Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
Rysunek zrobił na Francuzie odpowiednie wrażenie. Przyglądał mu się przez chwilę jednym okiem – drugie bowiem zasnute było kataraktą – i po chwili powiedział:
– Tak, znam to.
– Więc przekonałem pana?
– Powiedziałem tylko, że to znam. Często rysowałem ten symbol.
– Pan? – Randall nie krył zaskoczenia.
– Tak. Ryba to chrześcijaństwo. Włócznia… śmierć chrześcijaństwa. Moje pragnienie. – Przetrawiał to przez krótki czas w myśli. – Nie dziwię się, że Monti to podchwycił. To jego ostatnie wspomnienie. Ja zdradziłem chrześcijaństwo i jego także. Więc pragnie mojej śmierci. Narysował swoje życzenie. Jeśli to on je narysował.
– A któż inny mógłby w ogóle o tym wiedzieć? – przekonywał go Randall.
– Być może jego córka.
– Nie widziała go przy zdrowych zmysłach od czasu pańskiego spotkania z profesorem.
Francuz zmarszczył brwi.
– Możliwe – rzekł. – A podczas waszej rozmowy, czy mówił coś na mój temat albo na temat mojej pracy?
Randall poczuł się bezradny.
– Nie, nie wspominał o panu. A co się tyczy pańskiej pracy… czy ma pan na myśli Ewangelię według Jakuba i Pergamin Petroniusza?
Lebrun nie odpowiedział.
– On uważa, że jest Jakubem, bratem Jezusa – mówił dalej Randall. – Zaczął powtarzać, słowo w słowo, angielski przekład tekstu z papirusu numer trzy… – Przerwał, próbując sobie przypomnieć nagranie, które przesłuchał kilkakrotnie w hotelu. – Uzupełnił nawet brakujący fragment zdania – dodał.
Zainteresowanie Lebruna rosło z każdą chwilą.
– Co to było? – zapytał.
– To zdanie brzmiało tak: „Pozostali z synów Józefa, bracia Jezusa i moi także… – w tym miejscu w papirusie była wykruszona dziura, a dalej szło tak: – Ja zaś pozostałem, by opowiedzieć o pierworodnym i najukochańszym Synu". Monti dopowiedział te brakujące słowa.
– Jak to brzmiało? – Lebrun pochylił się. ku niemu.
– Próbuję sobie przypomnieć – odparł Randall, odtwarzając w głowie taśmę. – Powiedział: „Pozostali z synów Józefa, bracia Jezusa i moi także, są to Juda, Szymon, Jozjasz…".
– „…i Jan. Wszyscy oni są poza granicami Judei i Idumei, ja zaś pozostałem, by opowiedzieć o pierworodnym i najukochańszym Synu" – dokończył za niego Lebrun.
Randall wytrzeszczył oczy.
– Pan… zna ten tekst.
– Muszę znać – odrzekł starzec. Zagryzł wargi tak, że stały się jeszcze jedną zmarszczką na jego twarzy. – Ja to napisałem. Monti nie jest Jakubem. Ja nim jestem.
Dla Randalla była to straszna chwila, moment prawdy, do którego dążył, a jednak nie chciał go przeżyć.
– A więc to wszystko jest nieprawdą… – wyszeptał. – Jakub, Petroniusz, całe to odkrycie…
– Oszustwo doskonałe – przytaknął Lebrun. Rozejrzał się na boki i dodał z uciechą: – Fałszerstwo najwspanialsze w historii. Teraz już pan wie. – Spojrzał na Randalla. – Już wierzę, że spotkał się pan z Montim. Natomiast wciąż nie wiem, czego pan oczekuje od Roberta Lebruna. Czego pan chce ode mnie?
– Faktów. I dowodu fałszerstwa.
– I co pan zrobi z tym dowodem?
– Ujawnię go. Zdemaskuję tych, którzy głoszą światu nieistniejącą nadzieję.
Robert Lebrun siedział w milczeniu, zastanawiając się nad tym, co usłyszał.
– Byli już tacy – powiedział w końcu cicho, jakby do siebie. – Oni też żądali ode mnie dowodu fałszerstwa i przyrzekali solennie, że zdemaskują zgniliznę Kościoła i ciemne strony religii. Okazali się agentami kleru. Chcieli zawłaszczyć prawdę, żeby ją ukryć i uratować mitologię. Nie zaufałbym tym ludziom za żadne pieniądze. Dlaczego więc miałbym zaufać panu, panie Randall?
– Ponieważ to ja zostałem zatrudniony do rozpropagowania nowej Biblii i niemal się na to wszystko nabrałem. Zacząłem jednak mieć wątpliwości, zacząłem poszukiwać prawdy – oznajmił szczerze Randall. – Możliwe, że znalazłem tę prawdą właśnie w pańskiej osobie.
– Znalazł ją pan – odrzekł Lebrun. – Ale niekoniecznie z wzajemnością. Nie mogę powierzyć panu prawdy na temat dzieła mojego życia, dopóki nie będę miał całkowitej pewności, że ujrzy światło dzienne.
Po raz pierwszy w życiu Randall spotkał człowieka, jeśli nie liczyć pastora de Vroome'a, który dorównywał mu, a może nawet go przewyższał, poziomem nieufności.
Rozmowa z Lebrunem była męcząca i frustrująca do granic wytrzymałości. Od czasu fiaska negocjacji z Plummerem prawdopodobnie nie potrafił już zaufać nikomu. Randall zastanawiał się, kto na tym świecie mógł odznaczać się odpowiednim charakterem i na tyle nieskazitelną przeszłością, żeby przekonać Lebruna, że lata zainwestowane w pracę zostaną nagrodzone, że jego tak zwany dowód prawdy ujrzy światło dzienne. I nagle przyszedł mu ktoś taki do głowy. Gdyby na jego miejscu był tutaj Jim McLoughlin – z tym zaciekłym wręcz poczuciem prawości, z piękną kartą walki z hipokryzją i szykanami, z Raker Institute, dążącym do odkrycia prawdy bez względu na konsekwencje – tak, Jim Mc-Loughlin był jedyną osobą, która mogłaby zyskać zaufanie Roberta Lebruna.
Wtem uzmysłowił sobie, że McLoughlin i Raker Institute byli przecież obecni tu, w Rzymie, całkiem niedawno. Poczuł przypływ nadziei.
– Monsieur Lebrun – zwrócił się do Francuza – sądzę, że potrafię pana przekonać. Proszę pójść ze mną do mojego pokoju, tutaj w Excelsiorze. Przedstawię panu mój dowód i jestem pewny, że pan mi wówczas przedstawi swój.
Robert Lebrun siedział w pokoju Randalla na krześle pod oknem i śledził wzrokiem każdy jego ruch.
Randall rozłożył na łóżku walizkę i po chwili wyjął z niej kartonową teczkę z nalepką The Raker Institute.
– Czy zrozumie pan pisany tekst angielski? – zapytał starca.
– Nie gorzej niż starożytny aramejski – odparł Lebrun.
– Świetnie. Czy słyszał pan kiedyś o amerykańskiej organizacji zwanej The Raker Institute?
– Niestety nie.
– Tak sądziłem – rzekł Randall. – Nie jest jeszcze zbyt znana. Niedawno zwrócono się do mnie, żebym pomógł rozpropagować ich działalność. – Podszedł do Lebruna z teczką w ręce. – Mam tutaj korespondencję między szefem Raker Institute, Jimem McLoughlinem, a moją firmą. Później spotkaliśmy się w Nowym Jorku i w teczce są także notatki z tego spotkania. Niedługo świat usłyszy o McLoughlinie o wiele więcej. To ostatni przedstawiciel wielkiej amerykańskiej tradycji dysydentów, krzyżowców piętnujących zło, ktoś taki jak we Francji Emil Zola…
– Zola – mruknął Lebrun, wymawiając to słowo niemal pieszczotliwie.
– Ameryka zawsze takich miała – ciągnął Randall. – Nie było ich wielu i często gnębili ich możni tego świata. Ale nigdy nie pozwolili się całkiem uciszyć ani wytrzebić, ponieważ tacy ludzie są głosem społecznego sumienia. Ludzie w rodzaju Thomasa Paine'a albo Henry'ego Thoreau. A także bardziej nam współcześni, tacy jak Upton Sinclair, Lincoln Steffens, Ralph Nader, którzy ujawniali oszukańcze praktyki przemysłowców wobec niczego niepodejrzewających zwykłych ludzi. Jim McLoughlin i jego detektywi z Raker Institute są ostatnimi w tej sukcesji.
Robert Lebrun słuchał go z uwagą.
– Co właściwie robi ten pański McLoughlin? – zapytał.
– On i jego ludzie odkryli wśród części amerykańskich korporacji tajne sprzysiężenie, którego celem jest niedopuszczenie pewnych wynalazków i produktów do wiadomości publicznej. Zdobyli dowody na to, że wielki przemysł… paliwowy, samochodowy, stalowy, włókienniczy, wymieniając pierwsze z brzegu dziedziny… posługiwał się przekupstwem, a nawet przemocą, żeby zablokować produkcję taniej tabletki zastępującej benzynę, opony, która prawie się nie zużywa, wiecznej zapałki czy tkaniny ubraniowej o niemal nieograniczonej trwałości. A to jest dopiero początek. W następnej dekadzie zamierzają się dobrać do skóry kompaniom telefonicznym, bankom i firmom ubezpieczeniowym, producentom broni, wojski i niektórym agendom rządowym. McLoughlin uważa, że nieregulowana swobodna przedsiębiorczość jest zagrożeniem dla społeczeństwa i dla demokracji, że wprawdzie rząd jest wybierany przez obywateli, ale ich nie reprezentuje. Chce obnażać wszelkie działania potęg gospodarczych i politycznych, skierowane przeciwko zwykłemu człowiekowi. I jak się pan przekona, panie Lebrun, to właśnie mnie i moją firmę McLoughlin wybrał do prowadzenia tej kampanii. To są, monsieur Lebrun, jedyne referencje, jakie mam, jeżeli chodzi o tropienie zła i ujawnianie prawdy – powiedział Randall, kładąc teczkę na stoliku przed sędziwym Francuzem. – Niech pan to przeczyta, a potem zdecyduje, czy chce mi pan zaufać, czy nie.