Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 116 117 118 119 120 121 122 123 124 ... 173
Перейти на страницу:

– To tro­chę jak wsko­czyć do oce­anu z po­łciem mię­sa na szyi i uwa­żać, że to świet­ny spo­sób na ło­wie­nie re­ki­nów – sko­men­to­wał wresz­cie. – Je­śli ktoś za­cznie mnie bar­dziej wy­py­ty­wać...

– Za­słoń się ta­jem­ni­cą. Po­wiedz, że nie mo­żesz o tym roz­ma­wiać albo że na ten te­mat mo­żesz roz­ma­wiać tyl­ko z hra­bią.

Po­pra­wi­ła mu pas, strzep­nę­ła nie­wi­docz­ny py­łek z ra­mie­nia i cof­nąw­szy się o krok, zmie­rzy­ła go kry­tycz­nym spoj­rze­niem.

– Uj­dzie. Tak na­praw­dę li­czę na to, że nikt nie bę­dzie cię o nic wy­py­ty­wał. To sta­ra szlach­ta i spo­ro nu­wo­ry­szy, pra­gną­cych za taką ucho­dzić. Ża­den z nich nie zni­ży się do roz­mo­wy z nie­zna­nym ma­ry­na­rzem, choć­by ten do­wo­dził całą flo­tą ga­ler. Stój gdzieś pod ścia­ną, nie rzu­caj się w oczy, schodź in­nym z dro­gi. I tym ra­zem – za­ci­snę­ła usta – za­bierz ze sobą sa­kiew­kę. Je­śli nie da się ina­czej, pod­rzu­ci­my ją hra­bie­mu z od­po­wied­nim li­ści­kiem. Nie, nic nie mów. I tak już spo­ro ry­zy­ku­ję. Nie każ mi na­ra­żać się bar­dziej, je­śli sam nie po­tra­fisz wy­my­ślić lep­sze­go pla­nu zbli­że­nia się do sek-Gre­sa. Chy­ba że już ja­kiś masz?

Nie miał. Po­zo­sta­wa­ło wziąć głę­bo­ki wdech i wsko­czyć mię­dzy re­ki­ny.

* * *

Głów­na sie­dzi­ba hra­bie­go znaj­do­wa­ła się po­środ­ku Au­se­rii, naj­star­szej z dziel­nic Wy­so­kie­go Mia­sta i w ogó­le, jak uprzej­mie i mi­mo­cho­dem wy­ja­śni­ła mu ba­ro­no­wa, naj­star­szej dziel­ni­cy Pon­kee-Laa. Tu był rdzeń, ser­ce me­tro­po­lii, któ­ra wy­ro­sła nad brze­giem El­ha­ran po­nad ty­siąc lat temu.

– Nie­któ­re z tych mu­rów pa­mię­ta­ją cza­sy, gdy Me­ekhań­czy­cy miesz­ka­li w no­rach wy­ko­pa­nych w zie­mi, ży­wiąc się ro­ba­ka­mi i su­ro­wy­mi bul­wa­mi – rzu­ci­ła w dro­dze na miej­sce.

Zło­dzie­jo­wi tłu­kła się po gło­wie myśl, że Sta­ry Me­ekhan był rów­nie, je­śli nie bar­dziej wie­ko­wy, ale wo­lał się nie od­zy­wać. W ogó­le nie­mal nie zwra­cał uwa­gi na to, co Dar­we­nia Le­wen­der mówi do nie­go, czuł obo­jęt­ny, chłod­ny spo­kój, jaki za­wsze ogar­niał go w chwi­li, gdy za­czy­nał re­ali­zo­wać ja­ki­kol­wiek plan i nie było już od­wro­tu. Miał wra­że­nie, że sły­szy każ­dy dźwięk, że wi­dzi wszyst­ko z nie­zwy­kłą do­kład­no­ścią, że czu­je naj­de­li­kat­niej­szą woń. A mimo to znaj­do­wał się jak­by we wnę­trzu pu­ste­go ko­ko­nu, od­dzie­la­ją­ce­go go od świa­ta. Szy­ko­wał się na to, co miał przy­nieść wie­czór i noc.

Za­czę­ło się chy­ba zwy­czaj­nie. Chy­ba, bo Alt­sin nie miał bla­de­go po­ję­cia, jak ta­kie przy­ję­cia się za­czy­na­ją. Na po­cząt­ku zo­stał krót­ko i zwięź­le przed­sta­wio­ny hra­bie­mu, któ­ry w od­po­wie­dzi na wy­tre­no­wa­ny ukłon ski­nął mu uprzej­mie gło­wą, po czym ba­ro­no­wa po­sta­wi­ła go w ką­cie sali i za­ka­za­ła stam­tąd od­cho­dzić. Wy­stę­po­wał w cha­rak­te­rze pe­ten­ta, a tacy nie wi­ta­ją go­ści w drzwiach obok go­spo­da­rza i go­spo­dy­ni. Stał więc po­słusz­nie i ob­ser­wo­wał.

Hra­bia Ter­le­ach wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak Alt­sin go so­bie wy­obra­żał. Wy­so­ki, szczu­pły, ze szpa­ko­wa­tą grzy­wą opa­da­ją­cą aż na ra­mio­na i po­sta­wą by­łe­go woj­sko­we­go. Krót­kie spoj­rze­nie, któ­rym ob­rzu­cił zło­dzie­ja, było uważ­ne i tak­su­ją­ce, a Alt­sin od razu na­brał pew­no­ści, że go­spo­darz od­no­to­wał jego obec­ność, za­in­te­re­so­wał się nim i bę­dzie chciał jesz­cze po­roz­ma­wiać. Po­wtó­rzył so­bie w my­ślach se­rię ba­na­łów i kłam­ste­wek, któ­rych się wy­uczył i któ­re na­gle wy­da­ły mu się wy­jąt­ko­wo kiep­skie. Hra­bia nie za­do­wo­li się byle czym, je­dy­na na­dzie­ja, że w ra­zie kło­po­tów ba­ro­no­wa po­spie­szy zło­dzie­jo­wi z od­sie­czą.

Dar­we­nia Le­wen­der peł­ni­ła funk­cję nie­ofi­cjal­nej go­spo­dy­ni, w bla­do­ró­żo­wej suk­ni z pod­nie­sio­nym koł­nie­rzem sta­ła więc obok hra­bie­go. Cień­sze niż pa­ję­cza nić je­dwab­ne rę­ka­wicz­ki, pu­der ma­sku­ją­cy pie­gi, per­fek­cyj­ny ma­ki­jaż, wło­sy upię­te w wy­so­ki jak maszt kok, prze­ty­ka­ny srebr­ny­mi szpil­ka­mi, oczy błysz­czą­ce ni­czym gwiaz­dy i usta wdzięcz­nie roz­chy­lo­ne w dziew­czę­cym uśmie­chu. Róż­ni­ła się od oso­by, któ­rą po­znał kil­ka­na­ście dni temu, jak wo­jen­na ga­le­ra su­ną­ca na pa­ra­dzie róż­ni się od ku­piec­kie­go hol­ka wpły­wa­ją­ce­go do por­tu po wie­lo­dnio­wej wal­ce ze sztor­mem. Mo­gła­by uwieść, ocza­ro­wać i owi­nąć so­bie wo­kół pa­lusz­ka każ­de­go męż­czy­znę na sali. Są­dząc ze spoj­rzeń, ja­ki­mi ob­rzu­ca­ły ją wcho­dzą­ce na bal ko­bie­ty, wszyst­kie ary­sto­krat­ki o tym wie­dzia­ły i już szcze­rze jej nie­na­wi­dzi­ły.

Sie­dzi­ba rodu Ter­le­achów pa­mię­ta­ła cza­sy, gdy wszyst­ko, co było więk­sze od kur­ni­ka, bu­do­wa­no tak, by moż­na się ze środ­ka bro­nić. Mia­ła dwa pię­tra, ka­mien­ną wie­żę, szcze­rzą­cą się blan­ka­mi w nie­bo, i drzwi głów­ne po­tęż­ne ni­czym wro­ta miej­skich bram. Zło­dziej, wcho­dząc, mi­mo­cho­dem od­no­to­wał, że ścia­ny ze­wnętrz­ne mają co naj­mniej czte­ry sto­py gru­bo­ści, a two­rzą­ce je gła­zy ob­ro­bio­no nad wy­raz sta­ran­nie. Póź­niej jed­nak bu­dy­nek był kil­ka­krot­nie prze­bu­do­wy­wa­ny, świad­czy­ły o tym wy­raź­nie po­więk­szo­ne okna i wi­docz­ne w sali ba­lo­wej śla­dy po ścia­nach dzia­ło­wych, któ­re za­stą­pi­ło kil­ka­na­ście ko­lumn. Na­wet jed­nak w obec­nym kształ­cie sala była wciąż za mała na tylu za­pro­szo­nych go­ści. Mia­ła ich przyjść do­brze po­nad set­ka, a do tego do­cho­dzi­ło jesz­cze co naj­mniej trzy­dzie­stu słu­żą­cych, kil­ku­na­stu mu­zy­ków i spo­ro lu­dzi, któ­rych funk­cji jak na ra­zie Alt­sin nie po­tra­fił od­gad­nąć. Gdy zja­wią się wszy­scy za­pro­sze­ni, zro­bi się na­praw­dę tłocz­no.

Pod ścia­na­mi umiej­sco­wio­no sto­ły, po­zba­wio­ne jed­nak ław czy krze­seł. Ze wzglę­du na nie­wiel­ką ilość miej­sca przy­ję­cie mia­ło się od­by­wać na sto­ją­co, oso­by pra­gną­ce od­po­cząć mo­gły sko­rzy­stać z kil­ku mniej­szych kom­nat, gdzie kró­lo­wa­ły mięk­kie sofy i małe lamp­ki, za­pew­nia­ją­ce dys­kret­ny pół­mrok. Osob­ne drzwi pro­wa­dzi­ły do kuch­ni, po­miesz­czeń dla służ­by i po­zo­sta­łych czę­ści re­zy­den­cji. Jak na ra­zie przy żad­nym z nich Alt­sin nie za­uwa­żył ani straż­ni­ka, ani na­wet słu­żą­ce­go, któ­ry miał­by za­wra­cać go­ści, więc hra­bia naj­wy­raź­niej nie miał nic prze­ciw­ko temu, by przy­by­li ro­ze­szli mu się po sie­dzi­bie, albo uwa­żał, że w głów­nej sali będą się dzia­ły rze­czy tak cie­ka­we, iż nikt z za­pro­szo­nych nie zre­zy­gnu­je z uczest­ni­cze­nia w nich. Je­śli jed­nak ran­ga spo­tka­nia była rze­czy­wi­ście taka, jak to bez prze­rwy wbi­ja­ła mu do gło­wy ba­ro­no­wa, wszy­scy naj­pew­niej i tak stło­czą się przy go­spo­da­rzu jak ła­wi­ca ryb-pi­lo­tów wo­kół wiel­kie­go re­ki­na.

1 ... 116 117 118 119 120 121 122 123 124 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)