stu­ją go ja­kąś wy­my­ślo­ną ba­jecz­ką. Pra­wie się uśmiech­nął na tę myśl.

Tchnął jesz­cze odro­bi­nę Mocy, ogrze­wa­jąc po­sła­nie. Zdą­żył już wy­my­ślić pięk­ną hi­sto­ryj­kę o so­bie, kim jest, cze­go szu­ka na tych wo­dach w aher­skiej ło­dzi, dla­cze­go nie ma nic do je­dze­nia ani pi­cia. Od dłuż­sze­go cza­su nie my­ślał ani o jed­nym, ani o dru­gim, a to był błąd. Mógł znieść wię­cej niż zwy­kły czło­wiek, ale wię­cej nie ozna­cza­ło nie­skoń­cze­nie wie­le.

Pod wie­czór słoń­ce scho­wa­ło się za chmu­ry i po raz pierw­szy od dłuż­sze­go cza­su po­czuł zim­no. Znów zbyt dłu­go ko­rzy­stał z Mocy i do­pa­dło go znu­że­nie, a na do­da­tek jego cia­ło zu­ży­ło już więk­szość ener­gii. Gdy­by dało się ma­gią pod­trzy­my­wać ży­cie w śmier­tel­nym cie­le, jed­no­cze­śnie wy­ko­rzy­stu­jąc je jako ka­nał dla Mocy, nie­któ­rzy cza­row­ni­cy zmie­ni­li­by się w pół­bo­gów. Pra­wa rzą­dzą­ce Wszech­rze­czą nie ro­bi­ły wy­jąt­ków dla ni­ko­go.

Na­rzu­cił na grzbiet kurt­kę jed­ne­go z ura­to­wa­nych, na­cią­gnął na gło­wę pod­szy­ty fu­trem kap­tur. Od razu le­piej.

Roz­parł się wy­god­niej na ru­fie, przy­mknął oczy.

Tyl­ko kil­ka mi­nut od­po­czyn­ku i bę­dzie jak nowo na­ro­dzo­ny.

Rozdział 25

Kasz­tel na ru­fie wzno­sił się nad nimi ni­czym mury praw­dzi­we­go zam­ku. Wy­so­ki na co naj­mniej pięć­dzie­siąt stóp, umoc­nio­ny zę­ba­ty­mi blan­ka­mi, spra­wiał wra­że­nie cze­goś prze­nie­sio­ne­go w ca­ło­ści z lądu. Ale na tym stat­ku nic już nie mo­gło ich zdzi­wić.

Ścia­na z czar­ne­go drew­na, po­dob­nie jak inne bu­dow­le na stat­ku, tak­że no­si­ła śla­dy wal­ki, za­cie­kłych ata­ków, któ­re zo­sta­wi­ły na niej głę­bo­kie i sze­ro­kie wże­ry po uży­ciu ognia, wi­docz­ne jed­nak do­pie­ro z bli­ska; czerń okrę­tu sku­tecz­nie ma­sko­wa­ła te bli­zny. Ken­neth po­świę­cił go­dzi­nę na in­spek­cję ca­łej ścia­ny, ra­czej szu­ka­jąc wej­ścia, niż pró­bu­jąc okre­ślić prze­bieg star­cia, ale i tak swo­je zo­ba­czył. U pod­nó­ża ścia­ny kasz­te­lu roz­pa­lo­no kie­dyś gi­gan­tycz­ne ogni­ska, sze­ro­kie i wy­so­kie na dzie­siąt­ki stóp. W wie­lu miej­scach ścia­nę po­ra­ni­ły też sie­kie­ry i to­po­ry, a przy­naj­mniej po­rucz­nik wo­lał my­śleć, że były to sie­kie­ry i to­po­ry, choć nie­któ­re szra­my ukła­da­ły się w po­dej­rza­nie rów­no­le­głe śla­dy. Jak­by na górę pró­bo­wa­ły się wdra­pać ja­kieś be­stie, wy­po­sa­żo­ne w trzy- i czte­ro­pa­zu­rza­ste łapy.

Oczy­wi­ście, jak to na szczę­ście Szó­stej przy­sta­ło, ni­g­dzie, ale to ni­g­dzie nie zna­leź­li żad­ne­go wej­ścia. Ani jed­nej bra­my, drzwi, na­wet furt­ki wy­pa­do­wej. Nic, tyl­ko gład­ka ścia­na. Do tego żad­nych be­lek czy pni, żad­nych łą­czeń, ca­łość wy­glą­da­ła, jak­by po­sta­wio­no ją z jed­ne­go ka­wał­ka drew­na. Pierw­szy raz wi­dział coś ta­kie­go. Albo ten sta­tek wy­cio­sa­no z na­praw­dę wiel­kie­go drze­wa, albo bu­du­ją­cy go cie­śle i szkut­ni­cy byli ab­so­lut­ny­mi mi­strza­mi w swo­im fa­chu.

Cof­nął się tro­chę, uniósł gło­wę. Wgry­za­ją­ce się w sza­re nie­bo blan­ki zda­wa­ły się z nie­go kpić.

1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)