Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
– To znakomicie – odparł Randall. Wyjął z portfela pięć tysięcy lirów w banknocie i wręczył Włochowi. – Posłuchaj, Giulio, to dla mnie bardzo ważne.
– Dziękuję panu bardzo – ucieszył się tamten. – Z przyjemnością panu pomogę.
– Zróbmy tak. Wrócę tu za kwadrans piąta. Jeśli Lebrun się pojawi, pokażesz mi go, dobrze? Gdyby przyszedł wcześniej, zadzwoń do mnie do hotelu. Mieszkam tu, w Excelsiorze. Nazywam się Steven Randall. Zapamiętasz?
– Nie zapomnę na pewno, panie Randall.
– I jeszcze jedno, Giulio. Czy nasz przyjaciel przyjeżdża do Doney, na przykład taksówką, czy raczej przychodzi piechotą?
– Zawsze piechotą, proszę pana.
– W takim razie musi mieszkać gdzieś w okolicy. Z tą sztuczną nogą nie przyszedłby gdzieś z daleka.
– Ma pan rację.
– Dobrze – rzekł Randall, wstając. – Więc widzimy się za piętnaście piąta.
– A pański sorbet? – zapytał Giulio.
– Możesz go wypić za moje zdrowie. Ja już dziś jestem po deserze.
Randall spędził pięć niespokojnych godzin w swoim pokoju na piątym piętrze hotelu Excelsior.
Usiłował nie myśleć o czekającym go spotkaniu. Wyjął z walizki papeterię, usiadł przy stoliku pod oknem i próbował się skupić na załatwieniu zaległej korespondencji.
Napisał rutynowy list od troskliwego syna do rodziców w Oak City, dołączając pozdrowienia dla Clare i wujka Hermana. Do Judy w San Francisco napisał krótki liścik, bardziej krajoznawczy niż ojcowski. Zaczął też pisać do Jima McLoughlina z Raker Institute, żeby wyjaśnić mu, że Randall Associates stara się go zlokalizować od kilku tygodni i powiadomić, iż z przyczyn od siebie niezależnych (nie wspomniał ani słowem o transakcji z Towerym) nie może przyjąć jego zlecenia. Nie wiedział jednak, jak zakończyć list, więc podarł go i wyrzucił do kosza.
Zalegał też z odpowiedziami na listy swego prawnika i zastanawiał się, czy nie zadzwonić do niego do Nowego Jorku, w końcu jednak uznał, że nie ma do tego cierpliwości.
Podobnie zrezygnował z powiadomienia Angeli, że jeszcze nie wyjechał z Rzymu. Obawiał się, że mogłoby się to skończyć kolejnymi kłamstwami albo przysporzyć jej nowych zgryzot.
Odłożył także na później telefon do George'a L. Wheelera. Musiał być na niego wściekły, bo do konferencji prasowej pozostało zaledwie sześć dni. Randall chciał jednak przed rozmową z szefem wysłuchać Roberta Lebruna.
Choć starał się usilnie odpychać myśli o tajemniczym Francuzie, okazało się to ponad jego siły.
Przystąpił do Drugiego Zmartwychwstania przed ponad dwoma tygodniami, żeby się zająć kluczowym dla projektu zadaniem i poznać prawdziwą siłę wiary. A potem większość czasu, aż do obecnej kulminacji w Rzymie, spędził na próbach zniszczenia jedynej rzeczy, na której mógłby wiarę oprzeć.
Pogoń za destrukcją rozpoczęła się od błędu odkrytego przez Bogardusa. I trwała do tej pory, być może z powodu „błędu Randalla". Jak wytknęła mu to Angela i jak powtarzały niejednokrotnie bliskie mu osoby, owym błędem był jego nieprzejednany cynizm. Tak więc można by te działania nazwać czystym szaleństwem, gdyby nie to, że opierały się na uczciwym rozumowaniu, zgodnie z którym prawdziwa wiara nie polega na pozbawionym wątpliwości mistycyzmie. Żeby uwierzyć, trzeba poznać twardą, namacalną rzeczywistość.
Wszystkie wątki prowadziły do Roberta Lebruna. Jakkolwiek na to patrzeć, to on właśnie mógł dostarczyć ostatecznej odpowiedzi.
Randall wciąż o tym rozmyślał, gdy usiadł wreszcie, spięty i niespokojny, przy stoliku w Doney. Nie był już nawet pewien, czy pragnie, żeby Lebrun się pojawił. Wiedział tylko, że chce mieć tę udrękę za sobą.
Po raz chyba dziesiąty w ciągu ostatniego kwadransa spojrzał na zegarek. Było sześć po piątej. Wypił kolejny łyk dubonneta i w tym momencie ujrzał kątem oka, że zmierza ku niemu Giulio, szef sali.
– Panie Randall, przyszedł – rzucił Giulio półgłosem, zatrzymując się przy jego krześle.
– Gdzie jest?
– Siedzi w tym rzędzie, trzy stoliki za mną. Pozna go pan na pewno.
Włoch usunął się na bok i Randall odwrócił dyskretnie głowę.
Lebrun siedział tam rzeczywiście, dokładnie taki, jak go opisał de Vroome. Wydawał się nawet niższy i bardziej zgarbiony, niż Randall się spodziewał. Gładko zaczesane brązowe włosy, z pewnością farbowane. Trupio koścista twarz o rysach naznaczonych starością, cała w drobnych bruzdach i zmarszczkach. Okrągłe okulary w stalowej oprawce. Wyświechtana gabardynowa marynarka, zarzucona luźno na ramiona w stylu włoskich modnisiów i początkujących aktorów. Był to człowiek sędziwy, lecz nie robił wrażenia kruchego. Na stoliku przed nim stała szklaneczka z pernodem. Pochłonięty był lekturą gazety.
Randall wstał szybko i podszedł do niego.
– Monsieur Robert Lebrun? – zagaił. – Czy mógłbym postawić panu drinka i przedstawić się?
Lebrun popatrzył na niego sponad gazety. Spojrzenie szarych, pustych oczu było czujne. Poruszył wilgotnymi, nieco zaślinionymi ustami.
– Kim pan jest? – odezwał się zgrzytliwym głosem.
– Nazywam się Steven Randall. Jestem agentem reklamowym i pisarzem z Nowego Jorku. Czekałem tutaj specjalnie, żeby się z panem spotkać.
– Czego pan chce? Powiedział pan „Lebrun". Skąd pan zna to nazwisko?
W postawie Francuza nie było cienia kordiałności i Randall wiedział, że musi działać szybko.
– Jak mi wiadomo, był pan zaprzyjaźniony z profesorem Montim – powiedział. – Uczestniczyliście razem w pewnym przedsięwzięciu archeologicznym.
– Monti? Co pana z nim łączy?
– Przyjaźnię się z jego córką Angela. A wczoraj spotkałem się również z samym profesorem.
W oczach Lebruna pojawił się błysk zaciekawienia, lecz wciąż był usztywniony.
– Widział się pan z Montim? – zapytał wątpiącym tonem. – Skoro tak, to niech pan powie, gdzie to było.
Sprawdza mnie, pomyślał Randall, proszę bardzo.
– Villa Bellavista. Byłem tam, widziałem się z nim i rozmawiałem z jego lekarzem, doktorem Venturini. – Po chwili wahania poddał się drugiemu sprawdzianowi. – Wiem o pańskiej współpracy z profesorem, o odkryciu w Ostii – oznajmił.
Lebrun przewiercał go wzrokiem. Mlaskał mokrymi, zwiotczałymi wargami.
– Powiedział panu o mnie?
– Nie całkiem. Nie on sam. Jego pamięć właściwie nie funkcjonuje.
– Proszę mówić.
– Umożliwiono mi obejrzenie jego prywatnych papierów, wszystkich, które miał na biurku przed czternastoma miesiącami, kiedy spotkaliście się w Doney.
– Więc o tym też pan wie.
– Wiem jeszcze więcej, monsieur Lebrun. Moja ciekawość pisarza została mocno pobudzona i zacząłem szukać kontaktu z panem. Chciałem porozmawiać w przyjazny, otwarty sposób, w nadziei, że taka wymiana zdań okaże się korzystna dla nas obu.
Lebrun poprawił sobie okulary na nosie i pocierając podbródek, wyraźnie namyślał się, jak potraktować nieznajomego. Był zaintrygowany, lecz ostrożny.
– Skąd mam wiedzieć, że pan nie kłamie, panie Randall? – zapytał.
– W jakiej kwestii?
– Że spotkał się pan z Montim. Na świecie jest tyle oszustwa… Niech mnie pan przekona.
No to mam problem, pomyślał Randall.
– Nie wiem, jak to panu udowodnić – odparł. – Byłem u niego, rozmawiałem z nim… o ile można to nazwać rozmową… i efekt był taki… no cóż, nie ma sensu się powtarzać.
– Ja muszę mieć pewność, panie Randall – upierał się starzec.
– Ależ ja mówię prawdę! Monti nawet dal mi… – Randall wyjął z kieszeni kartkę i rozłożył ją na stoliku przed Lebrunem. – Monti narysował to dla mnie, dostałem to w prezencie, na pożegnanie. Nie wiem, czy ta przebita ryba cokolwiek panu mówi, ale nic innego nie mam.