Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
– To trochę jak wskoczyć do oceanu z połciem mięsa na szyi i uważać, że to świetny sposób na łowienie rekinów – skomentował wreszcie. – Jeśli ktoś zacznie mnie bardziej wypytywać...
– Zasłoń się tajemnicą. Powiedz, że nie możesz o tym rozmawiać albo że na ten temat możesz rozmawiać tylko z hrabią.
Poprawiła mu pas, strzepnęła niewidoczny pyłek z ramienia i cofnąwszy się o krok, zmierzyła go krytycznym spojrzeniem.
– Ujdzie. Tak naprawdę liczę na to, że nikt nie będzie cię o nic wypytywał. To stara szlachta i sporo nuworyszy, pragnących za taką uchodzić. Żaden z nich nie zniży się do rozmowy z nieznanym marynarzem, choćby ten dowodził całą flotą galer. Stój gdzieś pod ścianą, nie rzucaj się w oczy, schodź innym z drogi. I tym razem – zacisnęła usta – zabierz ze sobą sakiewkę. Jeśli nie da się inaczej, podrzucimy ją hrabiemu z odpowiednim liścikiem. Nie, nic nie mów. I tak już sporo ryzykuję. Nie każ mi narażać się bardziej, jeśli sam nie potrafisz wymyślić lepszego planu zbliżenia się do sek-Gresa. Chyba że już jakiś masz?
Nie miał. Pozostawało wziąć głęboki wdech i wskoczyć między rekiny.
* * *
Główna siedziba hrabiego znajdowała się pośrodku Auserii, najstarszej z dzielnic Wysokiego Miasta i w ogóle, jak uprzejmie i mimochodem wyjaśniła mu baronowa, najstarszej dzielnicy Ponkee-Laa. Tu był rdzeń, serce metropolii, która wyrosła nad brzegiem Elharan ponad tysiąc lat temu.
– Niektóre z tych murów pamiętają czasy, gdy Meekhańczycy mieszkali w norach wykopanych w ziemi, żywiąc się robakami i surowymi bulwami – rzuciła w drodze na miejsce.
Złodziejowi tłukła się po głowie myśl, że Stary Meekhan był równie, jeśli nie bardziej wiekowy, ale wolał się nie odzywać. W ogóle niemal nie zwracał uwagi na to, co Darwenia Lewender mówi do niego, czuł obojętny, chłodny spokój, jaki zawsze ogarniał go w chwili, gdy zaczynał realizować jakikolwiek plan i nie było już odwrotu. Miał wrażenie, że słyszy każdy dźwięk, że widzi wszystko z niezwykłą dokładnością, że czuje najdelikatniejszą woń. A mimo to znajdował się jakby we wnętrzu pustego kokonu, oddzielającego go od świata. Szykował się na to, co miał przynieść wieczór i noc.
Zaczęło się chyba zwyczajnie. Chyba, bo Altsin nie miał bladego pojęcia, jak takie przyjęcia się zaczynają. Na początku został krótko i zwięźle przedstawiony hrabiemu, który w odpowiedzi na wytrenowany ukłon skinął mu uprzejmie głową, po czym baronowa postawiła go w kącie sali i zakazała stamtąd odchodzić. Występował w charakterze petenta, a tacy nie witają gości w drzwiach obok gospodarza i gospodyni. Stał więc posłusznie i obserwował.
Hrabia Terleach wyglądał dokładnie tak, jak Altsin go sobie wyobrażał. Wysoki, szczupły, ze szpakowatą grzywą opadającą aż na ramiona i postawą byłego wojskowego. Krótkie spojrzenie, którym obrzucił złodzieja, było uważne i taksujące, a Altsin od razu nabrał pewności, że gospodarz odnotował jego obecność, zainteresował się nim i będzie chciał jeszcze porozmawiać. Powtórzył sobie w myślach serię banałów i kłamstewek, których się wyuczył i które nagle wydały mu się wyjątkowo kiepskie. Hrabia nie zadowoli się byle czym, jedyna nadzieja, że w razie kłopotów baronowa pospieszy złodziejowi z odsieczą.
Darwenia Lewender pełniła funkcję nieoficjalnej gospodyni, w bladoróżowej sukni z podniesionym kołnierzem stała więc obok hrabiego. Cieńsze niż pajęcza nić jedwabne rękawiczki, puder maskujący piegi, perfekcyjny makijaż, włosy upięte w wysoki jak maszt kok, przetykany srebrnymi szpilkami, oczy błyszczące niczym gwiazdy i usta wdzięcznie rozchylone w dziewczęcym uśmiechu. Różniła się od osoby, którą poznał kilkanaście dni temu, jak wojenna galera sunąca na paradzie różni się od kupieckiego holka wpływającego do portu po wielodniowej walce ze sztormem. Mogłaby uwieść, oczarować i owinąć sobie wokół paluszka każdego mężczyznę na sali. Sądząc ze spojrzeń, jakimi obrzucały ją wchodzące na bal kobiety, wszystkie arystokratki o tym wiedziały i już szczerze jej nienawidziły.
Siedziba rodu Terleachów pamiętała czasy, gdy wszystko, co było większe od kurnika, budowano tak, by można się ze środka bronić. Miała dwa piętra, kamienną wieżę, szczerzącą się blankami w niebo, i drzwi główne potężne niczym wrota miejskich bram. Złodziej, wchodząc, mimochodem odnotował, że ściany zewnętrzne mają co najmniej cztery stopy grubości, a tworzące je głazy obrobiono nad wyraz starannie. Później jednak budynek był kilkakrotnie przebudowywany, świadczyły o tym wyraźnie powiększone okna i widoczne w sali balowej ślady po ścianach działowych, które zastąpiło kilkanaście kolumn. Nawet jednak w obecnym kształcie sala była wciąż za mała na tylu zaproszonych gości. Miała ich przyjść dobrze ponad setka, a do tego dochodziło jeszcze co najmniej trzydziestu służących, kilkunastu muzyków i sporo ludzi, których funkcji jak na razie Altsin nie potrafił odgadnąć. Gdy zjawią się wszyscy zaproszeni, zrobi się naprawdę tłoczno.
Pod ścianami umiejscowiono stoły, pozbawione jednak ław czy krzeseł. Ze względu na niewielką ilość miejsca przyjęcie miało się odbywać na stojąco, osoby pragnące odpocząć mogły skorzystać z kilku mniejszych komnat, gdzie królowały miękkie sofy i małe lampki, zapewniające dyskretny półmrok. Osobne drzwi prowadziły do kuchni, pomieszczeń dla służby i pozostałych części rezydencji. Jak na razie przy żadnym z nich Altsin nie zauważył ani strażnika, ani nawet służącego, który miałby zawracać gości, więc hrabia najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu, by przybyli rozeszli mu się po siedzibie, albo uważał, że w głównej sali będą się działy rzeczy tak ciekawe, iż nikt z zaproszonych nie zrezygnuje z uczestniczenia w nich. Jeśli jednak ranga spotkania była rzeczywiście taka, jak to bez przerwy wbijała mu do głowy baronowa, wszyscy najpewniej i tak stłoczą się przy gospodarzu jak ławica ryb-pilotów wokół wielkiego rekina.