Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 210
Перейти на страницу:

Się­gnął zmy­sła­mi w przód. Obiekt, któ­ry ści­gał, był le­d­wo wy­czu­wal­ny. Nie mógł na­wet okre­ślić, jak da­le­ko się znaj­du­je. Sto mil? Dwie­ście? Jego ślad, echo, był nie­wy­raź­ny i roz­my­ty.

Nie tak jak ten szept, któ­ry znów za­brzę­czał mu koło ucha.

„… i obie­cu­ję, że do koń­ca ży­cia nie tknę Woh­landz­kiej Prze­pa­lan­ki… ani Pie­przów­ki… ani na­lew­ki na mio­dzie mo­jej bab­ki. Sły­szysz? Ani łyka… Co mam, do cho­le­ry, jesz­cze zro­bić? Cze­go po­trze­bu­jesz, ty za­wzię­ty, dur­ny ku­ta­sie? Krwi? Mam so­bie uto­czyć krwi? Żeby cię za­do­wo­lić? Jak­bym, pier­dol­nię­ty skur­wie­lu, nie ro­bił tego przez całe ży­cie…”.

Zło­dziej uśmiech­nął się od ucha do ucha. To była mo­dli­twa… Ktoś tu­taj, po­śród lo­do­we­go pust­ko­wia, mo­dlił się do Re­agwy­ra. I to szcze­rze, nie bez­myśl­nie kle­pa­nym pa­cie­rzem, ale wkła­da­jąc w każ­de sło­wo tyle emo­cji, że aż pa­rzy­ło. Me­ekh mo­dlą­ce­go się był dość mięk­ki i ina­czej ak­cen­to­wa­ny niż w Pon­kee-Laa, ale zro­zu­mia­ły.

„… pa­mię­tasz tam­tą po­tycz­kę w Bren­ha­gen? Obie­ca­łem ci dwa ba­ra­ny w ofie­rze, jak prze­ży­ję. Do­sta­łeś je… Sam po­de­rżną­łem im gar­dła. Pa­mię­tasz? Pa­mię­tasz, łaj­zo? A może je­steś za­zdro­sny, bo on woli Byka…? No to co? Nie bądź taką za­sra­ną piz­dą! Twój brat to do­bry bóg dla straż­ni­ka. A ja… go nie zo­sta­wię… sły­szysz? Ja… Ges­sen Pancw, nie zo­sta­wię go… sły­szysz… to nie jest do­bra śmierć dla gó­ra­la… ku­ta­sie…”.

Ten czło­wiek umie­rał, do­tar­ło do Alt­si­na. Du­sza Ges­se­na opu­ści­ła już jed­ną nogą cia­ło, te­raz męż­czy­zna ma­ja­czył, ko­nał i dla­te­go jego mo­dli­twa tak re­zo­no­wa­ła z Mocą. I to jaka mo­dli­twa! O Mat­ko – uśmiech nie scho­dził z twa­rzy zło­dzie­ja – czło­wie­ka, któ­ry na zmia­nę pro­si swo­je­go boga o po­moc i wy­zy­wa go od pizd i ku­ta­sów, nie moż­na zo­sta­wić na śmierć.

Sku­pił się na tym szep­cie i na­gle od­niósł wra­że­nie, jak­by wśród ciem­no­ści po­ja­wi­ło się ja­kieś świa­tło, łuna, de­li­kat­niej­sza niż nie­śmia­ły wschód słoń­ca.

Skrę­cił w jej stro­nę. W mia­rę jak się zbli­żał, świa­tło bla­kło, ale on nie miał pro­ble­mów z wi­dze­niem w nocy.

Lu­dzie. Dwóch lu­dzi, któ­rzy z da­le­ka wy­glą­da­li, jak­by na­by­li cu­dow­ną umie­jęt­ność uno­sze­nia się na wo­dzie, i do­pie­ro gdy Alt­sin zna­lazł się bli­żej, do­strzegł, że tkwią na krze, a ra­czej na ka­wał­ku lodu wiel­ko­ści po­ło­wy jego ło­dzi, zbyt wą­tłym, by utrzy­mać się na po­wierzch­ni pod ich cię­ża­rem. Lód za­nu­rzał się już na kil­ka cali, więc męż­czyź­ni byli prze­mok­nię­ci i po­wo­li za­ma­rza­li. Je­den klę­czał, pod­trzy­mu­jąc na po­wierzch­ni gło­wę swo­je­go le­żą­ce­go bez przy­tom­no­ści to­wa­rzy­sza, i to wła­śnie on szep­tał w mrok mo­dli­twy.

No, no. Kto mówi, że cuda się nie zda­rza­ją?

Tyl­ko tego nie spieprz, ostu­dził wła­sny za­pał. Każ­da gwał­tow­niej­sza fala ze­pchnie ich z kry, a na­mok­nię­te ubra­nia po­cią­gną na dno. Po­wo­li.

Pod­pły­nął do męż­czyzn de­li­kat­nie, jak­by ich lo­do­wa tra­twa była ze szkła. Ten mo­dlą­cy się pod­niósł gło­wę, do­pie­ro gdy Alt­sin rzu­cił mu pę­tlę z ka­wał­ka rze­mie­nia. Był mło­dy, a ciem­na bro­da pod­kre­śla­ła bla­dość jego skó­ry. Na wi­dok aher­skiej ło­dzi z mni­chem na po­kła­dzie prze­rwał mam­ro­ta­nie mo­dlitw i otwo­rzył usta.

— Le­piej nic nie mów. Nie ma cza­su. Twój to­wa­rzysz żyje?

Nie mu­siał o to py­tać, wi­dział ży­cie tlą­ce się w nie­przy­tom­nym męż­czyź­nie, ale to było tak in­stynk­tow­ne, jak dra­pa­nie się po ugry­zie­niu ko­ma­ra. Kłam, uda­waj, nie po­ka­zuj, ile po­tra­fisz. Jesz­cze nie wy­my­ślił, jaką hi­sto­rią po­czę­stu­je tę dwój­kę, ale z pew­no­ścią nie po­wie im: „Je­stem kimś na kształt awen­de­ri Pana Bi­tew i usły­sza­łem wa­sze mo­dli­twy. Nie chcę cię stra­szyć, ale za na­zwa­nie mnie piz­dą i ku­ta­sem masz prze­rą­ba­ne”.

— Prze­łóż mu pę­tlę pod ra­mio­na­mi. Ostroż­nie. Do­brze. Po­wo­li, bez po­śpie­chu.

Kra dwu­krot­nie za­ko­ły­sa­ła się nie­bez­piecz­nie, gdy Ges­sen przy­wią­zy­wał swo­je­go to­wa­rzy­sza. Alt­sin za­bez­pie­czył ko­niec liny i rzu­cił mu dru­gi rze­mień za­koń­czo­ny pę­tlą.

— Te­raz ty. Prze­wiąż się. Słu­chaj, ta łódź jest bar­dzo lek­ka. Nie chcę ry­zy­ko­wać, że się prze­wró­ci. Ob­ró­cę ją dzio­bem i spró­bu­ję wcią­gnąć naj­pierw tego nie­przy­tom­ne­go, a póź­niej cie­bie. Naj­pew­niej w trak­cie na mo­ment wpad­nie­cie do wody. Nie pa­ni­kuj wte­dy. Ro­zu­miesz?

— Tak.

Przy­naj­mniej męż­czy­zna nie za­rzu­cał go głu­pi­mi py­ta­nia­mi.

— Do­brze. Naj­le­piej by­ło­by, gdy­byś ty zna­lazł się na jed­nej bur­cie, a on na dru­giej. Ale jak się nie uda, trud­no. Uwa­żaj, za­czy­nam.

Wio­sła na­resz­cie się przy­da­ły, ale zło­dziej nie był przy­go­to­wa­ny na na­głe szarp­nię­cie, któ­re omal nie prze­wró­ci­ło ło­dzi. Męż­czyź­ni byli cięż­cy, a na­mok­nię­te ubra­nia nie­mal po­dwa­ja­ły ich wagę. Alt­sin pod­pełzł na dziób, z nie­po­ko­jem ob­ser­wu­jąc, jak ten za­nu­rza się co­raz bar­dziej i bar­dziej. Bur­ty w tym miej­scu wy­sta­wa­ły nad wodę le­d­wo o dwa cale.

— Naj­pierw twój to­wa­rzysz. Je­śli dał­byś radę mi tro­chę po­móc…

Zła­pał nie­przy­tom­ne­go pod pa­chy, za­parł się… Wy­da­wa­ło się, że każ­dy cal wy­ła­nia­ją­cy się nad po­wierzch­nią po­dwa­ja wagę męż­czy­zny. Alt­sin czuł, jak krew ło­mo­cze mu w gło­wie, a oczy za­snu­wa czer­wo­na mgieł­ka. Ależ su­kin­syn był cięż­ki!

Pod­niósł się i z gar­dło­wym wrza­skiem wcią­gnął go do ło­dzi.

Nie mu­sisz tego ro­bić, wiesz? Przez ło­mot w uszach prze­bił się kpią­cy głos. Mo­żesz wy­cią­gnąć każ­de­go z nich w górę jed­ną ręką, dru­gą dra­piąc się po jaj­kach. Po co ten te­atr?

Wie­dział po co. Żeby nie mu­sieć roz­wa­żać za­bi­cia tych lu­dzi, gdy za­czną za­da­wać nie­bez­piecz­ne py­ta­nia. Za dużo pra­cy wkła­dał w to, żeby ich te­raz ura­to­wać.

Prze­su­nął nie­przy­tom­ne­go męż­czy­znę na rufę, sta­bi­li­zu­jąc łódź, więc z dru­gim po­szło mu ła­twiej. Choć tym ra­zem użył odro­bi­ny cza­rów, bo chy­ba padł­by mar­twy, pró­bu­jąc ko­lej­ny raz wy­tasz­czyć taki cię­żar na po­kład.

Ten męż­czy­zna też stra­cił przy­tom­ność, jak­by świa­do­mość ra­tun­ku od­cię­ła go od czer­pa­nych nie wia­do­mo skąd resz­tek sił.

Alt­sin wstał, wy­rów­nał od­dech, krót­kim cza­rem wy­su­szył swój ha­bit. Wcią­gnię­cie roz­bit­ków do ło­dzi to była do­pie­ro po­ło­wa ro­bo­ty. Te­raz cze­ka­ła go resz­ta.

1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)