Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zaginiona Ewangelia
Zaginiona Ewangelia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiona Ewangelia

Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:

Ponad pięćset stron pochłonęłam w trzy dosłownie wieczory. Na okładce napisane jest że jest to thriller a'la kod da Vinci Dana Browna a moim zdaniem to Kod powinien być nazwany powieścią a'la Zaginiona Ewangelia. Po pierwsze dlatego ze powieść Wallace powstała początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie ma w niej w porównaniu z Kodem żadnych technicznych super-urządzeń ratujących głownego bohatera z każdej opresji. W Zaginionej ewangelii nie ma nawet telefonów komórkowych a bohaterowie używają jedynie pagerów. Musze powiedzieć że powieść mi sie podobała, choć przyznam że bardzo długo sie rozkręca. Trzeba przebrnąć przez około 200 stron a potem to już nie wiadomo jak szybko ksiązka sie kończy. Bałam sie troche zakończenia bo niestety często sie zdarza że powieść jest swietna ale zakończenie rozczarowuje. U Wallace zakończenie nie jest banalne i zaskoczyło mnie w takim pozytywnym sensie. Z miłą chęcią sięgnę po kolejną powieść tegoz autora…
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 153
Перейти на страницу:

– W takim piekle odnalazł pan chęć do życia? – zapytał Randall.

– Tak. Wspomniałem już o specjalnej chacie, prawda?

– Tak, wspomniał pan.

– Ta chata to był kościół, jedyny w kolonii – wyjaśnił Lebrun. – Przeznaczony nie dla więźniów, oczywiście, ale dla strażników, pracowników administracji i ich żon. Kapłanem był tam ksiądz Paquin z Lyonu, szczupły, anemiczny i bardzo oddany swojej pracy. Odwiedzał też więźniów w szpitalu oraz czasami w więzieniach.

– I był jedynym kapłanem całej kolonii karnej?

– Wówczas jedynym – odparł Lebrun. – Gdy tam przybyłem, byli jeszcze inni. Kolonia karna w Gujanie istniała już od stu lat i najpierw opiekowali się nią jezuici, a potem zastąpili ich księża z francuskiego zakonu zgromadzenia Ducha Świętego z Paryża. W stolicy, w Cayenne, rezydował wikariusz apostolski, ktoś w rodzaju biskupa, podlegający Watykanowi. Miał on pod sobą proboszczów, którzy pełnili posługę religijną w jedenastu parafiach Gujany. Ale trzy lata później usunięto ich wszystkich, z wyjątkiem ojca Paquina.

– Dlaczego usunięto tych duchownych? – zapytał Randall.

– Ponieważ, jak powiedział mi kiedyś Paquin, postanowili pomóc wydziedziczonym owieczkom… nazywali tak nas, skazańców… i rozpoczęli międzynarodową krucjatę modlitw, żeby zwrócić uwagę na nasz los. Wzbudziło to oczywiście wrogość rządu francuskiego i duchowni zostali wyekspediowani do kraju. Pozwolono zostać tylko ojcu Paąuinowi. Ponieważ jego kościół był ubogo wyposażony, jedynie w prosty ołtarz i kilka drewnianych ław, Paąuin postanowił to zmienić. Chciał wstawić witraże w oknach i wymalować na ścianach religijne obrazy, żeby wnętrze bardziej przypominało świątynię. Szukał artysty, który by to wykonał. Dowiedział się, że wśród ośmiu tysięcy skazańców ja jestem jedynym, który ma takie zdolności. Poprosił więc o przeniesienie mnie z wyspy St Joseph do St Jean na lądzie. Ja oczywiście wcale nie byłem zawodowym artystą, rytowałem portrety na podrobionych banknotach. Jednakże naczelnik więzienia wiedział, że fałszowałem także iluminowane średniowieczne Biblie, więc polecił mnie ojcu Paąuinowi. Nagle wyrwałem się spod władzy brutalnych strażników na wyspie i dostałem pod opiekę kapelana kolonii karnej. Odmiana była niesamowita.

– W jakim sensie? – zapytał Randall.

– Ojciec Paąuin, religijny fanatyk, był też człowiekiem rozsądnym. Docenił moje talenty i traktował mnie przyzwoicie. Załatwił mi opiekę medyczną, trochę lepsze wyżywienie, nowe więzienne ubranie. Zaproponowałem, żebyśmy umieścili w witrażach cytaty z Nowego Testamentu po łacinie i po grecku, a na ścianach wymalowali dawne chrześcijańskie symbole… rybę, baranka i temu podobne. Ksiądz odniósł się do tego z takim entuzjazmem, że sprowadził dla mnie całe mnóstwo książek, różne wersje Biblii, podręczniki do greki, łaciny i aramejskiego, ilustrowane dzieje chrześcijaństwa i wiele innych. Ślęczałem nad tymi tomami bez przerwy, czytałem je nie raz czy dwa, ale wciąż od nowa. Dekorowanie kościoła zajęło mi cały rok. Zebrałem wiele pochwał od wizytujących, a ojciec Paąuin był bardzo dumny ze mnie i z mojego dzieła. Przez cały ten czas, niemal nieświadomie, zbliżałem się do Chrystusa. Prowadzony przez duchownego przekonywałem się, że jedyną moją nadzieją jest Bóg i Jego Syn, dobroć i miłość. Po raz pierwszy podczas tych trzech lat piekła ujrzałem promyk dobra, zapragnąłem żyć, stać się na powrót człowiekiem i wrócić do ojczyzny. I chociaż byłem skazany na dożywocie, dzięki ojcu Paąuinowi taka możliwość się pojawiła.

– Możliwość czego?

– Ułaskawienia. Odzyskania wolności.

Lebrun przerwał, pociągnął łyk whisky i po chwili opowiadał dalej:

– Był rok tysiąc dziewięćset piętnasty. Cała Europa pogrążona była w krwawych zmaganiach pierwszej wojny światowej. Dyrektor administracji więziennej zebrał pewnego dnia wszystkich condamnés, więźniów z krótszymi wyrokami, oraz niektórych spośród relégués, skazanych na dożywocie, ale wyróżniających się dobrym zachowaniem… wśród nich mnie, ponieważ byłem pod opieką księdza. Powiedziano nam, że jeśli się zgłosimy do specjalnego batalionu piechoty armii francuskiej i pójdziemy walczyć na front, po wojnie zostaniemy potraktowani wyrozumiale. Było to dość niejasne i niekonkretne, toteż zgłosiło się niewielu. Kiedy mój duszpasterz i przyjaciel ojciec Paąuin zapytał, dlaczego się nie zaciągnąłem, odpowiedziałem mu, że rozmawialiśmy o tym w gronie więźniów i żaden z nas nie zamierzał ryzykować głowy, nie mając zagwarantowanej nagrody. Paąuin porozumiał się z władzami i przedstawił mi zachęcającą ofertę. Jeżeli zgłoszę się na ochotnika i jeszcze namówię innych skazańców, żeby poszli walczyć za Francję, to Ministerstwo Wojny gwarantuje nam, że tydzień po zakończeniu walk zostaniemy uwolnieni na mocy amnestii. Ojciec Paąuin powiedział mi tak: „Ja osobiście, jako sługa Naszego Pana, Jezusa Zbawiciela, daję ci słowo, że obietnica rządu jest prawdziwa, że wolność zostanie ci zwrócona. Daję ci na to słowo nie tylko w imieniu władz, ale także w imieniu Kościoła". To mi wystarczyło, a dzięki mojej perswazji zgłosiło się też wielu innych. Rząd to rząd, ale gwarancja Kościoła była absolutnie godna zaufania.

– Ale dlaczego nie napisano o tym nigdy w żadnej książce historycznej? – zapytał Randall, dla którego historia walczącego z Niemcami oddziału więźniów z kolonii karnej była czymś zupełnie niesamowitym.

– Za chwilę pan zrozumie, dlaczego nie zostało to nigdy nagłośnione – odparł Lebrun. Rozmasował sobie udo, pewnie w miejscu, gdzie kikut łączył się z protezą, domyślił się Randall. – Popłynęliśmy do Francji i w lipcu tysiąc dziewięćset piętnastego roku dotknęliśmy znów ziemi naszej ukochanej ojczyzny w Marsylii. Sformowano z nas regiment pod dowództwem strażników z Wyspy Diabła. Mieliśmy wszystkie przywileje regularnych żołnierzy, z wyjątkiem jednego: nie dostawaliśmy przepustek. Nazwano nas Oddziałem Ekspedycyjnym z Diabelskiej Wyspy, a dowodził nami nie kto inny jak generał Henri Pétain.

– Posłano was do walki?

– Prosto na front, do okopów we Flandrii. Walczyliśmy na froncie przez trzy lata bez przerwy. Nasza mizeria i cierpienia były niewyobrażalne. Liczba ofiar rosła, ale i tak było to lepsze życie od tego, które zostawiliśmy za sobą. Walczyliśmy jak lwy, podtrzymywani na duchu obietnicą wolności, złożoną przez naszego ojca Paąuina. Z tysiąca ośmiuset ludzi naszego regimentu dwie trzecie zginęło na polu walki. Pół roku przed końcem wojny niemiecki szrapnel rozerwał mi nogę. Trzeba było ją amputować, ale przeżyłem. I kiedy oprzytomniałem w wojskowym szpitalu, uznałem, że nawet taką cenę warto zapłacić za wolność. Nim wyzdrowiałem i nauczyłem się chodzić na prymitywnej drewnianej protezie, wojna się skończyła. Byłem jeszcze młody i moje nowe życie właśnie miało się rozpocząć. Wraz z sześcioma setkami ocalałych z Oddziału Ekspedycyjnego wracałem do Paryża w radosnym nastroju, oczekując rychłej amnestii. Po przyjeździe zaprowadzono nas do więzienia Sante. Tego się nie spodziewaliśmy. Posłałem po ojca Paąuina, który przez okres wojny był kapelanem w armii, i zapytałem, co się dzieje. Pobłogosławił mnie, podziękował za moje poświęcenie, nawet przytulił jak syna i zapewnił, że więzienie Sante to tylko nasza tymczasowa kwatera i w ciągu tygodnia odzyskamy wolność. Przyniosło mi to taką ulgę, że zapłakałem z radości. Gdy minął tydzień, pewnego ranka wkroczyli do Sante nasi dawni strażnicy z Diabelskiej Wyspy, wzmocnieni przez wielu nowych, z karabinami i bagnetami na sztorc, otoczyli nas, załadowali do pociągu i powieźli do Marsylii. Tam rzucono nam więzienne drelichy i poinformowano, że ze względów bezpieczeństwa narodowego musimy wszyscy wrócić do le bagne, kolonii karnej w Gujanie. Bunt był niemożliwy, w nasze głowy celowało zbyt wiele karabinów. Mignęła mi twarz ojca Paąuina, zawołałem do niego, ale nie okazał współczucia. Wzruszył tylko ramionami. Pamiętam ostatnią rzecz, którą zrobiłem przed wejściem na statek więzienny. Pogroziłem mu pięścią i krzyknąłem: „Niech sczeźnie Kościół! Mam w dupie Chrystusa! Jeszcze się zemszczę!".

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 153
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)