Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 253
Перейти на страницу:

— Powstrzymam się i nie będę nawet próbował prostować wszystkich przekłamań w twoich słowach — powiedziałem po długiej chwili milczenia. — Gdybym jednak miał je streścić, powiedziałbym, że waszym zdaniem nie jesteśmy z gruntu źli i prędzej czy później przyznamy rację wam i Księdze.

— Naturalnie. Nie ma innej możliwości. Uważamy, że w świecie matemowym nie istnieje żaden spisek mający na celu ukrywanie prawdy.

— Czyli ich zdaniem jesteście naprawdę zagubieni! — przetłumaczył jego słowa Yul.

Gnel skinął głową.

— Bardzo to z waszej strony uprzejme — mruknąłem.

— Zachowały się notatki saunta Bly’a — powiedział Gnel. — Czytałem je i jestem pewien, że nie był deolatrą.

— Wybacz, że się wtrącę… — odezwał się Sammann. Zawsze tak mówił, kiedy zamierzał kogoś obrazić. — Nie uważasz, że to chore, że banda deolatrów tworzy religię w oparciu o pisma człowieka, o którym wiedzą, że był ateistą?

— Identyfikujemy się z jego walką — odparł nieporuszony Gnel. — Z jego dążeniem do prawdy.

— Myślałem, że wy już znacie prawdę?

— Znamy prawdy zawarte w Księdze. Słuszność innych prawd wyczuwamy, ale ich nie znamy.

— To mi przypomina… — zacząłem, ale ugryzłem się w język.

— Słowa jakiegoś deklaranta? Estemarda? A może Orola?

— Proszę, nie mieszajmy go do tego.

— Jak chcesz. — Gnel wzruszył ramionami. — Orolo był odludkiem. Starał się przestrzegać Dyscypliny. Nigdy z nim nie rozmawiałem.

W tym momencie musiałem się wycofać. Policzyć do dziesięciu. Wyjąć Grabie. Ci ludzie interesowali się wiecznymi prawdami. Wierzyli, że niektóre z nich — nie wszystkie — są zapisane w książce. Że ich książka ma rację, a inne się mylą. To łączyło ich z większością rodzaju ludzkiego — i ja nie miałem nic przeciwko temu, dopóki się mnie nie czepiali. Tyle że tych cechowała jeszcze ciekawostka: natchnieniem był dla nich pewien deklarancki saunt. Nie musiałem tego na razie rozumieć.

— Wyczuwacie prawdę, ale jej nieznacie… — powtórzyła Cord. — W Sambie słyszeliśmy wasze nabożeństwo. Śpiewaliście. To było wzruszające.

Gnel pokiwał głową.

— To dlatego Estemard przychodzi do arki. Mimo że nie wierzy.

— Wasze argumenty nie przekonują go na płaszczyźnie intelektualnej — przełożyła Cord. — Ale podziela część waszych uczuć.

— Otóż to! — Ganelial Crade był wniebowzięty. Dziwnie mi o tym pisać, ale to prawda: nie posiadał się z radości, jakby właśnie udało mu się kogoś nawrócić.

— Chyba rozumiem, co jest w tym atrakcyjnego — przyznała Cord. — Nawet dla niewierzących.

Spojrzałem na nią z ukosa. Yul zakrył twarz dłońmi, a Cord zaczęła się bronić:

— Nie zamierzam przystępować do ich arki. Chciałam tylko powiedzieć, że to było niesamowite wrażenie: po tylu godzinach jazdy przez pustkowie trafić do miejsca, w którym zebrali się ludzie, i poczuć łączącą ich więź emocjonalną. I mieć świadomość, że to trwa od wieków.

— Nasza arka umiera — powiedział Gnel. — Nasze miasteczka, takie jak Sambie, również. To przez to nasze nabożeństwa są takie poruszające.

Były to jego pierwsze słowa, które nie ociekały natrętną pewnością siebie. Nic więc dziwnego, że kompletnie nas zaskoczyły. Yul odjął ręce od twarzy i rozdziawił usta.

— Umierają z winy Niebiańskiego Strażnika? — domyślił się Sammann.

— Jego credo jest proste. Pozbawione niuansów. Rozprzestrzenia się jak choroba. Ci, którzy je przyjmą, odwracają się od nas i zaczynają traktować jak heretyków. To nas wykańcza — wyjaśnił Gnel, posyłając Yulowi niezbyt przyjazne spojrzenie.

Bardzo to było wszystko ciekawe, ale ja miałem inne sprawy do przemyślenia.

Estemard postradał zmysły. A Orolo?

Przypomniałem sobie rozmowę, którą odbyłem z nim na krótko przed zamknięciem gwiezdnego kręgu. Tę o pięknie. Tę, która ocaliła mi życie. Z perspektywy czasu mogłem się w niej dopatrzyć pierwszych oznak obłędu Orola: tak jakby on zwariował, a ja oprzytomniał w tym samym momencie.

Otrząsnąłem się z tych myśli. Orolo został odrzucony i mógł szukać schronienia tylko w jednym miejscu: na Kopcu Bly’a. Dotarłszy tam, przestrzegał Dyscypliny. Nie śpiewał w arce, a przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjechał.

To znaczy…

Nie, to nie tak. Wcale nie przy pierwszej. Wyruszył na północ zaledwie dwa dni przed nami: po tej nocy, gdy lasery oświetliły Nieskalane Materny. Dlaczego to wydarzenie kazało mu spakować zawój, sferę i sznur i pospieszyć akurat na Ecbę?

Może za parę dni będę go mógł o to zapytać.

Jestokej: Substancja chemiczna pochodzenia naturalnego, która w odpowiednio wysokim stężeniu w mózgu wywołuje poczucie, że wszystko jest w porządku. Wyodrębniony przez teorów w pierwszym stuleciu p.r. i początkowo dostępny wyłącznie w celach terapeutycznych, rozpowszechnił się, gdy udało się zmodyfikować sekwencję pospolitego chwastu (nazwanego później błogoniem) w taki sposób, żeby wytwarzał jestokej jako produkt uboczny przemian metabolicznych. Błogoń został później zaliczony do Jedenastki.

— Słownik, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Podróż trwała około dwóch dni — czy raczej około dwóch cykli snu i czuwania, bo tak mierzyło się czas na północy. Nagle poczułem, że jestem znów gotowy do pracy. Podróż z Sambie do portu kolei lodowej stanowiła dla mnie bezcenny okres wytchnienia od czytania i myślenia, ale widok Jesry’ego wytrącił mnie z tego błogostanu. Ja tu się wysypiam po dwanaście godzin na dobę i oglądam szpile, a moi przyjaciele biorą udział w niebezpiecznych misjach. Na razie jednak niewiele mogłem na to poradzić. Ustawiczne drżenie i zgrzytliwe szarpnięcia lokomotywy praktycznie uniemożliwiały czytanie i pisanie, utrudniały nawet oglądanie szpilów. Wyjście na zewnątrz nie wchodziło w grę. Zaczynałem rozumieć, czemu tyle ludzi na północy nadużywa substancji uzależniających.

Jeszcze przed odjazdem pociągu Sammann wywiedział się o możliwość przekroczenia granicy bez dokumentów. Ludzie migrujący z przyczyn ekonomicznych robili to regularnie, a że niektórzy nawet spisywali swoje doświadczenia, po zapoznaniu się z ich relacjami miałem pewne wyobrażenie o tym, co można, a czego nie można robić. W żadnym wypadku nie należało jechać pociągiem do samego końca. Port kolejowy po drugiej stronie był zarządzany znacznie surowiej niż ten, z którego wyjechaliśmy. Urzędnicy wsiadali do pociągu na stacyjce kilka stopni na północ od portu i w ciągu ostatnich paru godzin podróży przeczesywali cały skład. Można było próbować się przed nimi chować, ale to się nie zawsze udawało. Nielegalni podróżni woleli więc wyskakiwać z pociągu przed stacyjką i dogadywać się z miejscowymi przewoźnikami, którzy przewozili ich swoimi saniami przez granicę.

Przewoźnicy dzielili się na dwie kategorie. Ci starsi, z większym stażem, mieli duże pociągi sań, którymi pokonywali góry i zajeżdżali na odległe o kilkaset mil skute lodem wybrzeże. Obok nich pojawili się ostatnio nowi, w mniejszych, zwinniejszych pojazdach śnieżnych, mających krótki zasięg i służących tylko do ominięcia portu kolei. Mieliśmy nadzieję, że uda mi się wynająć jedną z takich właśnie maszyn, ale był z nimi ten kłopot, że nie jeździły przy złej pogodzie. Naturalnie, cały ten proceder przemytniczy można by z łatwością ukrócić, gdyby tylko państwo sekularne poważnie wzięło się do roboty. Wyglądało jednak na to, że jego urzędnicy wolą przymykać oczy — pod warunkiem, że szmuglerzy zachowają pozory i nie będą sami pchać im się w ręce.

1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)