Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— No i oczywiście, ty, Sylvase. Chodź, Sylvase, moja droga.
Wnuczka Nasina nieco się zbliżyła, jednakże nie podjechała aż do tej trójki, lecz zatrzymała się nieco z tyłu, w otoczeniu pochlebców depczących po piętach Arymilli, która nie zaprosiła ich do najbliższej sobie grupy. Mimo kapryśnego, lodowatego wiatru szarpiącego płaszczami, kilka kobiet i dwóch czy trzech mężczyzn bez powodzenia próbowało wciągnąć Sylvase w rozmowę. Dziewczyna jednakże rzadko wypowiadała więcej niż dwa słowa naraz. Tym niemniej, ponieważ w pobliżu nie było żadnej Głowy Domu, której mogliby się przypochlebiać, służalcy zaczęli kadzić spadkobierczyni Wysokiego Tronu. Wielu spośród tych mężczyzn zapewne zamyślało ożenek z jakąś dobrą partią. Inni zaś prawdopodobnie starali się pilnować Sylvase albo przynajmniej sprawdzali, czy nie spróbuje się ona skontaktować z kimś ze swojej Dynastii. Pełnili zatem rolę strażników, a przynajmniej szpiegów. Tę grupkę ludzi ekscytowało każde otarcie się o władzę czy autorytet. Elenia zresztą również miała własne plany w związku z Sylvase.
Arymilla potrafiła długo i bezsensownie paplać, więc w trakcie jazdy w gasnącym wieczornym świetle mówiła niemal bez przerwy, przeskakując z tematu na temat — począwszy od potencjalnych potraw, które zaproponuje na kolację siostra Lir aż po plany jej koronacji. Elenia słuchała nieuważnie i wyłącznie po to, by mruknąć z aprobatą w miejscach, które wydawały jej się odpowiednie. Skoro ta nierozgarnięta kobieta pragnie ogłosić amnestię dla stawiających jej opór osób, proszę bardzo, niech sobie ogłasza! Elenia Sarand na pewno nie wytknie jej głupoty takiego posunięcia. Wystarczająco bolesne było wdzięczenie się do niej... bez przysłuchiwania się jej gadaninie. W pewnym momencie jednak Arymilla powiedziała coś, co uderzyło Elenię w ucho niczym obuch.
— Tobie i Naean nie przeszkodzi chyba konieczność przespania się w jednym łóżku, prawda? Niestety, najwyraźniej nie mamy tutaj zbyt wiele przyzwoitych namiotów.
Trajkotała dalej, Elenia wszakże przez moment nie słyszała ani słowa. Odnosiła wrażenie, że mózg wypełnił jej śnieżny puch. Obróciła nieznacznie głowę i napotkała wstrząśnięte spojrzenie Naean. Niemożliwe, ażeby Arymilla dowiedziała się o ich przypadkowym spotkaniu, naprawdę niemożliwe, nie tak szybko... A gdyby się dowiedziała, czy dawałaby im okazję do wspólnego spiskowania? Zamyślała pułapkę? Wyznaczy szpiegów, którzy będą podsłuchiwać ich rozmowy? Zrobi to służąca Naean albo... albo Janny? Świat zdawał się wirować przed oczyma Elenii. Widziała teraz niemal wyłącznie migające czarne i srebrne plamki. Zaczęła się obawiać, że zemdleje.
Nagle zrozumiała, że Arymilla zwróciła się do niej wprost i z nachmurzoną miną czekała teraz na odpowiedź. Jawnie się niecierpliwiła. Elenia szaleńczo szukała w głowie odpowiedniej riposty. Tak, wiedziała już chyba, co powinna powiedzieć.
— Złocony powóz, Arymillo? — Cóż za śmieszna myśl. Równie dobrze Arymilla mogłaby jechać wozem Druciarza! — Ach, cudownie! Miewasz takie wspaniałe pomysły!
Zadowolony uśmiech Arymilli nieco uspokoił Elenię i pozwolił jej odetchnąć. Jakaż ta kobieta jest głupia! Po prostu bezmyślna. Och, być może w obozowisku rzeczywiście brakowało odpowiednich namiotów. Najprawdopodobniej Arymilla przestała się po prostu ich obu obawiać. Uważała, że je oswoiła. Elenia wyszczerzyła zęby, odpowiadając na uśmiech tamtej. Porzuciła jednakże myśl o namowie Tarabonianina do „zabawienia” tej kobiety choćby przez godzinkę. Ze względu na podpis Jarida na przysiędze istniał tylko jeden sposób oczyszczenia drogi do tronu. Wszystko przemyślała i była gotowa ruszać. Zadawała sobie tylko jedno pytanie: Które pierwsze powinno umrzeć — Arymilla czy Nasin.
Noc zapadła nad Caemlyn, zimno się pogłębiło, ostry wiatr straszliwie zacinał. Tu i ówdzie wylewające się z wyższego okna światło dowodziło, że ludzie przebywający w pomieszczeniu wciąż czuwają, większość okiennic jednakże zamknięto, wiszący zaś nisko na niebie wąski sierp księżyca wydawał się jedynie podkreślać otaczające ciemności. Szarobury był nawet śnieg pokrywający szczyty dachów i leżący przed wejściowymi drzwiami budynków, zmieciony i ubity przez dzienny ruch uliczny.
Spowity od stóp do głów w ciemny płaszcz samotny mężczyzna przemierzający wielkimi krokami rozmokły i powtórnie zmrożony śnieg pozostały na kamieniach brukowych nawierzchni z równym spokojem reagował na nazwisko „Daved Hanlon”, jak na nazwisko „Doilin Mellar”; żadne z tych dwóch nie znaczyło dla niego bowiem dużo więcej niż płaszcz, który zmieniał na inny, ilekroć potrzebował zmiany. Przez te lata nosił wiele nazwisk. Gdyby mógł żyć zgodnie ze swoimi pragnieniami, siedziałby przed ogniem trzaskającym w kominku Królewskiego Pałacu i spędzał czas z kubkiem w dłoni, dzbanem brandy na stole i chętną dziewczyną na kolanach, niestety musiał postępować zgodnie z życzeniami innych osób. Przynajmniej drogi były lepsze tutaj, w Nowym Mieście. Lepsze, co nie znaczy dobre, gdyż na tej zamarzniętej ziemi każdy nieostrożny krok mógł się zakończyć upadkiem, a jednak mężczyźnie znacznie łatwiej chodziło się teraz i tutaj niż wcześniej, na stromych wzgórzach Wewnętrznego Miasta. Otaczająca go ciemność również mu dzisiejszego wieczoru odpowiadała.
Gdy wyruszał, na ulicach kręciło się już mało osób, a wraz z zapadnięciem mroku liczba ta jeszcze bardziej się zmniejszyła. Mądrzy ludzie pozostają na noc w swoich domach. Czasami, w gęstszym cieniu czaiły się jakieś przyćmione sylwetki, jednak gapie, przyjrzawszy się krótko Hanlonowi, uciekali przed nim za róg albo wycofywali się w alejki, tłumiąc przekleństwa, ilekroć zabrnęli w śnieżną zaspę, której najprawdopodobniej ani razu nie tknęło słońce. Hanlon był niezbyt zwalisty i niewiele wyższy niż przeciętny mężczyzna, a swój miecz i napierśnik ukrył pod długim do kostek płaszczem, tym niemniej rabusie szukali u potencjalnych ofiar oznak słabości lub niezdecydowania, on zaś poruszał się z oczywistą pewnością siebie, wyraźnie nie obawiając się ukrytych w mroku rozbójników. W zachowaniu tej postawy pomagał mu długi sztylet schowany pod rękawicą prawej ręki.
Idąc, Hanlon mimowolnie wypatrywał patroli Gwardzistów, chociaż w sumie żadnych się nie spodziewał. Gdyby żołnierze kręcili się w pobliżu, rozmaite osiłki i miejskie rzezimieszki poszukałyby sobie innego „terenu łowieckiego”. Hanlon mógłby oczywiście jednym słowem odprawić wścibskich Gwardzistów, preferował wszakże brak świadków i nie miał ochoty odpowiadać na pytanie, dlaczego odszedł tak daleko od pałacu. Widząc w przejściu przed sobą dwie szczelnie okutane płaszczami kobiety, zawahał się, jednak obie odeszły, nawet na niego nie spojrzawszy, więc odetchnął z ulgą. Bardzo mało kobiet ryzykowało wyjście o tak późnej porze bez towarzystwa mężczyzny z mieczem lub pałką, toteż — chociaż Hanlon nie dostrzegł twarzy tych niewiast — mógłby postawić konia z rzędem, że ma do czynienia z parą Aes Sedai. Albo z innymi spośród dziwnych kobiet, które zajmowały większość pałacowych łóżek.
Na myśl o tej gromadce przybrał marsową minę i poczuł mrowienie między łopatkami — jak parzenie pokrzyw. Denerwowało go wiele rzeczy, które działy się w pałacu. Przedstawicielki Ludu Morza nie podobały mu się i to nie tylko dlatego, że chodziły po korytarzach, uwodzicielsko kołysząc biodrami, a potem znienacka wyciągały na skuszonego ich widokiem mężczyznę nóż. Odkąd uświadomił sobie, że one i Aes Sedai patrzą na siebie jak obce koty w klatce, przestał nawet myśleć o poklepaniu którejś z nich po tyłku. Szczególnie że — choć wydawało się to niemożliwe — kobiety z Ludu Morza kojarzyły mu się z większymi kotami. To znaczy... Jednym słowem... Były w pewnym sensie gorsze od sióstr. Z rozmaitych plotek Hanlon wiedział, że Aes Sedai nie mają zmarszczek. Tym niemniej niektóre przedstawicielki Ludu Morza, choć wyglądały naprawdę staro, bez wątpienia potrafiły przenosić Moc, on zaś odniósł niepokojące wrażenie, że przenosić umieją wszystkie. I fakt ten nie miał dla niego zupełnie sensu. Może Atha’an Miere posiadały jakiś szczególny system, lecz o tych z grupki zwanej przez Falion Rodziną mówiło się osobliwie. Podobno jeśli przy stoliku siedziały trzy umiejące przenosić Moc kobiety, a nie były one Aes Sedai, siostry zjawiały się, zanim tamte zdążyły skończyć dzban wina, przeganiały je i nie pozwalały im ponownie nawiązać rozmowy. Później natomiast w ogóle starały się nie dopuszczać ich do siebie. Taka była prawda. Tyle że w pałacu mieszkała ponad setka różnych kobiet — wiele z nich spotykało się na osobności i obchodziło Aes Sedai z dala, nawet nie marszcząc czoła. Do dziś, w każdym razie... Tak czy inaczej, siostry wyglądały na nieco zaniepokojone. Otoczenie Hanlona obfitowało w zbyt wiele osobliwości, których mężczyzna miał powoli dość. Kiedy Aes Sedai dziwnie się zachowują, nadchodzi pora, aby człowiek zaczął się martwić o swoją skórę.