Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 173
Перейти на страницу:

Go­ście przy­by­wa­li grup­ka­mi i na­wet je­śli słu­żą­cy nie ob­wiesz­czał­by do­no­śnym gło­sem na­zwi­ska każ­de­go wcho­dzą­ce­go, Alt­sin i tak zo­rien­to­wał­by się, kto zaj­mu­je ja­kie miej­sce w hie­rar­chii mia­sta. Wy­star­czył do tego spo­sób, w jaki gość wi­tał się z go­spo­da­rzem.

Krew­ni Ter­le­achów i ich bli­scy so­jusz­ni­cy wcho­dzi­li do sali odzia­ni w stro­je o ja­skra­wych bar­wach, uśmiech­nię­ci, pro­mien­ni i ra­do­śni, a mo­no­gra­my na ich koł­nier­zach i man­kie­tach błysz­cza­ły zło­tem i sre­brem. Hra­bia ob­da­rzał każ­de­go sze­ro­kim, szcze­rym uśmie­chem i moc­nym uści­skiem, naj­czę­ściej rzu­ca­jąc jesz­cze kil­ka żar­to­bli­wych słów. Wszy­scy wprost pro­mie­nie­li szczę­ściem i pew­no­ścią sie­bie.

Po­dob­nie było z Wy­sse­ry­na­mi, a choć go­spo­darz po­świę­cił wię­cej niż nie­zbęd­ną chwi­lę tyl­ko Arol­ho­wi i jego mał­żon­ce, oni też za­cho­wy­wa­li się, jak­by wszyst­ko wo­kół na­le­ża­ło do nich. Nie­mal od razu po wej­ściu mie­sza­li się z Ter­le­acha­mi i całą salę wy­peł­niał gwar swo­bod­nych roz­mów, śmie­chu i brzęk krysz­ta­ło­wych kie­li­chów. Nowi wład­cy mia­sta czu­li się bar­dzo, ale to bar­dzo pew­nie.

Za to gdy zja­wił się Fer­les-gur-Do­res, Alt­sin pierw­szy raz w ży­ciu zo­ba­czył, jak w mniej niż pół ude­rze­nia ser­ca za­pa­da cał­ko­wi­ta ci­sza. Na­wet prze­my­ka­ją­cy wśród go­ści słu­żą­cy za­trzy­ma­li się na chwi­lę, rzu­ca­jąc szyb­kie spoj­rze­nia w stro­nę wej­ścia. Gur-Do­res przy­był w to­wa­rzy­stwie żony, dwóch sy­nów i kil­ku naj­bliż­szych czy też naj­od­waż­niej­szych krew­nych. Wszy­scy ubra­ni od stóp do głów w czar­ny ak­sa­mit, na­wet mo­no­gra­my na man­kie­tach mie­li wy­szy­te czar­ną ni­cią. Zło­dziej na ich wi­dok po­czuł coś w ro­dza­ju pod­szy­te­go współ­czu­ciem po­dzi­wu. Je­śli do­brze ro­zu­miał pa­nu­ją­ce w Wy­so­kim Mie­ście zwy­cza­je, Fer­les-gur-Do­res nie miał wiel­kie­go wy­bo­ru, mógł od­rzu­cić za­pro­sze­nie, lecz rów­na­ło­by się to przy­zna­niu, że miał coś wspól­ne­go z nie­do­szłym za­ma­chem i zo­sta­ło­by po­trak­to­wa­ne, jak ofi­cjal­ne wy­po­wie­dze­nie woj­ny z Ter­le­acha­mi i Wy­sse­ry­na­mi.

Alt­sin do­sko­na­le wie­dział, że więk­szość wo­jen mię­dzy człon­ka­mi Rady to­czy się tak na­praw­dę w Ni­skim Mie­ście. To tam znaj­do­wa­ły się doki, stat­ki i ma­ga­zy­ny, któ­re na­gle za­czy­na­ły ma­so­wo pło­nąć, to tam ka­pi­ta­no­wie słu­żą­cy nie­wła­ści­wym ro­dom to­pi­li się w ka­na­łach po wy­pi­ciu za­le­d­wie ku­fla piwa, a skle­py i warsz­ta­ty na­gle za­my­ka­ły po­dwo­je, bo ich wła­ści­cie­le bali się po­ja­wić w pra­cy. Ba­ro­no­wa mia­ła ra­cję, Wy­so­kie i Ni­skie Mia­sto to kwiat i ło­dy­ga, a star­cia moż­nych po­le­ga­ły głów­nie na pró­bach od­dzie­le­nia tych dwóch czę­ści. W cza­sie ta­kiej woj­ny gil­die zło­dziei i mor­der­ców z Ni­skie­go Mia­sta za­ra­bia­ły spo­ro pie­nię­dzy, wy­naj­mu­jąc swo­ich lu­dzi temu, kto le­piej pła­cił. A osta­tecz­ny cios na­stę­po­wał wte­dy, gdy jed­na stro­na była już zu­peł­nie zruj­no­wa­na, gdy kwiat od­cię­to od ży­cio­daj­nych ko­rze­ni i prze­gry­wa­ją­ce stron­nic­two nie mia­ło wię­cej pie­nię­dzy, by opła­cać służ­bę, straż­ni­ków i cza­ro­dziei rzu­ca­ją­cych ochron­ne za­klę­cia. Wte­dy wła­śnie, nocą, gdy reszt­ki po­tęż­ne­go nie­gdyś rodu, te­raz od­da­ją­ce­go wła­dzę, ku­li­ły się w ciem­nej i opusz­czo­nej re­zy­den­cji, przy­cho­dzi­li za­bój­cy uzbro­je­ni w Po­ca­łun­ki Kleh. Alt­sin sły­szał od Ce­tro­na, że tak wła­śnie, pięt­na­ście lat wcze­śniej, skoń­czył Ka­nerd La­fre­nes, któ­ry zaj­mo­wał miej­sce w Ra­dzie przed hra­bią Ter­le­achem.

Być może wła­śnie cień tej śmier­ci ma­ja­czył te­raz w oczach wszyst­kich go­ści, w mil­cze­niu pa­trzą­cych na wej­ście gur-Do­re­sów. Jak ła­wi­ca re­ki­nów ob­ser­wu­ją­ca wpły­wa­ją­cą na swój te­ren grup­kę krów mor­skich, po­my­ślał. Mógł­by się za­ło­żyć, że Fer­les-gur-Do­res ka­zał żo­nie i sy­nom za­ło­żyć pod te czar­ne atła­sy kol­czu­gi.

Bez­ruch prze­ła­ma­ła ba­ro­no­wa Le­wen­der. Pod­pły­nę­ła wdzięcz­nie do Gla­we­rii-gur-Do­res i uśmie­cha­jąc się oraz szcze­bio­cząc coś słod­ko, cmok­nę­ła po­wie­trze obok po­licz­ków, a hra­bia Ter­le­ach wy­cią­gnął rękę do przy­by­łych. Cień śmier­ci roz­pro­szył się, a ci­szę prze­gnał brzęk krysz­ta­łów i szmer roz­mów. Eg­ze­ku­cję odło­żo­no na póź­niej.

Zło­dziej ob­ser­wo­wał spod oka, jak gur-Do­re­so­wie, pla­ma czer­ni w mo­rzu pa­ste­li i zło­ta, prze­su­wa­ją się w kąt. Nikt ich nie za­trzy­my­wał, ale i nikt nie za­cze­piał. Jak­by znaj­do­wa­li się na sali sami. Mają wszyst­kie przy­sma­ki dla sie­bie – za­brzę­cza­ła mu w gło­wie zło­śli­wa myśl – bo stół, do któ­re­go po­dej­dą, na­tych­miast opu­sto­sze­je. Ale tak na­praw­dę nie byli waż­ni, ot, po pro­stu wy­zna­czo­no im rolę za­rów­no upo­ko­rzo­nej ofia­ry, jak i tro­feum. Tak trak­to­wa­no wo­dzów pod­bi­tych bar­ba­rzyń­skich ple­mion, kie­dy wwo­żo­no ich sku­tych łań­cu­cha­mi do mia­sta i ka­za­no oglą­dać triumf swo­ich zwy­cięz­ców. Gur-Do­re­so­wie mo­gli tyl­ko pa­trzeć, jak wła­dza w mie­ście wy­my­ka im się z rąk. Lecz byli tyl­ko cie­ka­wost­ką, przy­staw­ką. Alt­sin cze­kał na da­nie głów­ne.

Ewen­net-sek-Gres zja­wił się ostat­ni i Alt­sin po­sta­wił­by wszyst­ko, co do tej pory ukradł, że było to do­kład­nie za­pla­no­wa­ne. Dzię­ki temu jego przy­by­cie nie zo­sta­ło nie­zau­wa­żo­ne, wię­cej, ci­sza, jaka za­pa­dła w chwi­li, gdy szlach­cic prze­kro­czył próg, była na­wet głęb­sza niż ta, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła wej­ściu gur-Do­re­sów. Mia­ła jed­nak zu­peł­nie inny po­smak. Tak Ter­le­acho­wie i Wy­sse­ry­ni wi­ta­li swo­je­go bo­ha­te­ra. Gdy mło­dy ba­ron za­trzy­mał się w wej­ściu, nie­mal wszy­scy, po­czy­na­jąc od hra­bie­go, a koń­cząc na służ­bie, wy­ko­na­li lek­ki ukłon w jego stro­nę.

Alt­sin tkwił w cie­niu pod ścia­ną i ob­ser­wo­wał. Ba­ron wy­glą­dał na młod­sze­go niż w rze­czy­wi­sto­ści. Z tego, co sły­szał, miał po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat, choć na pierw­szy rzut oka mało kto dał­by mu wię­cej niż dwu­dziest­kę. Nie­bie­skie oczy, ja­sne wło­sy zwią­za­ne w nie­dba­ły ku­cyk, dłu­gie, wą­skie dło­nie. Do tego szczu­pła syl­wet­ka i – co dało się za­uwa­żyć, gdy ru­szył w stro­nę hra­bie­go – ru­chy tan­ce­rza lub za­wo­do­we­go fech­mi­strza. No i ubiór: śnież­no­bia­ła je­dwab­na ko­szu­la, ta­kież atła­so­we spodnie i wy­so­kie buty z bar­wio­nej na per­ło­wą biel skó­ry. Zło­ty pas, gu­zi­ki i sprzącz­ki przy bu­tach. Biel i zło­to, sym­bol, je­śli zło­dziej do­brze się orien­to­wał w zwy­cza­jach Wy­so­kie­go Mia­sta, pro­sto­ty, szcze­ro­ści i od­wa­gi. Żad­nej wi­docz­nej bro­ni.

Po­wi­ta­nie z hra­bią było krót­kie, ser­decz­ne i mę­skie. Sil­ny uścisk dło­ni, sze­ro­ki uśmiech. Dum­ny oj­ciec wi­ta­ją­cy syna wra­ca­ją­ce­go ze zwy­cię­skiej wy­pra­wy wo­jen­nej lub wdzięcz­ny su­ze­ren wy­da­ją­cy ucztę na cześć sław­ne­go wa­sa­la. Alt­sin po ci­chu spo­dzie­wał się dmą­cych surm lub in­nych in­stru­men­tów w tle, ma­ją­cych do­peł­nić ob­ra­zek. Nie do­cze­kał się, choć naj­wy­raź­niej uczty w Wy­so­kim Mie­ście były na rów­ni oka­zją do spo­tkań, je­dze­nia i pi­cia, jak i przed­sta­wie­nia­mi te­atral­ny­mi. Każ­dy szcze­gół – od stro­jów po tem­po po­ru­sza­nia się go­ści, głę­bo­kość ukło­nu i sze­ro­kość uśmie­chu – niósł in­for­ma­cję i miał zna­cze­nie. Usta­lał po­zy­cję w hie­rar­chii. Zło­dziej był cie­kaw, w ja­kiej ko­lej­no­ści za­pro­sze­ni za­czną pod­cho­dzić do sto­łów. Czy tak jak wa­ta­ha dzi­kich psów? Od pierw­sze­go sam­ca aż do naj­bar­dziej spar­szy­wia­łe­go kun­dla? I gdzie w ta­kim ra­zie by­ło­by miej­sce dla ka­pi­ta­na mit­tar­skiej ga­le­ry? Na sa­mym koń­cu, gdy już wszyst­kie mi­ski zo­sta­ną opróż­nio­ne? Nie za­mie­rzał wy­li­zy­wać resz­tek so­sów i do cięż­kiej cho­ro­by, nie miał za­mia­ru stać w ką­cie przez całą noc, cze­ka­jąc na ruch ba­ro­no­wej.

1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)