Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Z przekleństwem na ustach Hanlon otrząsnął się z zadumy. Przypomniał sobie, że musi się pilnować, zwłaszcza w nocy; powinien się koncentrować na teraźniejszości, a nie oddawać próżnym rojeniom. Na szczęście nie zatrzymał się ani nawet nie zwolnił marszu. Po kilku kolejnych krokach uśmiechnął się nieznacznie i sprawdził kciukiem ostrość sztyletu. W dole ulicy wiatr wiał z dziwacznym poszeptem, przy wierzchołkach dachów gwizdał, a w krótkich momentach ciszy do uszu Hanlona docierało ledwie słyszalne skrzypienie butów, które towarzyszyło mu, niemal odkąd opuścił pałac.
Przy następnym skrzyżowaniu skręcił w prawo, idąc tym samym równym, niespiesznym krokiem, po czym nagle przylgnął plecami do wrót stajni, którą znalazł tuż za zakrętem. Wielkie drzwi stajni były zamknięte i prawdopodobnie zabarykadowane od środka, chociaż zapach koni i końskiego łajna ciągle wisiał w lodowatym powietrzu. Gospoda po drugiej stronie ulicy była również zamknięta na cztery spusty, okna za okiennicami wyglądały na kompletnie ciemne, a oprócz wycia wiatru słychać tu było jedynie zgrzytliwe odgłosy huśtającego się szyldu, którego Hanlon nie potrafił dostrzec w mroku nocy. Wokół nie było żywej duszy.
Po chwili znów zaskrzypiały buty — osobnik śledzący Hanlona wyraźnie przyspieszył, prawdopodobnie pragnąc nie tracić z oczu swej ofiary na zbyt długi czas. Ostrzeżony tym odgłosem Hanlon spojrzał we właściwym kierunku i chwilę później zauważył czyjąś skrytą pod kapturem głowę wyłaniającą się zza rogu z pewną dozą ostrożności, choć oczywiście niewystarczająco ostrożnie. Hanlon wyciągnął ku kapturowi lewą rękę, zamierzając złapać za gardło natręta, a równocześnie prawą wykonał szybkie, wyszkolone pchnięcie sztyletem. Na wpół spodziewał się znaleźć pod płaszczem mężczyzny pancerz lub kolczugę, był więc przygotowany na stal lub drucianą siatkę, jednak ostrze łatwo weszło w ciało w okolicach mostka. Hanlon nie wiedział, czy trafił w płuca przeciwnika, krew wszakże trysnęła z rany, a szpieg wydał ostatnie tchnienie bez jednego nawet krzyku. Tyle że Hanlon nie mógł sobie pozwolić dzisiejszego wieczoru na zwłokę. Obecnie wprawdzie nie dostrzegał w zasięgu wzroku żadnych Gwardzistów, lecz mogli się przecież pojawić w każdej chwili. Z tego też względu pospiesznie wyszarpnął sztylet, po czym trzasnął głową mężczyzny o kamienną ścianę stajni dostatecznie mocno, by pękła czaszka, a następnie wbił ponownie ostrze aż po rękojeść. Poczuł, że czubeczek sztyletu otarł się o kręgosłup ofiary.
Hanlon oddychał równomiernie, gdyż zabijanie było już dla niego wyłącznie koniecznością i od dawna nie przyprawiało go o ekscytację. Tym niemniej szybko opuścił trupa na śnieg przy ścianie, kucnął obok niego, wytarł ostrze w ciemny płaszcz zabitego, a jednocześnie drugą rękę wsunął mu pod pachę i wyszarpnął swoją rękawicę ze stalowym wierzchem. Pozostał w kuckach, lecz co rusz obracał głowę to w lewo, to w prawo, obserwując oba końce ulicy. Równocześnie obmacał twarz swojej ofiary. Zarost na brodzie, który wyczuł pod palcami, powiedział mu, że rzeczywiście miał do czynienia z mężczyzną, ale nic więcej. Zresztą, mężczyzna, kobieta czy dziecko — Hanlon nie widział różnicy. Znał wszak głupców, którzy nie obawiali się dzieci, toteż rozmawiali przy nich i zachowywali się w taki sposób, jakby te niedorosłe istoty w ogóle nie miały oczu ani języka i nie mogły przekazać, co usłyszały bądź zobaczyły. A jednak żałował, że nie dotyka wąsów, bulwiastego nosa czy czegokolwiek charakterystycznego, dzięki czemu przypomniałby sobie bądź też skojarzył, kim może być zamordowany właśnie mężczyzna. Ściskając jego rękaw, odkrył grubą wełnę, ani wysokiej jakości, ani szczególnie szorstką, pod nią zaś żylaste przedramię, które mogłoby należeć do urzędnika, woźnicy lub lokaja; krótko mówiąc — podobnie jak płaszcz — należało do jakiegoś mężczyzny. Obszukał ciało, przetrząsnął kieszenie płaszcza szpiega, znajdując z nich jedynie drewniany grzebień i szpulkę szpagatu, które odrzucił. Przy pasie mężczyzny jego ręka się zatrzymała. Wisiała tam skórzana pochewka. Była pusta. Żaden człowiek na ziemi nie zdążyłby wyciągnąć sztyletu, gdy ostrze Hanlona znajdowało drogę do jego płuc. Oczywiście, samotne wyjście w nocy było wystarczającym powodem do noszenia obnażonego noża czy sztyletu w dłoni, najczęściej jednak osobnik z ostrzem w ręku zamierzał dźgnąć kogoś w plecy albo podciąć mu gardło.
Myśli te przemknęły jednakże przez głowę Hanlona dosłownie w sekundę. Nie marnując więcej czasu na próżne rozważania, odciął mężczyźnie sakiewkę wiszącą na sznurkach. Ciężar monet, które wysypał sobie z niej na dłoń i pospiesznie wepchnął do własnej kieszeni, uświadomił mu, że nie są ze złota, prawdopodobnie nawet nie ze srebra, jednak odcinając sakiewkę i zabierając choćby najmniej wartościowe monety, sugerował, że zabity padł ofiarą napaści rabusiów. W końcu się wyprostował, naciągnął zdjętą rękawicę, wsunął swoje ostrze w pochwę i ruszył wielkimi krokami po rozmiękłym śniegu pokrywającym chodnik. Popatrywał uważnie na boki, sztylet zaś trzymał blisko biodra, pod płaszczem. Odprężył się dopiero, kiedy wyszedł na ulicę odległą od alejki, w której zostawił zamordowanego, a i wówczas nie rozluźnił się w pełni.
Większość osób, którym opowie o tym morderstwie, przełknie historyjkę o próbie napaści i zabójstwie w obronie własnej. Większość, lecz na pewno nie osobnik, który wysłał mordercę. Tak, skoro zabójca przeszedł za Hanlonem całą tę drogę od pałacu aż do opuszczonej stajni i gospody, na pewno został przez kogoś wysłany, ale przez kogo? Raczej nie wysłały go przedstawicielki Ludu Morza. Gdyby pragnęły śmierci Hanlona, zabiłyby go osobiście. Chociaż członkinie Rodziny denerwowały go samym swym istnieniem, wyglądały na osoby spokojne i rzadko wypuszczały się poza pałac. Co prawda ludzie, którzy starali się nie przyciągać niczyjej uwagi, najchętniej właśnie wynajmowali nocnego zabójcę z nożem, Hanlon wszakże nie zamienił z żadną z tych kobiet więcej niż trzech słów i z pewnością nie próbował żadnej dotykać. Najbardziej podejrzane wydawały mu się Aes Sedai, ale był pewien, iż żadnym swoim gestem czy też czynem nie wzbudził ich podejrzeń. Tym niemniej, każda z nich mogła mieć własne powody do pozbycia się go. Z Aes Sedai nigdy nic nie wiadomo. A Birgitte Trahelion? Była głupią dziewuchą, która uważała się za legendarną bohaterkę. Kimkolwiek jednak była, mogła się obawiać Hanlona i traktować go jako zagrożenie dla swojej pozycji. Patrząc na nią i widząc, jak się wdzięcznie kręci po korytarzach w tych swoich spodniach, można by ją uznać za prostytutkę, lecz Hanlon dostrzegał także jej spostrzegawczość i chłodne oko. Wiedział, że Birgitte bez mrugnięcia tymże okiem potrafiłaby wynająć płatnego mordercę, który podciąłby Hanlonowi gardło. Istniała jeszcze inna, ostatnia możliwość. I w dodatku ta martwiła go najbardziej. Podejrzewał też niestety własnych panów, gdyż nie zawsze wydawali mu się godni zaufania. Dzisiejszej nocy wyszedł, ponieważ wezwała go Lady Shiaine Avarhin, osoba, która obecnie wydawała mu rozkazy. Czyżby przypadkowo akurat wtedy ruszył za nim zabójca z nożem w ręku? Hanlon nie wierzył w tego typu zbiegi okoliczności, niezależnie od tego, co ludzie mówili o Randzie al’Thorze.