Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Jeszcze częściej pojawiają się tam, gdzie walczą Władcy Strachu – rzekła Amys. – Gdy używają splotu zwanego ogniem stosu.
Egwene wpatrywała się w ciemność. Drżała.
– Ogień stosu osłabia Wzór. Podczas Wojny Mocy nawet Przeklęci lękali się go używać, tak by nie zniszczyć świata.
– Musimy powiadomić wszystkich naszych sprzymierzeńców – oznajmiła Amys. – Nie wolno nam użyć tego splotu.
– Jest już zakazany dla Aes Sedai – powiedziała Egwene. – Ale rozgłoszę wszystkim, by nikt nie ważył się złamać reguły.
– Mądra decyzja – rzekła Melaine. – Ludzie tworzą tak wiele praw, które im odpowiadają, a ja wiem, iż Aes Sedai są bardzo wprawne w ignorowaniu wytycznych, jeśli sytuacja im to umożliwia.
– Ufamy naszym kobietom – powiedziała Egwene. – Obowiązują ich Przysięgi; zaś w przeciwnym razie musi je prowadzić ich własna mądrość. Jeśliby Moiraine nie chciała przestrzegać tej zasady, Perrin byłby martwy. Podobnie jak Mat, gdyby prawo zignorował Rand. Ale porozmawiam z kobietami.
Ogień stosu zaniepokoił ją. Nie dlatego, że istniał i działał tak, jak działał. Był wyjątkowo niebezpieczny. I co takiego rzekł do niej Perrin we śnie? „To tylko kolejny splot…”
Było rzeczą niesprawiedliwą, iż Cień miał dostęp do takiej broni. Jej użycie skutkowało uszkodzeniem Wzorca. Jak mogli z tym walczyć, jak mogli się temu przeciwstawiać?
– To nie jedyny powód, dla którego cię tu wezwaliśmy, Egwene al’Vere – powiedziała Melaine. – Czy dostrzegłaś zmiany w Świecie Snów?
Egwene skinęła głową.
– Narastają tu burze.
– W przyszłości nie będziemy się tu spotykały – rzekła Amys. – Podjęłyśmy decyzję. A pomimo naszych skarg Car’a’carn przygotowuje swoją armię do wymarszu. Już niedługo wyruszymy z nim przeciwko Cieniowi.
Egwene powoli skinęła głową.
– A więc to tak.
– Jestem z ciebie dumna, dziewczyno – powiedziała Amys. Amys, twarda niczym skała Amys miała łzy w oczach.
Powstały, a Egwene uścisnęła każdą z nich.
– Niech Światłość was chroni, Amys, Melaine, Bair – rzekła. – Przekażcie innym moje pozdrowienia.
– Tak się stanie, Egwene al’Vere – odparła Bair. – Znajduj wodę i cień, teraz i zawsze.
Jedna po drugiej znikały z Łzy. Egwene głęboko odetchnęła, patrząc w górę.
Budynek zajęczał niczym statek podczas burzy. Skała zaś wydawała się przesuwać wokół niej.
Egwene kochała to miejsce – nie Kamień, ale Tel’aran’rhiod. Tak wiele się tu nauczyła. Jednakże, przygotowując się do odejścia, zdała sobie sprawę, że miejsce to było jak rzeka podczas niebezpiecznej powodzi. Rzekę mogła znać i kochać, lecz nie mogła zaryzykować życia. Nie wtedy, gdy potrzebowała jej Biała Wieża.
– Żegnaj i ty, stary przyjacielu – wymamrotała. – Aż do czasu, gdy znowu będę śniła.
Wybudziła się.
Gawyn jak zawsze czekał przy łóżku. Z powrotem byli w Wieży, Egwene całkowicie ubrana, w komnacie obok jej gabinetu. Wieczór jeszcze nie nadszedł, ale wezwanie od Wiedzących nie było czymś, co Egwene chciałaby zignorować.
– On jest tam – rzekł cicho Gawyn, zerkając na drzwi prowadzące do jej gabinetu.
– W takim razie spotkajmy się z nim – rzekła Egwene. Przygotowała się, wstając i wygładzając spódnicę. Skinęła na Gawyna, a potem ruszyli na spotkanie ze Smokiem Odrodzonym.
Ujrzawszy ją, Rand uśmiechnął się. Czekał w gabinecie w towarzystwie dwóch Panien Włóczni, których nie znała.
– O co chodzi? – zapytała ze znużeniem Egwene. – Chcesz mnie przekonać, bym złamała pieczęcie?
– Zrobiłaś się cyniczna – zauważył Rand.
– Podczas naszych ostatnich dwóch spotkań celowo usiłowałeś mnie zdenerwować. Czy teraz miałabym się tego nie spodziewać?
– Nie próbuję cię zdenerwować. Spójrz tu. – Wyciągnął coś z kieszeni. Pukiel splecionych włosów. Wręczył go Egwene. – Zawsze czekałaś na chwilę, gdy będziesz mogła spleść włosy w warkocze.
– Sugerujesz teraz, że jestem dzieckiem? – zapytała rozgniewana.
Gawyn uspokajająco położył jej dłoń na ramieniu.
– Co? Nie! – westchnął Rand. – Światłości, Egwene. To rekompensata. Jesteś dla mnie jak siostra; nigdy nie miałem rodzeństwa. Albo, jeśli mam jakieś, to ono o tym nie wie. Mam jedynie ciebie. Proszę, nie mam zamiaru cię rozzłościć.
Przez chwilę wydawał się taki jak niegdyś. Niewinny chłopiec, pełen żarliwości.
Egwene poczuła, jak jej złość topnieje.
– Rand, jestem zajęta. My jesteśmy zajęci. Nie czas teraz na sprawy takie jak ta. Twoje wojsko niecierpliwi się.
– Jego czas wkrótce nadejdzie – rzekł Rand. – Kiedy nadejdą walki, żołnierze będą się zastanawiali, dlaczego byli tak do nich skorzy i zatęsknią za dniami odpoczynku. – Wciąż trzymał pukiel włosów w dłoni. Zacisnął pięść. – Ja po prostu… Nie chciałem iść na wojnę ze świadomością, że nasza ostatnia rozmowa była kłótnią, nawet jeśli istotną.
– Och, Rand. – Egwene podeszła i wzięła pukiel do ręki. Objęła Randa. Światłości, jak trudno było wytrzymać z nim ostatnio – ale to samo myślała nieraz o swych rodzicach.
– Wspieram cię. Co nie znaczy, że mam zamiar zrobić to, o czym mówiłeś w związku z pieczęciami, ale naprawdę cię wspieram.
Egwene uwolniła Randa ze swego uścisku. Nie będzie płakała. Nawet jeśli miałoby to być ich ostatnie pożegnanie.
– Zaczekaj – odezwał się Gawyn. – Rodzeństwo? Masz jakieś?
– Jestem synem Tigraine – rzekł Rand, wzruszając ramionami – urodzonym po tym, jak dotarła na Pustkowie Aiel i została Panną Włóczni.
Gawyn wyglądał na oszołomionego, choć Egwene już dawno zauważyła pewne rzeczy.
– Jesteś bratem Galada? – zapytał Gawyn.
– Przyrodnim. To prawdopodobnie niewiele znaczy dla Białych Płaszczy. Mamy tę samą matkę. Jego ojcem, podobnie jak waszym, był Taringail, ale moim Aiel.
– Sądzę, że Galad zaskoczyłby cię – powiedział cicho Gawyn. – Ale Elayne…
– Nie będę opowiadał historii całej waszej rodziny, ale Elayne nie jest ze mną spokrewniona. – Rand zwrócił się do Egwene. – Mogę je zobaczyć? Pieczęcie. Zanim ruszę do Shayol Ghul, popatrzę na nie po raz ostatni. Obiecuję, że nic z nimi nie uczynię.
Egwene niechętnie wydobyła je z sakiewki, którą nosiła u pasa. Gawyn, wciąż wyglądając na zdumionego, podszedł do okna i otworzył je, wpuszczając światło do komnaty. Biała Wieża trwała w spokoju… w ciszy. Jej armie były nieobecne, a władcy ruszyli na wojnę.
Egwene wręczyła Randowi pierwszą pieczęć. Nie dałaby mu ich wszystkich naraz. Tak na wszelki wypadek. Ufała słowu Randa; bo Rand był Randem, ale… na wszelki wypadek.
Rand uniósł pieczęć i wpatrywał się w nią, jak gdyby doszukiwał się mądrości w jej falistych liniach.
– Wykonałem je własnymi rękami – wyszeptał. – Zrobiłem je po to, by nigdy ich nie złamać. Ale potem zdałem sobie sprawę, że kiedyś w końcu to się stanie. Wszystko pewnego dnia ulegnie zniszczeniu, gdy tego dotkniemy…
Egwene uniosła następną pieczęć, trzymając ją ostrożnie. Nie można jej złamać przez przypadek. Nosiła pieczęcie zawinięte, w sakiewce wypchanej tkaniną. Lękała się, by ich nie złamać, nosząc je w ten sposób, ale Moiraine powiedziała kiedyś, że to Egwene je złamie.
Egwene czuła, że to głupie, ale słowa, które przeczytała, słowa, które wypowiedziała Moiraine… Gdyby nadszedł moment, kiedy będzie musiała je złamać, dobrze, by miała je wtedy w zasięgu ręki. Toteż nosiła je przy sobie – nosząc w ten sposób potencjalną zagładę całego świata.