Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Zaginiona Ewangelia
Zaginiona Ewangelia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiona Ewangelia

Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:

Ponad pięćset stron pochłonęłam w trzy dosłownie wieczory. Na okładce napisane jest że jest to thriller a'la kod da Vinci Dana Browna a moim zdaniem to Kod powinien być nazwany powieścią a'la Zaginiona Ewangelia. Po pierwsze dlatego ze powieść Wallace powstała początkiem lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie ma w niej w porównaniu z Kodem żadnych technicznych super-urządzeń ratujących głownego bohatera z każdej opresji. W Zaginionej ewangelii nie ma nawet telefonów komórkowych a bohaterowie używają jedynie pagerów. Musze powiedzieć że powieść mi sie podobała, choć przyznam że bardzo długo sie rozkręca. Trzeba przebrnąć przez około 200 stron a potem to już nie wiadomo jak szybko ksiązka sie kończy. Bałam sie troche zakończenia bo niestety często sie zdarza że powieść jest swietna ale zakończenie rozczarowuje. U Wallace zakończenie nie jest banalne i zaskoczyło mnie w takim pozytywnym sensie. Z miłą chęcią sięgnę po kolejną powieść tegoz autora…
1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 153
Перейти на страницу:

Randall odłożył terminarz do pudła, pochował szybko pozostałe rzeczy i wstał z podłogi. Lucrezia wchodziła właśnie do pokoju z drugim kartonem.

– Tutaj tylko naukowe książki, papierów nie ma – oznajmiła.

– Dziękuję, Lucrezio – odparł, podchodząc do niej. – Nie będę tego przeglądał. Już znalazłem to, czego szukałem. Bardzo ci dziękuję.

Cmoknął ją w pulchny policzek i zostawiwszy zaskoczoną gosposię pośrodku pokoju, ruszył do wyjścia.

Randall wysiadł z taksówki przed wejściem do hotelu Excelsior. Minął drzwi i grupkę gawędzących w słońcu kierowców, i stanął na chodniku, przyglądając się scenerii, w której przed ponad rokiem

Robert Lebrun ujawnił swoją straszliwą tajemnicą profesorowi Montiemu.

Kawiarnia i restauracja Doney składała się z dwóch części. Restauracja mieściła się w przedłużeniu parteru hotelu Excelsior, a stoliki kawiarni stały na zewnątrz, zajmując chodnik aż do rogu Via Vittorio Veneto.

Stojąc w dotkliwym skwarze, Randall był wdzięczny losowi, że kawiarnię chronią przed słońcem błękitne markizy. O tej porze, w sobotnie przedpołudnie, wyglądała zapraszająco, choć nie obiecywała mu jeszcze sukcesu w poszukiwaniach.

Przy stolikach siedziało niewielu gości. Ludzie poruszali się w zwolnionym tempie, a cała scena wyglądała niemal jak martwa natura. To ten cholerny rzymski upał późnoczerwcowy, pomyślał Randall, odbiera wszelką energię i chęć działania.

Zastanawiał się, co począć z tą szczątkową informacją, którą udało mu się zdobyć. Wiadomo było, że to Lebrun wezwał Montiego na spotkanie, a więc to Lebrun z pewnością wyznaczył Doney na miejsce rozmowy. Skoro tak, to musiał tu często bywać, inaczej bowiem wybrałby jakieś mniej uczęszczane miejsce. W takim razie mogła go też pamiętać obsługa kawiarni, ale nie musiało tak być.

Randall przyjrzał się kilku ospałym kelnerom. Nosili białe uniformy z niebieskimi epoletami i stójkowym kołnierzem, i czarne spodnie. Trzymali w rękach menu w kolorze lawendy albo puste tace. W pobliżu przejścia między stolikami, prowadzącego do restauracji, stał z założonymi do tyłu rękami starszy Włoch o wyglądzie szefa. Miał na sobie jasnoniebieską marynarkę i smokingowe spodnie. Kierownik sali, domyślił się Randall.

Usiadł przy stoliku i po chwili kelner przyniósł mu lawendowe menu.

– Czy jest kierownik sali? – zapytał Randall, otwierając jadłospis.

– Si – odparł kelner i rzucił w stronę starszego mężczyzny: – Giulio!

Tamten podszedł szybko, trzymając długopis nad bloczkiem zamówień.

– Czym mogę panu służyć?

Randall przebiegł wzrokiem menu. Jego spojrzenie zatrzymało się na Gelati, lodach, a potem na Granita di limone, sorbecie cytrynowym.

– Poproszę sorbet – powiedział. Giulio zapisał.

– Czy to wszystko?

– Tak.

Kierownik sali wydarł kartkę z bloczka, podał ją kelnerowi i zabrał menu.

– Właściwie – rzekł Randall – chciałbym zapytać o coś jeszcze, ale nie o jedzenie. – Wyciągnął z portfela trzy banknoty tysiąclirowe. – Jestem amerykańskim pisarzem i potrzebuję pewnych informacji. Może będzie pan mógł mi pomóc.

Przez profesjonalnie poważną twarz Włocha przebiegł cień zainteresowania. Nie spuszczał wzroku z pieniędzy w dłoni Randalla.

– Chętnie panu pomogę – stwierdził -jeśli to będzie możliwe.

Randall złożył banknoty i wsunął je szefowi do ręki.

– Od jak dawna pracujesz w Doney, Giulio? – zapytał.

– Od pięciu lat. – Mężczyzna schował pieniądze do kieszeni, mrucząc: – Grazie, sir.

– Czy pracowałeś tutaj w maju zeszłego roku?

– O tak, proszę pana. – Giulio wyraźnie się ożywił, mówił przyjaznym tonem. – To jeszcze przed sezonem, ale ruch już jest duży.

– Dobrze, więc powiem ci, o co chodzi. Pewien człowiek ma informacje, które mogą mi się przydać. Mój przyjaciel spotkał się z nim w maju ubiegłego roku, właśnie tutaj. Powiedział mi, że ten człowiek jest w Doney częstym bywalcem. Rozpoznajesz stałych gości, Giulio?

– Oczywiście. – Twarz Włocha się rozpromieniła. – To nie tylko mój obowiązek, ale także pozytywna strona tego zawodu. Większość znam z nazwiska, mówią mi czasem o swoich sprawach. A kogo konkretnie pan szuka?

– To Francuz, który mieszka od dawna w Rzymie – odparł Randall.-Nie mam pojęcia, jak często tutaj bywa, ale mówiono mi, że się pojawia. – Randall wziął głęboki oddech i wypowiedział zaklęcie, które miało otworzyć sezam.-Nazywa się Robert Lebrun.

– Lebrun – powtórzył Giulio bezbarwnym tonem.

– Tak, Robert Lebrun.

– Zastanawiam się – rzekł Włoch z wahaniem, jakby bojąc się stracić swój napiwek. – Niestety, proszę pana, nie przypominam sobie stałego klienta o tym nazwisku. Na pewno bym go pamiętał.

Randalla ogarnęło zwątpienie. Usiłował przypomnieć sobie, jak de Vroome scharakteryzował Lebruna.

– Spróbuję go opisać – powiedział. – Może to coś da.

– Bardzo proszę.

– To stary człowiek, koło osiemdziesiątki. Pomarszczona twarz, okulary. Jest twojego wzrostu, ale mocno się garbi. Kojarzysz go teraz, Giulio?

Włoch pokręcił ze smutkiem głową.

– Przykro mi, ale przychodzi tutaj tylu… Randall przypomniał sobie coś jeszcze.

– Zaraz, już wiem, to może być ważne. Lebrun utyka, dawno temu stracił nogę i ma protezę.

– Faktycznie, przychodzi ktoś taki! – Giulio ponownie się ożywił. – Nie wiedziałem, że to Francuz, bo świetnie mówi po włosku. Ale on się nie nazywa Lebrun. Właściwie nie wiem jak, ale czasami, kiedy wypije za dużo pernodu, żartuje sobie i mówi, że jest Enrico Toti. To taki tutejszy żart. Pewnie pan nie rozumie?

– Nie.

– W Ogrodach Borghese – Giulio pokazał w głąb ulicy – stoi wiele posągów, między innymi wielka rzeźba nagiego mężczyzny w bohaterskiej pozie. Stoi na kamiennym cokole, właściwie opiera się o skałę, bo ma tylko jedną nogę. To właśnie Enrico Toti, na cokole jest data jego śmierci, rok tysiąc dziewięćset szesnasty. Ten Toti pomimo swego kalectwa zgłosił się na ochotnika do wojska podczas pierwszej wojny światowej. Nie przyjęli go oczywiście, ale on zgłosił się ponownie i robił to tyle razy, że w końcu musieli się zgodzić. Poszedł walczyć z tą swoją jedną nogą, o kuli, i został wielkim bohaterem. No i właśnie ten nasz gość żartował sobie, że to on kiedyś nazywał się Toti. Tylko tyle o nim wiem…

– No cóż, ten człowiek może używać wielu nazwisk… – Randall zauważył, że Giulio nagle uśmiechnął się szeroko. – Co takiego? – zapytał.

– Właśnie mi się przypomniało jeszcze jedno – odparł kierownik sali. – To idiotyczne, ale…

– Mów.

– Dziewczyny na ulicy… wie pan… przezywają go, bo pozuje na intelektualistę i eleganta, a jest taki żałosny i ubogi. Nazywają go – Giulio zachichotał – Duca Minimo, to znaczy Książę Niczego. Wyśmiewają się z niego.

Randall chwycił go za ramię.

– Tak, to on! – zawołał podniecony. – Duca Minimo to Robert Lebrun!

– Bardzo się cieszę – odrzekł Włoch, pewien już, że nie straci zarobku.

– Czy w dalszym ciągu bywa w Doney? – zapytał Randall.

– Ależ tak, prawie każdego popołudnia, jeśli jest ładna pogoda. Przeważnie koło piątej. Wypija swojego pernoda albo negroni, dowcipkuje, czyta gazetę.

– Czy był tu także wczoraj?

– Wczoraj miałem inną zmianę. Zaraz się dowiem. Podszedł do stojących niedaleko kelnerów, zadał im pytanie i po chwili dwóch z nich pokiwało żwawo głowami. Kierownik sali powrócił uśmiechnięty do Randalla.

– Tak-powiedział. – Toti, ten pański Lebrun, był tu wczoraj o zwykłej porze. Pewnie dzisiaj też przyjdzie.

1 ... 118 119 120 121 122 123 124 125 126 ... 153
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)