Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]

Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:

Ewolucja we wszechświecie powieści Brina nie jest tylko siłą naturalną — rozwinięte gatunki istot inteligentnych przyspieszają rozwój innych, „niższych” ras w ramach galaktycznego porządku wspomagania. Wiąże się z tym także system powiernictwa planet — Ziemianie otrzymali Garth w celu przyspieszenia odbudowy jego zniszczonego ekosystemu. Jednak ptasiopodobni Gubru szykują inwazję na Garth. Chcą nie tylko przejąć planetę, ale także wykorzystać ją w szantażu, mającym na celu ujawnienie miejsca stacjonowania odkrytej przez ziemski statek „Streaker” kosmicznej floty starożytnej rasy. Rozpoczęta wojna toczy się nie tylko na powierzchni Garth, gdzie pozbawione ludzkich zwierzchników neoszympansy organizują partyzantkę, ale i na poziomie galaktycznego systemu wspomagania, w ramach którego Ziemianie walczą o swoje prawo do planety.
1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 192
Перейти на страницу:

Znajdowali się na nizinnym, falistym terenie wznoszącym się nieubłaganie ku południowym zboczom gór Mulun. Odarty z różnorodności ekosystem równin ustępował stopniowo miejsca nieco mniej monotonnej scenerii — skarłowaciałym drzewom i wyżłobionym tarasom, których czerwone i brunatne warstwy osadowe lśniły w świetle poranka, jak gdyby mrugały do nich na znak posiadanej sekretnej wiedzy o dawno minionych dniach.

W miarę jak trasa wędrowców wiodła coraz bliżej gór, Uthacalthing wciąż dokonywał w niej poprawek, kierowany błękitnym migotaniem na horyzoncie — blaskiem tak słabym, że niekiedy jego oczy niemal nie mogły go dostrzec. Wiedział z całą pewnością, że aparat wzrokowy Kaulta w ogóle nie potrafił wykryć tej iskry. Tak to zaplanował.

Uthacalthing wskazywał drogę, wiernie podążając za pokazującym się sporadycznie blaskiem. Uważnie poszukiwał pozostawionych znaków. Za każdym razem, gdy dostrzegał jeden z nich, wykonywał cały rytuał: sumiennie zacierał ślady na ziemi, ukradkiem wyrzucał kamienne narzędzia, potajemnie czynił notatki, które ukrywał pospiesznie, gdy towarzysz jego wędrówki wyłaniał się zza zakrętu.

Każdy inny w tej chwili gotowałby się już wprost z ciekawości. Ale nie Kault. Nie, nie Kault.

Tego poranka przyszła kolej na Thennanianina i on maszerował jako pierwszy. Ich trasa prowadziła brzegiem błotnistej równiny, wciąż jeszcze wilgotnej po ostatniej serii jesiennych deszczów. Tam, wyraźnie widoczne, ścieżkę przecinały ślady liczące sobie nie więcej niż kilka godzin, najwyraźniej pozostawione przez coś, co posuwało się na dwóch nogach, podpierając się jedną ręką. Kault jednak minął je po prostu, węsząc swymi wielkimi szczelinami oddechowymi, i wyraził swym huczącym głosem komentarz o tym, jak rześki dziś poranek!

Uthacalthing pocieszał się myślą, że ta częć jego planu nigdy nie rokowała wielkich nadziei. Być może nie miała się udać i tyle.

A może po prostu nie jestem wystarczająco inteligentny. Oba nasze gatunki mogły wyznaczyć na placówkę na tej znajdującej się w zapadłej części ramienia Galaktyki planecie swych najbardziej tępych przedstawicieli.

Nawet wśród ludzi byli tacy, którzy z pewnością byliby w stanie wykombinować coś lepszego. Na przykład któryś z tych legendarnych agentów Rady Terrageńskiej.

Rzecz jasna, na Garthu w chwili wybuchu kryzysu nie było żadnych agentów ani innych, obdarzonych większą wyobraźnią Tymbrimczyków. Uthacalthing był zmuszony do stworzenia takiego planu, na jaki go było stać.

Zastanowił się nad drugą częścią swego żartu. Było oczywiste, że Gubru dali się nabrać na jego fortel. Do jakiego jednak stopnia? Ile kłopotu i wydatków ich to kosztowało? I, co ważniejsze z punktu widzenia galaktycznego dyplomaty, jak głębokim wstydem się okryli?

Gdyby okazali się równie tępi i niepojętni jak Kautl… Ale nie, na Gubru można polegać — zapewniał sam siebie Uthacalthing. — Oni, przynajmniej, są biegli w oszustwach i hipokryzji. To czyniło ich łatwiejszymi nieprzyjaciółmi od Thennanian. Osłonił dłonią oczy, kontemplując coraz późniejszy poranek. Powietrze stawało się ciepłe. Dał się słyszeć szeleszczący dźwięk, skrzypienie pękających liści. Kilka metrów z tyłu pojawił się maszerujący wielkimi krokami Kault. Mruczał niską melodię marszową i posługiwał się długim kijem, by odsuwać krzaki ze swej drogi.

Jeśli nasze rasy są oficjalnie w stanie wojny, to dlaczego Kaultowi jest tak trudno zauważyć, że wyraźnie coś przed nim ukrywam? — zastanowił się Uthacalthing.

— Hmmm — mruknął wielki Thennanianin, gdy zbliżył się do niego. — Kolego, czemu się zatrzymaliśmy?

Mówił w anglicu. Ostatnio urządzili sobie zabawę polegającą na tym, że codziennie, dla wprawy, porozumiewali się w innym języku. Uthacalthing wskazał dłonią ku niebu.

— Jest już prawie południe, Kault. Gimelhai pali coraz mocniej. Lepiej wyszukajmy jakieś miejsce i zejdźmy ze słońca. Skórzasty grzebień grzbietowy Kaulta nadął się.

— Zejdźmy ze słońca? Ależ my nie jesteśmy na… Och. Aha. Ha. Ha. Idiom dzikusów. Bardzo komiczne. Tak, Uthacalthing. Gdy Gimelhai osiągnie zenit, możemy faktycznie poczuć się trochę tak, jakbyśmy piekli się w jej zewnętrznej powłoce. Znajdźmy schronienie.

Na szczycie pagórka, w niezbyt wielkiej odległości, rósł niewielki, gęsty zagajnik. Tym razem Kault ruszył jako pierwszy, wymachując swą własnoręcznie wykonaną laską, by utorować im drogę przez wysoką, trawiastą roślinność.

Podział pracy mieli już dobrze opracowany. Kault wykonywał ciężką robotę, jaką było wykopywanie wygodnej niszy, aż do miejsca, gdzie gleba była chłodna, podczas gdy zwinne dłonie Uthacalthinga zawiązywały pelerynę Thennanianina, by zrobić z niej osłonę przed słońcem. Ułożyli się, oparci o swe plecaki, i przeczekali gorącą, środkową część dnia.

Podczas gdy Uthacalthing drzemał, Kault spędzał czas na wprowadzaniu informacji do swej przenośnej studni danych. Podnosił w górę gałązki, jagody i grudki ziemi, rozcierał je między swymi wielkimi, potężnymi palcami, po czym przysuwał pył do swych szczelin węchowych zanim poddał go badaniom za pomocą podręcznego zestawu instrumentów ocalonych z rozbitego jachtu.

Pracowitość Thennanianina była dodatkowym źródłem frustracji dla Uthacalthinga, gdyż prowadzone przez Kaulta poważne badania ekosystemu z jakiegoś powodu nie wykryły ani jednej ze wskazówek, które podsuwał mu Tymbrimczyk.

Może to dlatego, że mu je podsunięto — zastanowił się Uthacalthing. Thennanianie byli systematycznym gatunkiem. Być może wyznawany przez Kaulta pogląd na świat uniemożliwiał mu dostrzeżenie tego, co nie pasowało do wzorca odkrytego przez jego starannie prowadzone badania.

Interesująca myśl.

Korona Uthacalthinga ukształtowała glif wyrażający przyjemne zaskoczenie, gdy w jednej chwili zrozumiał, że metody Thennanianina mogą nie być tak nieskuteczne, jak się mu zdawało. Przyjął założenie, że to głupota czyni Kaulta nieczułym na jego sfałszowane wskazówki, ale…

Ostatecznie one naprawdę są oszustwem. Mój wspólnik ukrywający się w buszu pozostawia je dla mnie, bym mógł je „znaleźć” i „ukryć”. Jeśli Kault je ignoruje, to czy może to oznaczać, że jego ciasnogłowy światopogląd naprawdę jest doskonalszy? W rzeczywistości okazało się, że niemal nie sposób go oszukać!

Prawdziwy czy nie, był to interesujący koncept. Syrtunu płynęło wartko i spróbowało wzbić się w górę, lecz korona Uthacalthinga leżała obwisła, zbyt leniwa, by pobudzić glif.

Zamiast tego jego myśli powędrowały ku Athaclenie.

Wiedział, że jego córka żyje. Próby dowiedzenia się czegoś więcej mogłyby się zakończyć wykryciem przez psioniczne urządzenia nieprzyjaciela. Niemniej w tych śladach było coś — drżące półszepty głęboko na poziomach uczuć nahakieri — co mu mówiło, że dowie się wiele nowego o Athaclenie, jeśli jeszcze kiedykolwiek spotkają się na tym świecie.

Gdy Uthacalthing unosił się bezwładnie w półdrzemce, wydało mu się, że słyszy cichy głos mówiący:

— Ostatecznie, istnieją granice rodzicielskiego przewodnictwa. Poza nimi przeznaczenie dziecka zależy od niego.

A co z obcymi, którzy wkraczają w jego życie? — zapytał ambasador lśniącą postać swej dawno zmarłej żony, której kształt zdawał się unosić przed nim od chwili, gdy zamknął powieki.

— Jak to co, mężu? Oni również je ukształtują. Podobnie jak ono ich. Nasz czas jednak już się kończy…

Jej twarz była tak wyraźna… Był to sen, jaki — jak mówiono — często miewali ludzie. U Tymbrimczyków jednak zdarzało się to rzadziej. Miał on charakter wizualny, a jego znaczenie wyrażone było raczej za pośrednictwem słów niż glifów. Przypływ emocji sprawił, że końce palców Uthacalthinga zadrżały.

1 ... 117 118 119 120 121 122 123 124 125 ... 192
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)