Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– On jest zmęczony, Dai Shan – rzekł Baldhere. – Znam Agelmara. Nigdy nie popełniłby tego błędu, gdyby go wówczas zaalarmowano.
– Baldhere, każdy mógł popełnić taki błąd.
– Lord Agelmar jest jednym z najwybitniejszych kapitanów. Umie dostrzec bitwę w inny sposób niż przeciętni ludzie.
– Jesteś pewien, że nie oczekujesz od niego zbyt wiele? – zapytał Lan. – Agelmar jest tylko człowiekiem, w końcu wszyscy nimi jesteśmy.
– Ja… Być może masz rację – rzekł Baldhere, położywszy dłoń na rękojeści miecza, jak gdyby czegoś się obawiał. Nie nosił, oczywiście, broni królowej, bo czynił to tylko wtedy, gdy znajdował się w jej obozie. – Myślę, że tu chodzi o instynkt, Lan. Coś mnie swędzi. Agelmar wydaje się bardzo zmęczony, a ja obawiam się, że ma to wpływ na jego zdolność do podejmowania decyzji. Proszę, po prostu go obserwuj.
– Zrobię to – powiedział Lan.
– Dziękuję – rzekł Baldhere. Wydawał się mniej zatroskany, teraz, gdy wyłuszczył swoją prośbę.
Lan poklepał Mandarba na odchodne, pozostawiając Baldhere, który zajął się swoim koniem. Podążył przez obóz, kierując się do namiotu dowództwa. Wszedł doń. Namiot był oświetlony i dobrze strzeżony, choć strażnikom pełniącym wartę nie wolno było patrzeć na mapy z planami bitwy.
Lan uchylił płachtę, która przesłaniała wejście, i skinął na dwóch podlegających Agelmarowi dowódców – Shienaran, którzy znajdowali się w prywatnej części namiotu. Jeden studiował rozłożone na ziemi mapy. Samego Agelmara tu nie było. Przywódca od czasu do czasu musiał się przespać.
Lan przykucnął i popatrzył na mapy. Wychodziło na to, że po jutrzejszym odwrocie dotrą do Krwawych Źródeł – miejsca zwanego tak ze względu na to, że podwodne skały barwiły wodę na czerwono. W Krwawych Źródłach mieli szansę wyciągnąć korzyść z faktu, iż znajdowały się tam wysokie wzgórza. Agelmar miał zamiar przeprowadzić tam ofensywę przeciwko Trollokom przy pomocy połączonych sił łuczników i kawalerii. Oczywiście jeszcze więcej ziemi zostanie spalone.
Lan przyklęknął na jedno kolano, przyglądając się notatkom Agelmara, dotyczącym rozmieszczenia armii i rozplanowania ataków. Plan był ambitny, lecz nic szczególnie Lana nie niepokoiło.
Gdy studiował mapy, poły namiotu zaszeleściły i do środka wszedł Agelmar, cicho rozmawiając z lady Ells z Saldaei. Kiedy zobaczył Lana, zatrzymał się i grzecznie przeprosił swą rozmówczynię za przerwanie konwersacji. Podszedł do Lana.
Agelmar nie słaniał się na nogach, lecz Lan nauczył się rozpoznawać stan zmęczenia. Zaczerwienione oczy, oddech, który czuć było lekko brzeczką, ziołem, które żuto, by pobudzić umysł człowieka zbyt długo pozostającego na nogach. Agelmar był zmęczony – podobnie jak wszyscy w obozie.
– Czy akceptujesz to, co widzisz, Dai Shan? – zapytał, przyklękając. – Jak na odwrót, działamy agresywnie. Ale czy możemy sobie pozwolić na inny rodzaj akcji? Pozostawiamy za sobą pas spalonej ziemi, niszcząc Shienar tak, jakby to zrobił Cień. Przeleję krew Trolloków, tak by zagasiła zgliszcza.
Lan skinął głową.
– Był u ciebie Baldhere? – zapytał Agelmar.
Lan podniósł gwałtownie wzrok.
Agelmar uśmiechnął się blado.
– Zakładam, że rozmowa dotyczyła śmierci Yokaty i jego ludzi?
– Tak.
– To był błąd, to pewne – rzekł Agelmar. – Zastanawiałem się, czy ktoś zechce porozmawiać o tym bezpośrednio ze mną. Baldhere jest jednym z tych, którzy są przekonani, iż nigdy nie powinienem był popełnić takiego błędu.
– Myśli, że nadmiernie się forsujesz.
– Baldhere jest zdolnym taktykiem, ale sądzi, że wie więcej, niż to jest w rzeczywistości. W głowie ma pełno historii o wspaniałych dowódcach. Nie jestem bez skazy, Dai Shan. To nie będzie mój jedyny błąd. Ujrzę je, tak jak zobaczyłem ten, i wyciągnę z tego nauczkę.
– Na razie może powinniśmy zobaczyć, jak więcej śpisz.
– Jestem zupełnie zdrowy, lordzie Mandragoran. Znam granicę swych możliwości. Spędziłem całe życie, ucząc się tego. Ta bitwa zmusi mnie, bym dał z siebie wszystko, a ja muszę na to przystać.
– Ale…
– Zdymisjonuj mnie albo pozwól, bym tak postępował – przerwał mu Agelmar. – Posłucham rady. Nie jestem głupcem, ale nie chcę, by przewidywano mój koniec.
– Dobrze zatem – powiedział Lan, wstając. – Ufam twej mądrości.
Agelmar skinął głową, po czym zaczął studiować mapy. Wciąż się w nie wpatrywał, gdy Lan wreszcie opuścił namiot, by udać się na spoczynek.
19
Wybór opaski.
Elayne ujrzała, że Bashere chodzi wzdłuż wschodniego brzegu rzeki.
Było to jedno z tych kilku miejsc, które wciąż jeszcze sprawiało na Elayne wrażenie żywego. Natura była tak bardzo pozbawiona życia, drzewa nie wypuszczały liści, trawa nie rosła, zwierzęta gromadziły się w swoich norach i nie chciały wychodzić.
Rzeka nadal płynęła. To dawało poczucie życia, choć rośliny wyglądały ponuro.
Alguenya była jedną z tych zwodniczo potężnych rzek, które z daleka wyglądały na spokojne, lecz potrafiły wciągnąć kobietę pod powierzchnię, z której nie wynurzyła się już żywa. Elayne pamiętała, jak Bryne pouczał o tym Gawyna podczas wyprawy na polowanie. Podążali wówczas wzdłuż brzegów Alguenyi. Rozmawiał także z Elayne. Może nawet głównie z nią, choć zawsze pilnował, by nie przekroczyć granicy dzielącej go od Córki-Dziedziczki.
– Uważaj na prądy rzeczne – mówił Bryne. – Są jednymi z najniebezpieczniejszych zjawisk pod słońcem, ale tylko dlatego, że niektórzy je lekceważą. Powierzchnia rzeki wygląda na spokojną, ponieważ nic jej nie burzy. Nikt i nic nie chce tego robić. Ryby płynęły z jej prądem, zaś ludzie doń nie wchodzili, może poza głupcami, którzy chcieli się popisać.
Elayne zeszła w dół kamienistego brzegu, w kierunku Bashere. Jej strażnicy pozostali z tyłu – Birgitte tym razem z nimi nie było. Wizytowała kompanie łuczników stacjonujące kilka mil w dół rzeki, walczące z Trollokami przygotowującymi tratwy do przemieszczania się po rzece. Łucznicy Birgitte i smoki Talmanesa robili świetną robotę, umniejszając szeregi Trolloków, ale było tylko kwestią czasu, jak ich wielka armia przeleje się przez Alguenyę.
Elayne i jej wojska opuściły Andor tydzień temu. I ona, i Bashere byli zadowoleni z tempa marszu. Do czasu, gdy odkryli pułapkę.
– Niezwykła, czyż nie? – zapytała, podchodząc do Bashere, który stał na brzegu rzeki.
Bashere spojrzał na nią, po czym skinął głową.
– Nie mamy czegoś takiego w rodzinnych stronach.
– A Arinelle?
– Póki nie łączy się z Saldaeą, nie jest tak ogromna – powiedział, zamyślony. – Alguenya jest niczym ocean osadzony tutaj, dzielący brzeg od brzegu. Uśmiecham się na myśl, myśląc o tym, jakie wrażenie musiała zrobić na Aielach, po tym jak po raz pierwszy przekroczyli Spine.
Obydwoje umilkli na chwilę.
– Jak zła jest sytuacja? – zapytała wreszcie Elayne.
– Zła – odrzekł Bashere. – Powinienem był sobie zdawać z tego sprawę, niech sczeznę. Powinienem był przewidzieć.
– Nie można wszystkiego zaplanować, Bashere.
– Wybacz – powiedział – ale to jest dokładnie to, czego się ode mnie oczekuje.
Ich marsz z Lasu Braem na wschód postępował według planu. Najpierw spalenie mostów nad Erinin i Alguenyą, potem rozprawa z liczną armią Trolloków próbujących się przeprawić przez rzeki. Elayne znajdowała się teraz na drodze prowadzącej w górę rzeki, do miasta Cairhien. Bashere miał zamiar przeprowadzić ostateczną konfrontację z Trollokami na wzgórzach znajdujących się wzdłuż drogi, dwadzieścia lig na południe od Cairhien.