Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zaginiona Ewangelia
Zaginiona Ewangelia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiona Ewangelia

Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:

Ponad pięćset stron pochłonęłam w trzy dosłownie wieczory. Na okładce napisane jest że jest to thriller a'la kod da Vinci Dana Browna a moim zdaniem to Kod powinien być nazwany powieścią a'la Zaginiona Ewangelia. Po pierwsze dlatego ze powieść Wallace powstała początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie ma w niej w porównaniu z Kodem żadnych technicznych super-urządzeń ratujących głownego bohatera z każdej opresji. W Zaginionej ewangelii nie ma nawet telefonów komórkowych a bohaterowie używają jedynie pagerów. Musze powiedzieć że powieść mi sie podobała, choć przyznam że bardzo długo sie rozkręca. Trzeba przebrnąć przez około 200 stron a potem to już nie wiadomo jak szybko ksiązka sie kończy. Bałam sie troche zakończenia bo niestety często sie zdarza że powieść jest swietna ale zakończenie rozczarowuje. U Wallace zakończenie nie jest banalne i zaskoczyło mnie w takim pozytywnym sensie. Z miłą chęcią sięgnę po kolejną powieść tegoz autora…
1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 153
Перейти на страницу:

Lebrun podniósł teczkę i otworzył ją.

Randall podszedł do drzwi.

– Zostawię pana teraz samego na jakiś kwadrans. Idę do baru na dół, muszę się napić. Czy przynieść panu drinka?

– Mnie może już tutaj nie być, kiedy pan wróci – odparł Francuz.

– A jednak zaryzykuję.

– Proszę whisky, bez wody.

Randall wyszedł z pokoju. Z topniejącą raptownie odwagą w sercu, modląc się w duchu o powodzenie, zszedł do baru.

Wrócił do swego pokoju na piątym piętrze po dwudziestu minutach. Otwierając drzwi, zastanawiał się, czy nie będzie musiał sam wypić whisky, którą przyniósł.

Robert Lebrun siedział tam, gdzie go pozostawił, a na stoliku przed nim leżała zamknięta teczka.

– Zdecydowałem się – oświadczył dziwnie obcym głosem, biorąc od Randalla szklankę. – Jest pan moją ostatnią szansą. Opowiem panu, jak napisałem Ewangelię według Jakuba i Pergamin Petroniusza. Historia nie jest długa, ale jeszcze pan takiej nie słyszał. Trzeba ją przekazać ludziom. I pan, panie Randall, musi zostać tym apostołem, który obwieści całemu światu prawdę, prawdę na temat kłamstwa, jakim jest drugie przyjście Chrystusa.

Francuz siedział zgarbiony na krześle i przemawiał monotonnym, wypranym z emocji głosem. Wspomniał swoją młodość i wypadki, które doprowadziły go do skazania na zesłanie do kolonii karnej w Gujanie.

Randall znał większość tej historii od de Vroome'a, słuchał jednak zafascynowany. Nie chciał poza tym nadwątlić świeżo pozyskanego zaufania Lebruna, udawał więc, że dowiaduje się wszystkiego po raz pierwszy, i czekał w napięciu na jakieś nowe elementy.

– Tak więc – opowiadał Lebrun – ponieważ byłem już karany czterokrotnie za drobniejsze przestępstwa, automatycznie uznano mnie za recydywistę, bez szans na poprawę. Zostałem zesłany do karnej kolonii we Gujanie Francuskiej. Miejsce to nazywano zwyczajowo Ile du Diable – Diabelską Wyspą, ale właściwie było tam pięć osobnych więzień. Trzy z nich mieściły się na wyspach i tylko najmniejsza, mająca ledwie kilometr w obwodzie, była właściwą Diabelską Wyspą. Trzymano tam wyłącznie więźniów politycznych, takich jak kapitan Alfred Dreyfus, osadzony na skutek fałszywego oskarżenia o sprzedawanie tajemnic wojskowych Niemcom. W chatach na tej małej wysepce nigdy nie mieszkało więcej niż ośmiu więźniów. Dwie pozostałe wyspy, oddalone o dziewięć mil od wybrzeża Gujany, nazywały się Royale i St Joseph. Na głównym lądzie, w pewnym oddaleniu od miasta Cayenne, były jeszcze więzienia St Laurent i St Jean. Mnie osadzono na wyspie St Joseph.

Głos Lebruna zaczął się łamać. Francuz podniósł do ust szklaneczkę, pociągnął spory łyk whisky i odchrząknął.

– Kiedy został pan skazany? – zapytał Randall.

– Jeszcze przed pańskim urodzeniem – zarechotał starzec. – W roku tysiąc dziewięćset dwunastym.

– Czy rzeczywiście było tam tak strasznie, jak to opisywano?

– Gorzej – odparł Lebrun. – Skazańcy, którym udało się uciec, opisywali oczywiście okrucieństwa i cierpienia, jakich tam doznali, ale zbyt często przedstawiali to jako romantyczną przygodę. Było inaczej, żadnego fascynującego piekła, raczej nazwałbym to fałszywą gilotyną – codziennie odbywała się egzekucja, ale żyło się w dalszym ciągu. Niekończąca się tortura i ból są o wiele gorsze od śmierci. Prometeusz był większym męczennikiem od świętego Piotra. Wysłano mnie do Gujany na statku La Martiniere, zamkniętego nie w kabinie, ale w stalowej klatce wraz z dziewięćdziesięcioma innymi skazańcami. Kolonia karna miała być miejscem, gdzie przestępcy mogą zostać zresocjalizowani, mogą odkupić złe czyny. Czy uwierzy pan, że oficjalna nazwa tych wysp brzmiała Iles du Salut, Wyspy Zbawienia? Oczywiście szlachetny cel, jak zwykle w przypadku stworzonych przez człowieka organizacji, został wypaczony. Kiedy tam trafiłem, filozofia karania była taka: kto jest przestępcą, pozostaje nim już do końca życia, nie ma dlań odkupienia, niechaj więc cierpi i gnije, aż umrze, i niech już nigdy nie zawadza społeczeństwu.

– A jednak wrócił pan.

– Wróciłem, ponieważ chciałem wrócić – odparł z mocą Lebrun. – Miałem powód, żeby walczyć o przetrwanie, jak zaraz się pan przekona. Ale nie na początku. Na początku sądziłem, że jestem człowiekiem, i próbowałem zachowywać się jak człowiek. Oni przypominali mi, że jestem zwierzęciem, a nawet czymś gorszym od zwierzęcia. Jak mam opisać dwa pierwsze lata? Powiedzieć, że były nieludzkie, to pusta paplanina. Niech pan posłucha. Za dnia moskity, całe roje, żerujące na spalonej słońcem, owrzodzonej skórze. Pchły piaskowe wgryzające się pod paznokcie, czerwone mrówki kąsające w stopy. W nocy nietoperze, wampiry wysysające krew. Przez cały czas dyzenteria, gorączka, zakażenia krwi i szkorbut. Proszę spojrzeć.

Lebrun otworzył usta, obnażając sinawe dziąsła i tanie protezy.

– Wypluwałem zęby po dwa, trzy naraz, po prostu gniły. Miałem za sobą cztery wyroki, więc zaliczono mnie do relegues, tych, którzy już nigdy nie opuszczą kolonii karnej. Od rana do zmierzchu tłukłem na St Joseph kamienie w prażącym słońcu, a gdy protestowałem, zamykali mnie w izolatce. Czy wie pan, jak wyglądała izolatka w Gujanie? Więzienie miało trzy bloki – zwykłe cele, izolatki i oddział dla obłąkanych. Najbardziej nieludzkie z nich były właśnie izolatki. Wrzucano mnie do cementowej jamy dwa na trzy metry. Bez dachu, tylko z kratą nad głową. W środku drewniana ława, wiadro na odchody i koc, który zmieniano raz na dwa lata. Smród fekaliów i zepsutego powietrza dławił w gardle. Siedziało się w tym dzień po dniu, z zaledwie półgodzinnym wyjściem na dziedziniec, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. W zwykłym więzieniu było nie lepiej. Czasami nawet gorzej, szczególnie nocami, kiedy człowiek usiłował zasnąć na drewnianej pryczy, napastowany przez zboczeńców. Codziennie to samo jedzenie. Na śniadanie tylko czarna kawa. Na obiad kwarta gorącej wody z rozgniecionymi warzywami, nazywana zupą, do tego pajda chleba i trzy skrawki nadpsutego mięsa. Na kolację albo fasola, albo kleisty ryż. Zmieniłem się w worek kości, bity, chłostany, kopany, torturowany przez strażników, w większości Korsykańczyków, brutali z legii cudzoziemskiej albo byłych policjantów. Moim jedynym marzeniem było samobójstwo, śmierć, która miała przynieść ulgę, gdy spocząłbym na Bambusach, jak nazywano cmentarz dla skazańców w St Laurent. I oto nagle pewnego dnia stał się cud… tak w każdym razie myślałem… i zyskałem powód do pozostania przy życiu.

Ksiądz, przypomniał sobie Randall. De Vroome mówił o katolickim księdzu, z którym Lebrun zaprzyjaźnił się w najczarniejszej godzinie swego życia.

– Około piętnastu kilometrów od St Laurentdu-Maroni, w pobliżu rzeki Maroni, kolonia karna zajmowała polanę pośród malarycznych bagien i gęstej dżungli – mówił dalej Lebrun. – Znajdowały się tam biura administracji, kwatery strażników, tartak, szpital, więzienie o cementowych murach i jedna specjalna chata. Nazywano to obozem St Jean bądź też więzieniem St Jean. Dla trzech setek skazanych było to miejsce straszne. Spali na cementowej posadzce, pokrytej ekskrementami i ropą. Karmiono ich tylko warzywną breją i niedojrzałymi bananami. Musieli pracować jak niewolnicy od szóstej rano do szóstej wieczorem przy wycince drzew, a potem ściągać je do wioski, niczym konie robocze. To właśnie tam mnie osadzono i był to cud, który uratował mi życie.

1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 153
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)