Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
Wchodząc po schodach piętro wyżej, do swego pokoju, Randall rozmyślał o tym, że nie powiedział holenderskiemu duchownemu całej prawdy.
Okłamał go z rozmysłem. Nie wątpił wcale, że człowiek nazwiskiem Robert Lebrun jest gdzieś w Wiecznym Mieście i że ma dowód fałszerstwa. Było to logiczne i pasowało doskonale do sekwencji zdarzeń, które już znał.
Teraz musiał jakoś znaleźć Lebruna i wydobyć od niego dowód. Nie zamierzał wcale wracać do Amsterdamu, jeszcze nie. Chciał podjąć ostatnią próbę poznania prawdy. I wiedział, co może go do niej doprowadzić.
Wszystko zależało od kolejnej rozmowy telefonicznej z Angela Monti.
ROZDZIAŁ 10
Nazajutrz rano, w upalny i duszny rzymski dzień, Steve Randall czekał w chłodnym salonie domu Montich na gosposię Lucrezię. Miała mu przynieść to, czego tak uporczywie poszukiwał.
Kiedy poprzedniego wieczoru zadzwonił do Angeli, nie było jej w domu. Wyszła gdzieś z siostrą i oddzwoniła dopiero po północy.
Postanowił nie mówić jej o swym niespodziewanym spotkaniu z pastorem de Vroome'em i o jego rewelacjach. Nie chciał jej gnębić informacją, że epokowe odkrycie ojca może się okazać mistyfikacją, tym bardziej że nie miał na to jednoznacznych dowodów.
– A więc rano wracasz do Amsterdamu? – zapytała Angela.
– Chyba popołudniem, wczesnym popołudniem – odpowiedział. – Rano chciałbym załatwić jeszcze jedną sprawę, ale potrzebuję twojej pomocy. – Starał się mówić lekkim, rzeczowym tonem. – Czy możesz mi powiedzieć, co się stało z papierami twojego ojca, z materiałami, które miał w swoim biurku na uniwersytecie? Czy kiedy zachorował, a ściślej mówiąc, kiedy odwiozłaś go do szpitala, to wszystko tam zostało?
– Nie – odparła Angela. – Tydzień po tym, jak umieściłyśmy go z Garetta w klinice, pojechałyśmy obie na uczelnię, do jego gabinetu… wciąż pamiętam, jaka bolesna była świadomość, że ukochana bliska osoba stała się nagle tak bezradna… a więc pojechałyśmy tam, popakowałyśmy jego notatki, książki i inne rzeczy w kartony i zabrałyśmy do domu, razem z szafką kartotekową.
– Wszystko?
– Tak, nie zostawiłyśmy ani jednej kartki. Robiłyśmy to z myślą, że ojciec kiedyś wydobrzeje i będzie tego potrzebował. Co prawda takie zakończenie wydawało nam się raczej niemożliwe, ale trochę nas to podnosiło na duchu. Nawet nie przeglądałam tych papierów, nie miałam siły, kartony stoją tak, jak je ustawiono.
– Rozumiem to doskonale, Angelo. Posłuchaj, czy miałabyś coś przeciwko temu, żebym przejrzał te rzeczy, szczególnie materiały, które ojciec miał na biurku?
– Nie, nie widzę przeszkód. Nie ma tego zbyt wiele, możesz to sobie obejrzeć. – Przerwała. – A czego właściwie szukasz, Steve?
– Pomyślałem sobie, że skoro twój ojciec nie może uczestniczyć w naszej konferencji prasowej, to może znajdę w jego papierach coś, co przemówiłoby w Amsterdamie w jego imieniu.
– Bardzo fajny pomysł – ucieszyła się Angela. – Tylko że jutro rano nie będzie mnie w domu, wychodzę z siostrą. Jeśli wolisz poczekać na mój powrót…
– Nie, nie – przerwał jej szybko. – Nie mam już tyle czasu. Jeżeli się zgodzisz, żebym to zrobił sam…
– Dobrze. Powiadomię Lucrezię. To nasza gosposia, jest u nas od zawsze. Problem tylko w tym… – zawiesiła głos.
– W czym, Angelo?
– Przecież ty nie znasz włoskiego, więc jak cokolwiek przeczytasz? Gdybym ja była na miejscu… Zaraz, zaraz… przecież Lucrezia zna nieźle angielski, w razie czego może ci przetłumaczyć co trzeba. Albo przywieź to do Amsterdamu i ja ci pomogę po powrocie. O której chcesz przyjść?
– Może być dziesiąta?
– Może być. Powiem gosposi, żeby na ciebie czekała i pokazała ci kartony. Czy do szafki też chciałbyś zajrzeć?
– To by trwało zbyt długo. Na razie wystarczą mi te rzeczy, które trzymał pod ręką, na biurku – odparł Randall.
Po tej rozmowie było mu przykro, że musiał okłamać Angele. Niestety nie mógł jej powiedzieć, czego szuka. Najpierw należało odnaleźć Roberta Lebruna.
Ślad był bardzo nikły, ale jednak istniał. Pierwszą jego część ujawnił nieświadomie doktor Venturi, gdy powiedział, że profesor Monti owego fatalnego dnia wychodził na jakieś spotkania w mieście.
Drugi element stanowiło stwierdzenie de Vroome'a, że w tym właśnie dniu profesor spotkał się z człowiekiem o nazwisku Lebrun.
Te dwie informacje łączyły się w całość. Co prawda dość niepewną, lecz mimo to mogła świadczyć o tym, że Robert Lebrun naprawdę istniał.
O poranku następnego dnia Randall czekał na gosposię Montich w willi niedaleko Piazza del Popolo. Był to nieduży, stary dom, właściwie wielkości dwupoziomowego mieszkania, odnowiony i o pogodnym wystroju. W salonie stały zielono-złote weneckie meble, wygodne i drogie. Gosposia, piersiasta i dość leciwa matrona w niebieskim fartuchu, który spowijał ją jak namiot, poczęstowała go kawą i ciasteczkami. Wręczyła mu też zostawiony przez Angele słownik włosko-angielski i zeszła do piwnicy po kartony z papierami profesora Montiego.
Randall nalał sobie kawy i zastanowił się po raz kolejny nad nurtującymi go pytaniami. Czy profesor Monti udał się rzeczywiście owego majowego dnia przed czternastoma miesiącami na spotkanie z Robertem Lebrunem? A jeśli tak, to czy zapisał gdziekolwiek ten fakt? Czy też w natłoku zajęć i spotkań zapomniał go odnotować? Albo bał się to zrobić?
Wypił łyk kawy i w tym momencie zjawiła się Lucrezia. Postawiła przed nim na dywanie kartonowe pudło.
– Pan zobaczy ten tutaj – mruknęła. – Ja przyniosę drugi.
Wyszła, a Randall usiadł na podłodze i zaczął powoli wyjmować zawartość kartonu.
Domyślał się, że zapracowany profesor musiał zapisywać terminy w biurkowym kalendarzu lub jakimś notatniku. Musiał mieć coś takiego pod ręką, w ostateczności mogły to być notki jego sekretarki, chyba że przechowywał wszystkie dane w głowie.
Randall sięgał coraz głębiej, wyjmując kolejno maszynopisy wykładów, segregatory z notatkami z badań, korespondencję, która już nigdy nie zostanie wysłana, onyksowe korytko na pióra, puste kołonotatniki.
W końcu w jego ręce znalazł się notes w brązowej skórkowej oprawie, ze spinaczem do papieru wsuniętym między kartki mniej więcej w połowie. Złote litery wytłoczone na okładce głosiły po włosku: TERMINARZ.
Serce zaczęło mu bić mocniej.
Otworzył notatnik w miejscu, gdzie wsunięty był spinacz. U góry kartki widniała data – 8 Maggio. Niżej w kolejnych linijkach wydrukowane były godziny. Część linijek zapisano czarnym atramentem. Randall przebiegał wzrokiem poszczególne zapisy.
10.00 – Conferenza con professori
12.00 – Pranzo con professori
14.00 – Visita del professor Pirsche alla Facolt?
Jak dotąd nic, tylko spotkania z innymi profesorami i wizyta jednego z zagranicy, chyba Niemca.
Jego spojrzenie powędrowało niżej i nagle się zatrzymało.
16.00 – Appuntamento con R.L. de Doney. Importante.
Randall wpatrywał się w kartkę jak zahipnotyzowany.
R.L. to był oczywiście Robert Lebrun. Doney – słynna restauracja i kawiarnia, rzymska gran caffe, na Via Vittoria Veneto, obok hotelu Excelsior. Appuntamento oznaczało spotkanie.
Uzmysłowił sobie, że znalazł właśnie to, czego szukał. Poczuł dreszcz podniecenia.
Późnym popołudniem w maju ubiegłego roku profesor Monti miał się spotkać o czwartej po południu z Robertem Lebrunem w restauracji Doney. To tam właśnie, według słów de Vroome'a, Lebrun powiedział profesorowi o swym rzekomym fałszerstwie i to wtedy rozpoczęła się mroczna wędrówka Montiego w szaleństwo.