Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Goście przybywali grupkami i nawet jeśli służący nie obwieszczałby donośnym głosem nazwiska każdego wchodzącego, Altsin i tak zorientowałby się, kto zajmuje jakie miejsce w hierarchii miasta. Wystarczył do tego sposób, w jaki gość witał się z gospodarzem.
Krewni Terleachów i ich bliscy sojusznicy wchodzili do sali odziani w stroje o jaskrawych barwach, uśmiechnięci, promienni i radośni, a monogramy na ich kołnierzach i mankietach błyszczały złotem i srebrem. Hrabia obdarzał każdego szerokim, szczerym uśmiechem i mocnym uściskiem, najczęściej rzucając jeszcze kilka żartobliwych słów. Wszyscy wprost promienieli szczęściem i pewnością siebie.
Podobnie było z Wysserynami, a choć gospodarz poświęcił więcej niż niezbędną chwilę tylko Arolhowi i jego małżonce, oni też zachowywali się, jakby wszystko wokół należało do nich. Niemal od razu po wejściu mieszali się z Terleachami i całą salę wypełniał gwar swobodnych rozmów, śmiechu i brzęk kryształowych kielichów. Nowi władcy miasta czuli się bardzo, ale to bardzo pewnie.
Za to gdy zjawił się Ferles-gur-Dores, Altsin pierwszy raz w życiu zobaczył, jak w mniej niż pół uderzenia serca zapada całkowita cisza. Nawet przemykający wśród gości służący zatrzymali się na chwilę, rzucając szybkie spojrzenia w stronę wejścia. Gur-Dores przybył w towarzystwie żony, dwóch synów i kilku najbliższych czy też najodważniejszych krewnych. Wszyscy ubrani od stóp do głów w czarny aksamit, nawet monogramy na mankietach mieli wyszyte czarną nicią. Złodziej na ich widok poczuł coś w rodzaju podszytego współczuciem podziwu. Jeśli dobrze rozumiał panujące w Wysokim Mieście zwyczaje, Ferles-gur-Dores nie miał wielkiego wyboru, mógł odrzucić zaproszenie, lecz równałoby się to przyznaniu, że miał coś wspólnego z niedoszłym zamachem i zostałoby potraktowane, jak oficjalne wypowiedzenie wojny z Terleachami i Wysserynami.
Altsin doskonale wiedział, że większość wojen między członkami Rady toczy się tak naprawdę w Niskim Mieście. To tam znajdowały się doki, statki i magazyny, które nagle zaczynały masowo płonąć, to tam kapitanowie służący niewłaściwym rodom topili się w kanałach po wypiciu zaledwie kufla piwa, a sklepy i warsztaty nagle zamykały podwoje, bo ich właściciele bali się pojawić w pracy. Baronowa miała rację, Wysokie i Niskie Miasto to kwiat i łodyga, a starcia możnych polegały głównie na próbach oddzielenia tych dwóch części. W czasie takiej wojny gildie złodziei i morderców z Niskiego Miasta zarabiały sporo pieniędzy, wynajmując swoich ludzi temu, kto lepiej płacił. A ostateczny cios następował wtedy, gdy jedna strona była już zupełnie zrujnowana, gdy kwiat odcięto od życiodajnych korzeni i przegrywające stronnictwo nie miało więcej pieniędzy, by opłacać służbę, strażników i czarodziei rzucających ochronne zaklęcia. Wtedy właśnie, nocą, gdy resztki potężnego niegdyś rodu, teraz oddającego władzę, kuliły się w ciemnej i opuszczonej rezydencji, przychodzili zabójcy uzbrojeni w Pocałunki Kleh. Altsin słyszał od Cetrona, że tak właśnie, piętnaście lat wcześniej, skończył Kanerd Lafrenes, który zajmował miejsce w Radzie przed hrabią Terleachem.
Być może właśnie cień tej śmierci majaczył teraz w oczach wszystkich gości, w milczeniu patrzących na wejście gur-Doresów. Jak ławica rekinów obserwująca wpływającą na swój teren grupkę krów morskich, pomyślał. Mógłby się założyć, że Ferles-gur-Dores kazał żonie i synom założyć pod te czarne atłasy kolczugi.
Bezruch przełamała baronowa Lewender. Podpłynęła wdzięcznie do Glawerii-gur-Dores i uśmiechając się oraz szczebiocząc coś słodko, cmoknęła powietrze obok policzków, a hrabia Terleach wyciągnął rękę do przybyłych. Cień śmierci rozproszył się, a ciszę przegnał brzęk kryształów i szmer rozmów. Egzekucję odłożono na później.
Złodziej obserwował spod oka, jak gur-Doresowie, plama czerni w morzu pasteli i złota, przesuwają się w kąt. Nikt ich nie zatrzymywał, ale i nikt nie zaczepiał. Jakby znajdowali się na sali sami. Mają wszystkie przysmaki dla siebie – zabrzęczała mu w głowie złośliwa myśl – bo stół, do którego podejdą, natychmiast opustoszeje. Ale tak naprawdę nie byli ważni, ot, po prostu wyznaczono im rolę zarówno upokorzonej ofiary, jak i trofeum. Tak traktowano wodzów podbitych barbarzyńskich plemion, kiedy wwożono ich skutych łańcuchami do miasta i kazano oglądać triumf swoich zwycięzców. Gur-Doresowie mogli tylko patrzeć, jak władza w mieście wymyka im się z rąk. Lecz byli tylko ciekawostką, przystawką. Altsin czekał na danie główne.
Ewennet-sek-Gres zjawił się ostatni i Altsin postawiłby wszystko, co do tej pory ukradł, że było to dokładnie zaplanowane. Dzięki temu jego przybycie nie zostało niezauważone, więcej, cisza, jaka zapadła w chwili, gdy szlachcic przekroczył próg, była nawet głębsza niż ta, która towarzyszyła wejściu gur-Doresów. Miała jednak zupełnie inny posmak. Tak Terleachowie i Wysseryni witali swojego bohatera. Gdy młody baron zatrzymał się w wejściu, niemal wszyscy, poczynając od hrabiego, a kończąc na służbie, wykonali lekki ukłon w jego stronę.
Altsin tkwił w cieniu pod ścianą i obserwował. Baron wyglądał na młodszego niż w rzeczywistości. Z tego, co słyszał, miał ponad dwadzieścia pięć lat, choć na pierwszy rzut oka mało kto dałby mu więcej niż dwudziestkę. Niebieskie oczy, jasne włosy związane w niedbały kucyk, długie, wąskie dłonie. Do tego szczupła sylwetka i – co dało się zauważyć, gdy ruszył w stronę hrabiego – ruchy tancerza lub zawodowego fechmistrza. No i ubiór: śnieżnobiała jedwabna koszula, takież atłasowe spodnie i wysokie buty z barwionej na perłową biel skóry. Złoty pas, guziki i sprzączki przy butach. Biel i złoto, symbol, jeśli złodziej dobrze się orientował w zwyczajach Wysokiego Miasta, prostoty, szczerości i odwagi. Żadnej widocznej broni.
Powitanie z hrabią było krótkie, serdeczne i męskie. Silny uścisk dłoni, szeroki uśmiech. Dumny ojciec witający syna wracającego ze zwycięskiej wyprawy wojennej lub wdzięczny suzeren wydający ucztę na cześć sławnego wasala. Altsin po cichu spodziewał się dmących surm lub innych instrumentów w tle, mających dopełnić obrazek. Nie doczekał się, choć najwyraźniej uczty w Wysokim Mieście były na równi okazją do spotkań, jedzenia i picia, jak i przedstawieniami teatralnymi. Każdy szczegół – od strojów po tempo poruszania się gości, głębokość ukłonu i szerokość uśmiechu – niósł informację i miał znaczenie. Ustalał pozycję w hierarchii. Złodziej był ciekaw, w jakiej kolejności zaproszeni zaczną podchodzić do stołów. Czy tak jak wataha dzikich psów? Od pierwszego samca aż do najbardziej sparszywiałego kundla? I gdzie w takim razie byłoby miejsce dla kapitana mittarskiej galery? Na samym końcu, gdy już wszystkie miski zostaną opróżnione? Nie zamierzał wylizywać resztek sosów i do ciężkiej choroby, nie miał zamiaru stać w kącie przez całą noc, czekając na ruch baronowej.