Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
* * *
Płynął na wschód z maksymalną prędkością, jaką ośmielił się rozwinąć. Jak do tej pory qaimu radziła sobie zaskakująco dobrze, ale z pewnością nie skonstruowano jej do wyścigów. Gdy próbował tchnąć więcej wiatru w żagiel, cała konstrukcja zaczynała trzeszczeć, a dziób niebezpiecznie pochylał się do przodu.
Słońce świeciło mu nad głową, grzejąc przyjemnie i mocno, choć widoczny na wschodzie wał chmur zapowiadał wilgoć i paskudniejszą pogodę. A to tam właśnie Altsin zmierzał.
Cel jego podróży znacznie zwolnił. Złodziej czuł go, jakby widział coś kątem oka. Zbliżał się do niego i nie wiedział, czy ma się cieszyć, czy niepokoić.
Obaj uratowani mężczyźni leżeli na dziobie, przykryci skórą morsa. Cenna peleryna z lisich futer grzała ich od dołu. Altsin rozebrał obu do naga, zawinął w jedyne suche rzeczy, jakie miał, po czym delikatnym tchnieniem Mocy rozgrzał ich posłanie.
Ciekawe, jak kiedyś będą opowiadać tę historię.
Ciekawe, czy kiedykolwiek będą ją opowiadać.
Życie znów udowadniało mu, że potęga, jaką posiadł, jest czasami gówno warta.
Nie potrafił uratować tych ludzi magią. Nie miał odpowiednich umiejętności. Mógł walczyć jak nigdy przedtem, przyspieszać swoje ruchy, aż stawały się niewidoczne dla zwykłych śmiertelników, jednym precyzyjnym ciosem w serce powalić śnieżnego niedźwiedzia albo uderzeniem Mocy rozłupywać kry. Ale jeśli chodzi o tych dwóch, mógł tylko postarać się, by było im ciepło. I tyle. Byli silni, czepiali się życia jak małż kamienia, ale przez ostatnie godziny żaden nie odzyskał przytomności.
Altsin nie ośmielił się eksperymentować na nich z czarami. Na myśl, że mógłby próbować sprawdzić magią, jakie odnieśli obrażenia, ogarniał go pusty śmiech. Potrafił przepuścić przez ludzkie ciało Moc, spopielając je do szczętu, ale leczyć? Naprawiać uszkodzone organy? Tchnąć życie w umierające ciało? Nosił duszę Bitewnej Pięści, a ten sukinsyn specjalizował się w czymś zupełnie innym.
Bezsilność ściskała go lodowatymi paluchami za gardło.
Złodziej wysuszył tylko ich ubrania, wzorowane, jak zauważył, na strojach aherów. Futra i skóry, choć znoszone, były niezłej jakości i chyba tylko one pozwoliły im przeżyć tak długo na środku morza. Mężczyźni mieli przy sobie noże, jeden prosty, drugi z dziwnym, rozszerzającym się i zakrzywiającym w przód ostrzem. Nie rozpoznawał tej broni. Ten, który przez cały czas był nieprzytomny, nosił też na policzkach i skroniach zawiłe, niebieskie i czarne tatuaże.
Altsin sprawdził je odruchowo, lecz nie miały w sobie magii, ot, zwykłe klanowe lub rodowe ozdoby, tak popularne na Północy. Mówili w meekhu… nosili miejscowe stroje… Wniosek nasuwał się sam. Pochodzili stąd. Z tego świata. Ale kim, do cholery, byli? Myśliwymi, którzy zapędzili się za daleko na lód w poszukiwaniu zdobyczy? Ale w modlitwie, która go do nich przywiodła, wspomniano o jakiejś potyczce, o ofiarach dla Pana Bitew i o Setrenie-Byku.
Za dużo sugestii żołnierskiego życia było w tych słowach.
Co to mogło znaczyć?
Imperium przesuwało oddziały na Północ, czuł je na przełęczy… Cholera, gubienie się w domysłach było ostatnią rzeczą, na jaką miał w tej chwili ochotę. Jeśli przeżyją, sami mu powiedzą, kim są.
No, chyba że z własnych powodów poczęstują go jakąś wymyśloną bajeczką. Prawie się uśmiechnął na tę myśl.
Tchnął jeszcze odrobinę Mocy, ogrzewając posłanie. Zdążył już wymyślić piękną historyjkę o sobie, kim jest, czego szuka na tych wodach w aherskiej łodzi, dlaczego nie ma nic do jedzenia ani picia. Od dłuższego czasu nie myślał ani o jednym, ani o drugim, a to był błąd. Mógł znieść więcej niż zwykły człowiek, ale więcej nie oznaczało nieskończenie wiele.
Pod wieczór słońce schowało się za chmury i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuł zimno. Znów zbyt długo korzystał z Mocy i dopadło go znużenie, a na dodatek jego ciało zużyło już większość energii. Gdyby dało się magią podtrzymywać życie w śmiertelnym ciele, jednocześnie wykorzystując je jako kanał dla Mocy, niektórzy czarownicy zmieniliby się w półbogów. Prawa rządzące Wszechrzeczą nie robiły wyjątków dla nikogo.
Narzucił na grzbiet kurtkę jednego z uratowanych, naciągnął na głowę podszyty futrem kaptur. Od razu lepiej.
Rozparł się wygodniej na rufie, przymknął oczy.
Tylko kilka minut odpoczynku i będzie jak nowo narodzony.
Rozdział 25
Kasztel na rufie wznosił się nad nimi niczym mury prawdziwego zamku. Wysoki na co najmniej pięćdziesiąt stóp, umocniony zębatymi blankami, sprawiał wrażenie czegoś przeniesionego w całości z lądu. Ale na tym statku nic już nie mogło ich zdziwić.
Ściana z czarnego drewna, podobnie jak inne budowle na statku, także nosiła ślady walki, zaciekłych ataków, które zostawiły na niej głębokie i szerokie wżery po użyciu ognia, widoczne jednak dopiero z bliska; czerń okrętu skutecznie maskowała te blizny. Kenneth poświęcił godzinę na inspekcję całej ściany, raczej szukając wejścia, niż próbując określić przebieg starcia, ale i tak swoje zobaczył. U podnóża ściany kasztelu rozpalono kiedyś gigantyczne ogniska, szerokie i wysokie na dziesiątki stóp. W wielu miejscach ścianę poraniły też siekiery i topory, a przynajmniej porucznik wolał myśleć, że były to siekiery i topory, choć niektóre szramy układały się w podejrzanie równoległe ślady. Jakby na górę próbowały się wdrapać jakieś bestie, wyposażone w trzy- i czteropazurzaste łapy.
Oczywiście, jak to na szczęście Szóstej przystało, nigdzie, ale to nigdzie nie znaleźli żadnego wejścia. Ani jednej bramy, drzwi, nawet furtki wypadowej. Nic, tylko gładka ściana. Do tego żadnych belek czy pni, żadnych łączeń, całość wyglądała, jakby postawiono ją z jednego kawałka drewna. Pierwszy raz widział coś takiego. Albo ten statek wyciosano z naprawdę wielkiego drzewa, albo budujący go cieśle i szkutnicy byli absolutnymi mistrzami w swoim fachu.
Cofnął się trochę, uniósł głowę. Wgryzające się w szare niebo blanki zdawały się z niego kpić.