Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Mam list — zawołał do Atosa i przyjaciół.
— Wybornie — rzekł Atos — chodźmy do siebie i przeczytajmy.
List palił dłoń d’Artagnana; chciał przyśpieszyć kroku; ale Atos wziął go pod rękę i młody człowiek musiał dostosować swój krok do kroku przyjaciela.
Wreszcie znaleźli się w namiocie; zapalono lampę, Planchet stanął przy wejściu, by czterej przyjaciele nie zostali znienacka zaskoczeni, i d’Artagnan drżącą ręką złamał pieczęć i otworzył upragniony list.
Zawierał kilka słów napisanych pismem prawdziwie angielskim i z umiarem iście spartańskim:
Thank you, be easy.
Co znaczy: ”Dziękuję, bądź spokojny”.
Atos wziął papier z ręki d’Artagnana, zbliżył go do lampy, podpalił i zaczekał, aż cały zamieni się w popiół.
Potem zawołał Plancheta.
— A teraz, mój chłopcze — powiedział — możesz żądać swoich siedmiuset liwrów, choć nie ryzykowałeś wiele z takim listem.
— Nic w tym chyba złego, że postarałem się, by był krótki — rzekł Planchet.
— Opowiedz nam o tym — rzekł d’Artagnan.
— To długa historia, panie.
— Masz rację, Planchet; zresztą już po capstrzyku i zwrócimy uwagę, jeśli będziemy palić światło dłużej niż inni.
— Zgoda — rzekł d’Artagnan — połóżmy się spać. Śpij dobrze, Planchet.
— Dalibóg, proszę pana, zasnę po raz pierwszy od szesnastu dni.
— I ja także — rzekł d’Artagnan.
— I ja także! — rzekł Portos.
— I ja także! — rzekł Aramis.
— Chcecie, żebym powiedział wam prawdę? I ja także! — rzekł Atos.
Rozdział XIX
ZRZĄDZENIE LOSU
Tymczasem Milady, oszalała z wściekłości, miotając się po pokładzie statku jak uwięziona lwica, gotowa była skoczyć niemal do morza, byle tylko wrócić na brzeg, nie mogła sobie bowiem wyobrazić, że znieważona przez d’Artagnana, zagrożona przez Atosa, opuszcza Francję nie pomściwszy się na nich. Wkrótce ta myśl stała się dla niej tak nieznośna, że choć wiedziała, jak bardzo to niebezpieczne, błagała kapitana, by wysadził ją na brzeg; ale kapitan, który miał niełatwe zadanie pomiędzy francuskimi i angielskimi krążownikami — sytuacja nietoperza pomiędzy szczurami i ptakami — pragnął co szybciej przybić do brzegów angielskich i odmawiał twardo. Uważał to żądanie za kaprys kobiecy i przyrzekał podróżnej, którą zresztą polecił mu osobiście kardynał, że wysadzi ją w jakimś z portów Bretanii, w Lorient lub w Brest, jeśli morze i Francuzi pozwolą; na razie jednak wiatr był przeciwny, morze burzliwe, lawirowano i manewrowano nieustannie. W dziewięć dni po opuszczeniu Charente Milady, blada ze zmartwienia i wściekłości, ujrzała niebieskawe brzegi Finistère[*].
Obliczyła, że na przebycie tej części Francji i powrót do kardynała trzeba jej co najmniej trzech dni; dodajmy dzień na lądowanie, razem czyni to cztery dni; dodajmy te cztery dni do dziewięciu poprzednich, a otrzymamy trzynaście straconych dni, podczas których tyle ważnych wydarzeń mogło zajść w Londynie. Pomyślała, że bez wątpienia kardynał będzie rozgniewany jej powrotem i chętniej wysłucha skarg skierowanych przeciw niej niż jej oskarżeń. Minęła Lorient i Brest nie nalegając już na kapitana, który ze swej strony też wystrzegał się, by nie dać jej po temu sposobności. Milady płynęła więc dalej i tego samego dnia, kiedy Planchet wsiadł na okręt w Portsmouth[*], by odpłynąć do Francji, wysłanniczka Jego Eminencji przybyła triumfalnie do portu.
Całe miasto było niezwykle ożywione: cztery wielkie, świeżo ukończone okręty miały zostać spuszczone na morze; na grobli portowej stał Buckingham, cały w złocie, migocąc diamentami i drogimi kamieniami, w kapeluszu z białym piórem, które spadało mu na ramię, otoczony sztabem niemal równie wspaniałym jak on sam.
Był to jeden z tych pięknych! rzadkich dni zimowych, kiedy Anglia przypomina sobie, że istnieje słońce. Słońce blade, ale wspaniałe jeszcze, zachodziło właśnie okrywając purpurą niebo i ziemię, i rzucając na wieże i stare domy miasta ostatnie złote promienie, od których szyby płonęły jak w odblasku pożaru.
Milady oddychając powietrzem morskim, pachnącym i balsamicznym przy zbliżaniu się do lądu, patrząc na wspaniałość tych przygotowań, które miała zniszczyć, na potęgę tej armii, którą miała pokonać — ona, samotna kobieta — za pomocą kilku worków złota, porównywała się w myśli z Judytą, ową straszliwą Żydówką, w chwili kiedy bohaterka biblijna wkraczając do obozu Asyryjczyków ujrzała niezliczone wozy, konie, ludzi i broń, które jeden gest jej ręki miał rozproszyć niby chmurę dymu.
Wpłynęli do przystani; właśnie mieli zarzucić kotwicę, gdy mały i wspaniale uzbrojony kuter zbliżył się do statku handlowego, podając się za statek pilnujący wybrzeża; z kutra spuszczono na morze łódkę, która skierowała się ku drabince. W łódce znajdował się oficer, sternik i ośmiu wioślarzy; tylko oficer wszedł na statek, gdzie został przyjęty z całą powolnością, jaką budzi mundur.
Oficer rozmawiał chwilę z kapitanem, dał mu do przeczytania kilka papierów, które miał przy sobie; na rozkaz kapitana cała załoga, majtkowie i podróżni zostali wezwani na pokład.
Oficer wypytywał głośno, skąd dwumasztowiec wypłynął, sprawdzał jego marszrutę, a na wszystkie te pytania kapitan odpowiadał bez wahania i trudu. Wówczas oficer rozpoczął przegląd zebranych osób i zatrzymując się przed Milady, spojrzał na nią z wielką uwagą, ale bez słowa.
Następnie wrócił do kapitana i znowu powiedział mu kilka słów; jakby od tej chwili do niego należała komenda na statku, zarządził manewr, który załoga wykonała natychmiast. Statek ruszył, wciąż eskortowany przez mały kuter, który płynął obok, grożąc mu lufami swoich sześciu dział; łódź płynęła w ślad za statkiem, drobny punkcik obok olbrzyma.
Podczas gdy oficer przyglądał się Milady, Milady ze swej strony, jak można się tego domyślić, nie spuszczała z niego wzroku. Ale choć ta kobieta o płomiennych oczach umiała czytać w sercach tych, których tajemnice chciała poznać, trafiła tym razem na twarz tak niewzruszoną, że nic z niej nie mogła się dowiedzieć. Stojący przed nią oficer, który przypatrywał się jej w milczeniu i z tak wielką uwagą, mógł liczyć dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat, miał białą cerę i jasnoniebieskie, głęboko osadzone oczy; cienkie i regularnie zarysowane usta były nieruchome; wyraźnie zaznaczona broda zdradzała tę siłę woli, która w pospolitym typie brytyjskim jest tylko uporem; czoło nieco płaskie, jakie przystoi poetom, entuzjastom i żołnierzom, osłaniały krótkie i rzadkie włosy pięknej kasztanowatej barwy, a takaż broda okalała dół jego twarzy.
Kiedy wpłynęli do portu, była już noc. Mgła pogłębiała jeszcze ciemności i wokół latarni okrętowych i świateł układała się w kręgi podobne do tych, jakie otaczają księżyc, kiedy zanosi się na deszcz. Powietrze było nieprzyjemne, wilgotne i zimne.
Milady, ta kobieta tak silna, poczuła, że nie może opanować dreszczu.
Oficer kazał sobie pokazać kufry Milady i zanieść je do łódki; kiedy to zostało zrobione, poprosił ją, by zeszła sama, i podał jej rękę.
Milady spojrzała na niego i zawahała się.
— Kim jesteś, panie — zapytała — i dlaczego mną właśnie się zajmujesz?
— Powinnaś się tego domyślić, pani, widząc mój mundur; jestem oficerem marynarki angielskiej — odparł młodzieniec.