Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Powstrzymam się i nie będę nawet próbował prostować wszystkich przekłamań w twoich słowach — powiedziałem po długiej chwili milczenia. — Gdybym jednak miał je streścić, powiedziałbym, że waszym zdaniem nie jesteśmy z gruntu źli i prędzej czy później przyznamy rację wam i Księdze.
— Naturalnie. Nie ma innej możliwości. Uważamy, że w świecie matemowym nie istnieje żaden spisek mający na celu ukrywanie prawdy.
— Czyli ich zdaniem jesteście naprawdę zagubieni! — przetłumaczył jego słowa Yul.
Gnel skinął głową.
— Bardzo to z waszej strony uprzejme — mruknąłem.
— Zachowały się notatki saunta Bly’a — powiedział Gnel. — Czytałem je i jestem pewien, że nie był deolatrą.
— Wybacz, że się wtrącę… — odezwał się Sammann. Zawsze tak mówił, kiedy zamierzał kogoś obrazić. — Nie uważasz, że to chore, że banda deolatrów tworzy religię w oparciu o pisma człowieka, o którym wiedzą, że był ateistą?
— Identyfikujemy się z jego walką — odparł nieporuszony Gnel. — Z jego dążeniem do prawdy.
— Myślałem, że wy już znacie prawdę?
— Znamy prawdy zawarte w Księdze. Słuszność innych prawd wyczuwamy, ale ich nie znamy.
— To mi przypomina… — zacząłem, ale ugryzłem się w język.
— Słowa jakiegoś deklaranta? Estemarda? A może Orola?
— Proszę, nie mieszajmy go do tego.
— Jak chcesz. — Gnel wzruszył ramionami. — Orolo był odludkiem. Starał się przestrzegać Dyscypliny. Nigdy z nim nie rozmawiałem.
W tym momencie musiałem się wycofać. Policzyć do dziesięciu. Wyjąć Grabie. Ci ludzie interesowali się wiecznymi prawdami. Wierzyli, że niektóre z nich — nie wszystkie — są zapisane w książce. Że ich książka ma rację, a inne się mylą. To łączyło ich z większością rodzaju ludzkiego — i ja nie miałem nic przeciwko temu, dopóki się mnie nie czepiali. Tyle że tych cechowała jeszcze ciekawostka: natchnieniem był dla nich pewien deklarancki saunt. Nie musiałem tego na razie rozumieć.
— Wyczuwacie prawdę, ale jej nieznacie… — powtórzyła Cord. — W Sambie słyszeliśmy wasze nabożeństwo. Śpiewaliście. To było wzruszające.
Gnel pokiwał głową.
— To dlatego Estemard przychodzi do arki. Mimo że nie wierzy.
— Wasze argumenty nie przekonują go na płaszczyźnie intelektualnej — przełożyła Cord. — Ale podziela część waszych uczuć.
— Otóż to! — Ganelial Crade był wniebowzięty. Dziwnie mi o tym pisać, ale to prawda: nie posiadał się z radości, jakby właśnie udało mu się kogoś nawrócić.
— Chyba rozumiem, co jest w tym atrakcyjnego — przyznała Cord. — Nawet dla niewierzących.
Spojrzałem na nią z ukosa. Yul zakrył twarz dłońmi, a Cord zaczęła się bronić:
— Nie zamierzam przystępować do ich arki. Chciałam tylko powiedzieć, że to było niesamowite wrażenie: po tylu godzinach jazdy przez pustkowie trafić do miejsca, w którym zebrali się ludzie, i poczuć łączącą ich więź emocjonalną. I mieć świadomość, że to trwa od wieków.
— Nasza arka umiera — powiedział Gnel. — Nasze miasteczka, takie jak Sambie, również. To przez to nasze nabożeństwa są takie poruszające.
Były to jego pierwsze słowa, które nie ociekały natrętną pewnością siebie. Nic więc dziwnego, że kompletnie nas zaskoczyły. Yul odjął ręce od twarzy i rozdziawił usta.
— Umierają z winy Niebiańskiego Strażnika? — domyślił się Sammann.
— Jego credo jest proste. Pozbawione niuansów. Rozprzestrzenia się jak choroba. Ci, którzy je przyjmą, odwracają się od nas i zaczynają traktować jak heretyków. To nas wykańcza — wyjaśnił Gnel, posyłając Yulowi niezbyt przyjazne spojrzenie.
Bardzo to było wszystko ciekawe, ale ja miałem inne sprawy do przemyślenia.
Estemard postradał zmysły. A Orolo?
Przypomniałem sobie rozmowę, którą odbyłem z nim na krótko przed zamknięciem gwiezdnego kręgu. Tę o pięknie. Tę, która ocaliła mi życie. Z perspektywy czasu mogłem się w niej dopatrzyć pierwszych oznak obłędu Orola: tak jakby on zwariował, a ja oprzytomniał w tym samym momencie.
Otrząsnąłem się z tych myśli. Orolo został odrzucony i mógł szukać schronienia tylko w jednym miejscu: na Kopcu Bly’a. Dotarłszy tam, przestrzegał Dyscypliny. Nie śpiewał w arce, a przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjechał.
To znaczy…
Nie, to nie tak. Wcale nie przy pierwszej. Wyruszył na północ zaledwie dwa dni przed nami: po tej nocy, gdy lasery oświetliły Nieskalane Materny. Dlaczego to wydarzenie kazało mu spakować zawój, sferę i sznur i pospieszyć akurat na Ecbę?
Może za parę dni będę go mógł o to zapytać.
Jestokej: Substancja chemiczna pochodzenia naturalnego, która w odpowiednio wysokim stężeniu w mózgu wywołuje poczucie, że wszystko jest w porządku. Wyodrębniony przez teorów w pierwszym stuleciu p.r. i początkowo dostępny wyłącznie w celach terapeutycznych, rozpowszechnił się, gdy udało się zmodyfikować sekwencję pospolitego chwastu (nazwanego później błogoniem) w taki sposób, żeby wytwarzał jestokej jako produkt uboczny przemian metabolicznych. Błogoń został później zaliczony do Jedenastki.